Dzień: 12 sierpnia 2017

Spotkajmy się na 9. „Dziękczynieniu w Rodzinie”!

Drodzy widzowie TV Trwam, słuchacze Radia Maryja!

Kochana Rodzino Radia Maryja!

Serdecznie zapraszamy Wszystkich na nasze doroczne „Dziękczynienie w Rodzinie”.

Już 2 września (w pierwszą sobotę miesiąca) spotykamy się w Toruniu, w dawnym Porcie Drzewnym przy ul. Droga Starotoruńska, gdzie mieści się Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II.

Od godz. 11.00 – na scenie nad wodą – wystąpią zespoły młodzieżowe – laureaci konkursu muzycznego organizowanego przez sanktuarium.

W samo południe w sanktuarium sprawowana będzie pod przewodnictwem ks. bp. Ignacego Deca – ordynariusza diecezji świdnickiej – Eucharystia.

Po Mszy św. ciąg dalszy koncertów w amfiteatrze na scenie nad wodą… wystąpią m.in:

– Estrada Regionalna „Równica” z Ustronia

– Zespół Pieśni i Tańca „ Jurkowianie” z Jurkowa

Brygida i Rober Łukowscy, Blue Party, Paweł Siluk Steiner  zaproszą Państwa na prawdziwą Śląską Biesiadę 

Specjalnie dla Państwa wystąpi:

– gwiazda polskiej estrady Jerzy Połomski 

koncert galowy wraz z musztrą paradną wykona Reprezentacyjna Orkiestra Straży Granicznej z Nowego Sącza.

Naszemu spotkaniu towarzyszyć będzie także modlitwa: Anioł Pański, Koronka ku czci Bożego Miłosierdzia oraz Apel Jasnogórski.

Dziękczynienie w Rodzinie odbywa się pod patronatem Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji p. Mariusza Błaszczaka, Ministra Obrony Narodowej p. Antoniego Macierewicza, Prezydenta Miasta Torunia Michała Zaleskiego oraz ks. bp. Andrzeja Suskiego, ordynariusza diecezji toruńskiej.

Wszyscy uczestnicy naszego „Dziękczynienia w Rodzinie”: od najmłodszych do najstarszych znajdą coś dla siebie. Przygotowaliśmy bogatą i zdrową ofertę kulinarną. Na ekologicznych stoiskach będzie można zaopatrzyć się w żywność: owoce, przetwory, soki, nabiał, pieczywo i zioła. Zapraszamy także do naszej kawiarni, restauracji oraz księgarni. Na wszystkie dzieci będzie czekał plac zabaw oraz miasteczko strażackie – w którym Państwowa Straż Pożarna przygotowuje bardzo wiele atrakcji i ścieżek edukacyjnych w temacie bezpieczeństwa.

Już od godz. 11.00 w „Miasteczku zdrowia” przy siedzibie WSKSiM rozpoczną się bezpłatne konsultacje medyczne ze specjalistami z zakresu onkologii: mammografia i cytologia; chorób serca, cukrzycy … będzie możliwość wykonania badań w zakresie wczesnego wykrywania tętniaka aorty  jamy brzusznej.

Uwaga mieszkańcy Torunia! Specjalnie oznakowane bezpłatne autobusy będą kursowały z centrum Torunia do WSKSiM oraz z powrotem. Szczegółowy rozkład zostanie zamieszczony na naszym portalu: http://www.radiomaryja.pl oraz na stronie Urzędu Miasta Torunia.

Kochani. Nadsyłajmy już informacje o miejscach, w których organizowany jest wyjazd do Torunia na Dziękczynienie w Rodzinie.

Nie może zabraknąć Ciebie.

Zaproś także i innych. Spotkajmy się!

 

RADIO MARYJA.PL

JB – stempel rp 2X96

„Wiadomość o dramacie, który się wydarzył, wywołuje mój głęboki smutek i żal”!

Prezydent Duda do rodzin poszkodowanych w nawałnicy!

autor: wPolityce.pl/TVP1
autor: wPolityce.pl/TVP1

„My Naród Polski” – „S” jako punkt wyjścia do debaty o nowej Konstytucji proponuje swój projekt z 1994 r.

LOGO -1A
– Obywatelski projekt konstytucji, który powstał pod kierunkiem naszego przewodniczącego Mariana Krzaklewskiego, do dobry punkt wyjścia do dyskusji o zmianach – mówił Tysol.pl Przewodniczący Piotr Duda zapowiadając debatę konstytucyjną, która odbędzie się 25 sierpnia w Sali BHP Stoczni Gdańskiej z udziałem Prezydenta RP Andrzeja Dudy – Obecną [Konstytucję] napisały elity dla elit. Mętną, nieprecyzyjną, pozwalającą na wiele, często sprzecznych interpretacji. Nasz dokument napisali obywatele dla obywateli. Dlatego czas do niego wrócić – mówił Przewodniczący NSZZ „Solidarność”. Publikujemy pełny tekst projektu z 1994 roku

godło RP
KONSTYTUCJA
RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

PROJEKT OBYWATELSKI
NSZZ ”SOLIDARNOŚĆ”

Warszawa – Gdańsk, czerwiec 1994 roku

Drodzy Przyjaciele,

Prawie pół roku trwały prace zespołu ekspertów, któremu miałem niewątpliwy zaszczyt przewodniczyć, zwanego Społeczną Komisją Konstytucyjną, nad obywatelskim projektem Konstytucji RP.
Naglący czas, waga sprawy, niesprzyjająca aura polityczna, wszystkie te czynniki powodowały, że zadanie napisania projektu Konstytucji, samo w sobie trudne, wydało się chwilami nie do udźwignięcia.
Ogromnym wysiłkiem, koncentracją dobrej woli i wiary w konieczność przyłożenia ręki do dobrego dzieła powstał projekt Konstytucji, który przedstawiamy obywatelom Rzeczypospolitej. Projekt, który w przekonaniu Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” oraz społecznej Komisji Konstytucyjnej będzie dobrze służył wszystkim obywatelom.
Jesteśmy głęboko przekonani, że przyjęcie tego projektu zapewni każdemu obywatelowi ochronę jego praw, życia, godności jego dążeń i rozwoju.
Bez zaangażowania członków Społecznej Komisji Konstytucyjnej, bez szerokiego zaplecza środowisk w jakich działają, dzieło, które wykonali byłoby niemożliwe.
Dlatego pragnę złożyć wyrazy najserdeczniejszego podziękowania i uznania wszystkim członkom Społecznej Komisji Konstytucyjnej, Sekretariatowi Ugrupowań Centroprawicowych, środowiskom niepodległościowym, a także Kolegom Związkowcom. Sądzę, że najlepszą dla Nich nagrodą będzie przyjęcie przez naród ich projektu, jako fundamentu Rzeczypospolitej.
Wyrażam nadzieję, że każdy członek NSZZ „Solidarność” uczyni wszystko, aby treść projektu upowszechnić i zyskać mu zwolenników, że potraktuje to zadanie jako swój obywatelski obowiązek.
Zachęcam do aktywnego włączenia się do naszej wspólnej akcji wszystkich, którym bliskie są wartości takie jak niepodległość, prawda, rodzina, tradycyjne już w naszym narodzie wartości chrześcijańskie, prawa człowieka i prawa pracownika.
Dziękując Autorom projektu i wszystkim ich Współpracownikom życzę im pomyślności w życiu rodzinnym i sukcesów w działalności publicznej.

Szczęść Boże

Marian Krzaklewski
Przewodniczący
Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”
Przewodniczący
Społecznej Komisji Konstytucyjnej
Gdańsk, w czerwcu 1994 roku.

PREAMBUŁA

My, Naród Polski
–    pomni

naszych ponad tysiącletnich dziejów związanych
z dziedzictwem wiary i kultury chrześcijańskiej, tradycji
I Rzeczypospolitej i chlubnej Konstytucji 3 Maja,

męstwa, honoru i wytrwałości pokoleń Polaków walczących o wolność Ojczyzny,

dokonań II Rzeczypospolitej w utrwalaniu niepodległego bytu Narodu oraz jej obu Konstytucji,

znaczenia walki Narodu z obu najeźdźcami podczas
II wojny światowej, w tym roli legalnych Władz Rzeczypospolitej zagranicą i polskiego państwa podziemnego,

patriotycznego oporu przeciw obcej dominacji w latach 1944 – 1989 i pokojowego zrywu „Solidarności”,

–    nawiązując do ciągłości politycznej i prawnej niepodległej Rzeczypospolitej,

–    pragnąc zbudowania Polski silnej mądrością,  pracą
i patriotyzmem swoich obywateli, pod opieką praw przez nich tworzonych, a mających oparcie w prawie naturalnym,

niniejszą Konstytucję dla III Rzeczypospolitej uroczyście,
w Imię Boga, stanowimy i uchwalamy.

CZYTAJ DALEJ >>>>>>>

 

JB – stempel rp 2X96

Syn Mela Gibsona zagra w filmie o Dywizjonie 303

fot

John Kent (w środku) w towarzystwie Zdzisława Karola Henneberga i Mariana Pisarka (fot. PAP/Alamy)
Znalezione obrazy dla zapytania milo gibson

Milo Gibson wcieli się w rolę kapitana Johnny’ego Kenta w brytyjskim filmie „Hurricane” – informuje „Variety”. Zdjęcia mają rozpocząć się na Wyspach we wrześniu.

Milo Gibson jest najmłodszym z sześciu synów słynnego ojca. Zadebiutował w filmie „Przełęcz ocalonych” wyreżyserowanym przez Mela Gibsona. W filmie „Hurricane” zagra kanadyjskiego kapitana przydzielonego do Dywizjonu 303. Latając na samolotach Hawker Hurricane kapitan brał udział w Bitwie o Anglię.

Producenci filmu – Stray Dogs Films i Matt Whyte – prowadzą rozmowy także z gwiazdą „Gry o tron” Iwanem Rheonem. Film wyreżyserować ma brytyjski reżyser telewizyjny David Blair.

John Alexander Kent w barwach Królewskich Sił Powietrznych latał od 1935 roku. W sierpniu 1940, w stopniu kapitana przydzielony został do 303 Dywizjonu Myśliwskiego Warszawskiego im. Tadeusza Kościuszki.

– Chciało mi się krzyczeć! O polskim lotnictwie wojskowym wiedziałem tylko tyle, że zostało zniszczone w ciągu zaledwie dwóch dni – miał wówczas powiedzieć Kanadyjczyk, którego już wkrótce zaczęto nazywać „Johnny Kentowski”. Na czele eskadry „A” walczył do 18 grudnia 1940 roku, m.in. w Bitwie o Anglię. Tymczasem już trzy miesiące wcześniej o Polakach pisał zdecydowanie przychylniej.

„Rezultaty Polaków są po prostu fantastyczne. Zwyczajnie rozwalają wszystko, co wejdzie im w drogę. Mają świetny wzrok i znakomite umiejętności strzeleckie i lubią strzelać do szkopów – co im wychodzi, i to jeszcze jak! Uwielbiają to i traktują jak świetny ubaw” – wspominał.

Kent, który pełnił także służbę jako dowódca 1 Polskiego Skrzydła Myśliwskiego, został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.

JB – stempel rp 2X96

Takiej nawałnicy nigdy tu nie było. Pięć ofiar śmiertelnych, milionowe straty. Część Borów Tucholskich przestała istnieć

NAWAŁNICE NAD POLSKĄ!

Nawałnica przeszła przez Pomorze w nocy z piątku na sobotę. Pięć osób poniosło śmierć, a około 50 zostało rannych – poinformowała straż pożarna. Zerwanych zostało także około 120 dachów, zniszczone są też liczne drogi i około kilkadziesiąt hektarów lasów.

Informację o aktualnej sytuacji w województwie przekazał dziennikarzom dziś po południu, na konferencji prasowej zorganizowanej w siedzibie pomorskiej PSP komendant pomorskich strażaków st. bryg. Tomasz Komoszyński.

Poinformował on, że ze skutkami trąby powietrznej, która przeszła przez województwo służby mają „do czynienia praktycznie we wszystkich powiatach województwa pomorskiego”.

Pracy mamy nadal bardzo dużo. Interwencji będzie na pewno w sumie kilka tysięcy

– zaznaczył Komoszyński.

Przypomniał, że największe straty i największe spustoszenie trąba wyrządziła w powiecie chojnickim, gdzie – jak przypomniał zginęło pięć osób, w tym dwie dziewczynki – uczestniczki obozu harcerskiego w miejscowości Suszek.

Nasze największe działania dotyczyły właśnie tego obozu

– powiedział Komoszyński wyjaśniając, że straż miała bardzo duże problemy z dotarciem do tego miejsca.

Jak poinformował komendant, strażacy próbowali dotrzeć do miejsca obozu z trzech stron, ale „wszystkie drogi były praktycznie zatarasowane powalonymi drzewami”.

Części sprzętu musieliśmy przemieścić tam ręcznie, bez użycia ciężkiego sprzętu. Udało się tam dotrzeć, udało się udrożnić jedną z dróg i przeprowadziliśmy ewakuację wszystkich uczestników obozu

– poinformował Komoszyński.

Niestety, dwie dziewczynki w wieku 12 i 14 lat poniosły śmierć na miejscu spowodowaną powalonym drzewem na ich namioty

– powiedział Komoszyński dodając, że 27 innych osób, przebywających na obozie w Suszkach, w większości dzieci, zostało poszkodowanych.

Dwie osoby miały poważniejsze obrażenia

– wyjaśnił komendant dodając, że jedna z tych osób doznała złamania podudzia i lekkich obrażeń wewnętrznych, a w druga – urazu kręgosłupa. Komoszyński dodał, że życie żadnej z nich nie jest zagrożone.

Stworzyliśmy miasteczko namiotowe w najbliższej miejscowości, do którego najpierw przewieźliśmy wszystkich uczestników. Potem tam odbywała się szczegółowa segregacja poszkodowanych i zostały one odwiezione do kilku szpitali na terenie województwa

– dodał Komoszyński.

Maciej Stęplewski z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku poinformował, że na terenie obozu w Suszku pracowała grupa dochodzeniowo-śledcza z prokuratorem.

Na miejscu zabezpieczono ślady, były też przeprowadzone oględziny terenu, jak i zwłok

– powiedział Stęplewski. Jak zaznaczył, działanie śledczych ma „doprowadzić do tego, żeby wszystkie wątki sprawy, w tym ewentualne zaniedbania, zostały dokładnie zbadane”. Śledczy mają też badać, „jak doszło do tego, że tyle osób zostało rannych, a nade wszystko, dlaczego zginęły dwie osoby”.

Stęplewski poinformował, że rolą policji było także zorganizowanie pomocy psychologicznej dla dzieci z obozu w Suszku.

Komendant Komoszyński poinformował też, że w sobotę wczesnym popołudniem straż miała też informacje o kilkunastu innych poszkodowanych na terenie województwa.

Niektóre osoby zostały poszkodowane na skutek wiatru, ale część odniosła obrażenia także przy usuwaniu skutków nawałnicy. Mamy między innymi dwóch strażaków z ochotniczej straży lekko poszkodowanych przy tych działaniach

– poinformował Komoszyński

Wyjaśnił, że trudno ocenić straty materialne, jakie spowodowała nawałnica, ale „na pewno straty będą bardzo duże”.

Mamy informacje o ponad 120 uszkodzony dachach na budynkach, zerwanych jest też około 60 linii energetycznych, uszkodzonych zostało kilkanaście dróg. Ze względu na to, że drzewa wyrywane były z korzeniami, powodowały w ten sposób uszkodzenie nawierzchni dróg

– mówił też Komoszyński.

Część Borów Tucholskich właściwie przestała istnieć

– powiedział również wyjaśniając, że w niektórych miejscach „po drzewach pozostały tylko kikuty”. Dodał, że w jego ocenie padło przynajmniej kilkadziesiąt hektarów lasów.

Zaznaczył, że w działaniach po nawałnicy brali udział właściwie wszyscy strażacy z pomorskiej Państwowej Straży Pożarnej z terenu województwa, a komendant główny PSP skierował też na Pomorze Centralny Odwód Operacyjny.

Byli to podchorążowie Szkoły Pożarniczej, a także między innymi strażacy z jednostek z województwa zachodniopomorskiego i mazowieckiego

– powiedział Komoszyński dodając, że w tej chwili straż ma wystarczające siły do dalszych – nadal prowadzonych prac przy usuwaniu skutków nawałnicy.

W sobotę popołudniu do szkoły w Nowej Cerwki, w której umieszczono dzieci z ewakuowanego obozu w Suszkach, pojechał wojewoda pomorski Dariusz Drelich. Poinformował on, że na miejscu ma pojawić się także wojewoda łódzki.

Drelich dodał, że na terenie objętym nawałnicą zostaną wykonane badania wody wyjaśniając, że ubocznym skutkiem nawałnicy mogło być także zanieczyszczenie źródeł wody.

Najważniejsze jest to, żeby zabezpieczyć te zerwane dachy. Nasze magazyny są uruchamiane do tego, żeby dostarczyć materiał, który pozwoli zabezpieczyć te dachy

– powiedział Drelich dodając, że jest to ważne, bo w najbliższych dniach można się spodziewać kolejnych opadów deszczu, a zabezpieczenie pozwoli zmniejszyć straty.

Dla nas z pewnością bardzo wysokie koszty będą związane z remontami dróg, bo one zostały pewnie w dużej części uszkodzone. Często są to drogi powiatowe i gminne

– zaznaczył Drelich.

Zwrócił się też z apelem do organizatorów imprez na Pomorzu, aby wzięli pod uwagę, do jakiej doszło tragedii.

Mój apel, żeby wykazać solidarność, żeby mieszkańcy Pomorza zrobili to, co mogą zrobić, czyli przynajmniej dzisiaj nie urządzać uroczystości, zabaw, bo to jest bardzo smutny moment na Wybrzeżu

– powiedział wojewoda składając też kondolencje rodzinom ofiar.

Drelich dodał też, że w ramach działań prewencyjnych służby wojewody mają przyjrzeć się miejscom, gdzie wypoczywają dzieci.

Już podjęliśmy taką akcję, żeby sprawdzić wszystkie miejsca wypoczynku. Jak wiemy województwo pomorskie jest w okresie sezonu: przyjeżdżają setki tysięcy turystów. Musimy im zapewnić bezpieczeństwo

– powiedział.

Poza dwoma harcerkami, które zginęły w Suszku, wśród ofiar nawałnicy znaleźli się 48-latek, który został przygnieciony przez drzewo w miejscowości Zapora, 29-letni mieszkaniec Warszawy, który nocował w miejscowości Swornegacie w namiocie przygniecionym przez wiatrołom oraz 56-letnia kobieta – mieszkanka Zielonej Huty przygnieciona przez komin, który zawalił się wraz z częścią domu zburzoną przez padające drzewo.

Źródło:  PAP/JB
stempel rp 2X96

Wydawca „GPC” pozwie Szczerbę i sprawdzi czy poseł PO jest w pełni władz umysłowych

 
Zrzut ekranu z youtube.com
Redaktor Naczelny i wydawca „Gazety Polskiej Codziennie” podjęli decyzję o pozwaniu posła Michała Szczerby z Platformy Obywatelskiej, w związku z jego wypowiedzią na antenie Polskiego Radia 24 (7 sierpnia 2017 r.), w której określił dziennik „prawicowym szmatławcem” – informuje portal niezalezna.pl.

Zarówno Tomasz Sakiewicz, jak i spółka Forum S.A., skorzystają z drogi karnej, a nie cywilnej. Zastosowanie art. 212 Kodeksu karnego daje bowiem możliwość sprawdzenia, czy gwiazda zeszłorocznego „ciamajdanu” jest w pełni władz umysłowych i może ponosić odpowiedzialność za swoje czyny.

W ocenie Redaktora Naczelnego i wydawcy dziennika istnieją poważne przesłanki wskazujące na to, iż Szczerba ze względu na stan zdrowia, powinien być zwolniony z ponoszenia konsekwencji własnych wypowiedzi. W takim przypadku pozew w trybie cywilnym byłby działaniem bezdusznym.

Źródło: niezalezna.pl, telewizjarepublika.pl

jb – stempel rp 2X96

Czarna wołga, okup i sprawa polityczna. Tak porywano dzieci w PRL-u!

TYLKO U NAS!

fot

Porwań dzieci w czasach PRL-u było bardzo wiele (fot. Shutterstock/Jan H Andersen)
Znalezione obrazy dla zapytania legenda o czarnej wołdze
fot, archiwum

Gdy w marcu 1957 roku do komisariatu MO dotarło zgłoszenie o kobiecie, która kradnie cudze dzieci i przetrzymuje je w mieszkaniu, doniesienie to wydawało się nieprawdopodobne. Milicjanci, którzy udali się pod wskazany adres, wykazali się spostrzegawczością. Zauważyli, że jeden z chłopców ma założone na lewą stronę rajstopki. Gdy zapytali go, jak się nazywa, okazało się, że nie jest dzieckiem kobiety, ale uprowadzonym kilka dni wcześniej Romkiem Ziębą z Brzegu koło Wrocławia. – Takich porwań w epoce PRL-u było zdecydowanie więcej – mówi w rozmowie z portalem tvp.info Przemysław Semczuk, autor książki „Czarna wołga. Kryminalna historia PRL”.

– – Kiedy zastanawiałem się nad mechanizmem uprowadzeń dzieci w czasach PRL-u i nad tym, dlaczego było ich tak dużo, doszedłem do wniosku, że brało się to stąd, iż administracja w latach 50. i 60. nie była tak udoskonalona jak dziś i sprzyjała temu, by nawet jeśli to nie było własne dziecko, zalegalizować i zapisać jako swoje – wyjaśnia Semczuk.

Tak właśnie działała jedna z najsłynniejszych porywaczek PRL-u, niejaka Mieczysława Hała. Na jej trop trafiono w marcu 1957 roku, gdy tuż po zaginięciu 3-latka Romka Zięby z Brzegu koło Wrocławia na komendę zadzwonił anonim, który stwierdził, że na ulicy Szpitalnej mieszka kobieta, która „kradnie” i przetrzymuje nie swoje dzieci.

Doniesienie to wydawało się na pierwszy rzut oka nieprawdziwe, ale z racji policyjnych statystyk, z których wynikało, że w latach 1950-1957 zniknęło ponad 200 dzieci, a 50 spraw nie zostało rozwiązanych, sprawdzano każdy, nawet najmniej sensowy, trop.

W latach 1950-1957 zniknęło ponad 200 dzieci (fot. Shutterstock/MIA Studio)

„Pani straszyła go psem, kazała nazywać mamą”

Milicjanci, którzy wybrali się do mieszkania Hały, na pierwszy rzut oka nie stwierdzili żadnych nieprawidłowości. Kobieta, owszem, miała czwórkę dzieci, ale z tego, co mówiła, i z wpisów do dowodu wynikało, że wszystkie są jej.

– Kiedy wczytywałem się w tę sprawę, mimo powagi sytuacji zaśmiewałem się do łez, bo była modelowym przykładem nieudolnej komunistycznej administracji. Porywaczka sama wpisywała sobie, zresztą jak się potem okazało nieudolnie, dzieci w dowód – mówi Semczuk.

Po wstępnych oględzinach jeden z milicjantów, zerkając na dzieci, zauważył, że jeden z chłopców ma rajstopki i sweterek założone na lewą stronę. Gdy zapytał się malca, jak się nazywa, ten bez wahania odpowiedział, że Romek Zięba.

– Hała szła w zaparte, twierdziła, że go nie porwała, a Romek sam się przyplątał, więc się nim zaopiekowała. Gdy pytano ją, dlaczego wpisała go w dowód pod innym imieniem, nie potrafiła tego wyjaśnić – mówi Semczuk.

Romek zeznał, że „pani straszyła go psem i biła, każąc nazywać się mamą”. Pozostałe dzieci, które tak jak Romek zostały przez Hałę porwane, trafiły do domu dziecka. Okazało się, że jedno z nich, Tadeusz, jest dziewczynką, a w dniu, gdy rzekomo miał się urodzić Hała, miała operację wyrostka robaczkowego. Nie mogła więc tego dnia urodzić dziecka. Badania ginekologiczne wykazały, że w ogóle nigdy nie rodziła dzieci. Personalia Tadeusza, który okazał się dziewczynką, niby szybko ustalono i okazało się, że jest on dzieckiem Elżbiety Grynieckiej z Wrocławia.

– Niby szybko, bo na wszelki wypadek zrobiono badania genetyczne. Wykazały one, że to jednak nie jej dziecko, ale rodzice nie chcieli o tym słyszeć i byli przekonani, że odnaleźli swoją córkę. Milicja dała za wygraną, bo i tak musiała znaleźć rodziny dla jeszcze czworga dzieci – opowiada Semczuk.

Czarna wołga stała się symbolem porwań dzieci i miejską legendą (fot. arch.PAP/Andrzej Grygiel)

Uciekinierka z ośrodka wychowawczego

Podobnie było z Anną Kwiatkowską ze Szczecina. Wychowywana przez rodzinę zastępczą, dziewczyna po raz pierwszy uciekła z domu, gdy miała 11 lat. Kilka dni jeździła po Polsce i złapano ją dopiero w Zakopanem. Umieszczona w domu dziecka, znowu zaczęła uciekać. – Milicja dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że jej ucieczki związane są z porwaniami dzieci w żłobkach w Szczecinie.

Ania wybierała swoją „ofiarę” z wywieszonej listy, mówiła, że jest siostrą malucha i odbiera je w imieniu rodziców. Kiedy jej odmawiano, wracała po kilkunastu minutach z kartką, którą oczywiście sama wypisywała – mówi Semczuk. Po kilku godzinach zabawy z dzieckiem, zostawiała je na ulicy. Dzieci wracały do domu, zanim ich rodzice zorientowali się, że ktoś je porwał. Niestety jeden z chłopców doznał odmrożeń.

– Tej sprawy nie można było zatuszować, a Annę złapano na gorącym uczynku. Przyznała się do ośmiu porwań, a z racji choroby psychicznej skierowano ją do ośrodka wychowawczego. Gdy po raz kolejny po ucieczce próbowała porwać dziecko w Aninie, trafiła pod opiekę lekarzy. Jaki był jej dalszy los, nie wiadomo – wyjaśnia Semczuk.

Zaginięcie dzieci kieleckich okazało się nieszczęśliwym wypadkiem (fot. Shutterstock/Hanie Spalie)

Dzieci kieleckie znalezione w skarpie

Prawdziwą burzę medialną, na skutek której uruchomiono grupę poszukiwawczą przy wydziale kryminalnym KGMO i której szefem został Stanisław Górnicki, wywołała sprawa dzieci kieleckich. – Jak się okazało to był nieszczęśliwy wypadek, a nie porwanie, ale można powiedzieć, że sprawa była tak głośna i wywołała tak ogromny odzew w społeczeństwie, że obudziły się wszelkiego rodzaju demony i uprzedzenia. Spekulowano, że dzieci zostały porwane przez społeczność żydowską i przerobione na macę – mówi Semczuk. Do zaginięcia dzieci doszło 19 lipca 1956 roku.

Czteroletnia Mirka, ośmioletni Marek i jedenastoletni Janusz najpierw zjadły świeżo zerwane wiśnie, a potem poszły bawić się na podwórku. Gdy pół godziny później matka Mirki i Marka wyszła na dwór, dzieci nie było. Poszukiwania zaginionej trójki rozpoczęto następnego dnia. Zaalarmowano batalion KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego), sprowadzono psy tropiące, pomagało 150 robotników z zakładu pracy ojca dzieci. Podczas gdy przeszukiwano teren ustalono, że w dzielnicy Kielc, w której doszło do rzekomego porwania, czyli w Baranówku, kręcił się nieznany mężczyzna i zaczepiał dzieci. Oferował cukierki i pieniądze. Stwierdzono więc, że może być pedofilem. Okazał się jednak złodziejem recydywistą, który z porwaniem dzieci nie miał nic wspólnego. – Chciał przekazać list swojej kochance, która miała męża i dlatego chciał poprosić o to jakieś dziecko – wyjaśnia Semczuk.

Kolejne hipotezy podejmowały wątki polityczne, rytualnego żydowskiego mordu, łącznie z przerabianiem dzieci na macę, a także wywiezieniu dzieci poza granice Polski, porwanie przez Cyganów. W pewnym momencie weryfikowanych przez śledczych hipotez było ponad 70. Sprawa wyjaśniła się 20 lutego 1957 roku. Na Baranówku wciąż budowano dom rencisty. Woźnica Tadeusz Staniec, który dowoził piach na budowę, podjechał do wykopu dwieście metrów od miejsca, w którym po raz ostatni bawiły się dzieci. Jego koń zawsze gdy podjeżdżał w to miejsce, był bardzo niespokojny, parskał i wyrywał się. Staniec postanowił rozkopać skarpę, na którą tak reagowało zwierzę. – Gdy odgarnął piasek, trafił na nóżkę dziecka. Gdy na miejsce przyjechała milicja, esbecy i ekipa techników kryminalistycznych okazało się, że to ciała trójki zaginionych dzieci. Nikt nie miał wątpliwości, że śmierć nastąpiła w skutek nieszczęśliwego wypadku. Sekcja zwłok wykazała, że w ich żołądkach były wiśnie, które jedli przed wyjściem na podwórko, a w drogach oddechowych miały pełno piasku – mówi Semczuk.

Milicja sprawdzała każdy ślad w sprawach porwań dzieci (fot. fb/Poznań – ciekawostki historyczne)

Tornister znaleziony w bajorku

W Kielcach dzieci uległy nieszczęśliwemu wypadkowi, ale nadal dochodziło do porwań. Tak było ze sprawą Basi Kozak z Poznania. 19 września 1957 roku dziewczynka miała wrócić ze szkoły, ale jej powrót się opóźniał. – Ojciec dziecka był prywatnym przedsiębiorcą, prowadził różne, nie zawsze legalne interesy, często grywał w karty i odnosił sukcesy. Dlatego też od początku to porwanie łączono właśnie z chęcią zemsty na Zdzisławie Kozaku – mówi Semczuk.

Milicja podeszła do sprawy poważnie i natychmiast zaczęła szukać dziecka. Dziewczynki, które wracały razem z Basią ze szkoły, powiedziały, że podszedł do nich mężczyzna w szarym płaszczu i pod pretekstem zaprowadzenia do cioci zabrał Basię ze sobą. Dwa dni później w bajorku niedaleko brzegu Warty, bawiący się w tej okolicy chłopcy zauważyli wystający z wody tornister. Gdy próbowali wyciągnąć go patykiem, spod wody wynurzyło się ciało. To była Basia. Sekcja zwłok wykazała, że śmierć nastąpiła w skutek utonięcia i urazu głowy. Śledczy byli przekonani od samego początku, że sprawca znał rodzinę. Wskazywał na to fakt, że dziewczynki, z którymi wracała Basia zeznały, iż mężczyzna, który ją zabrał spod szkoły mówił o chorym Januszku, czyli synku cioci Jadzi, do której mieli pójść. O chorobie chłopca wiedzieli tylko najbliżsi.

Podejrzenia w pewnym momencie śledztwa padły na niejakiego Zdzisława Zadrożnego, brata matki Januszka. Początkowo wykluczono go jako podejrzanego, ale mężczyzna bardzo przeżywał śmierć Basi, którą widział na oczy raptem dwa razy. Przeczucie było słuszne.

– Tuż po śmierci Basi wypożyczył książkę z zakresu medycyny sądowej, a na jego kierunku studiów nie było przedmiotu z tym związanego. Podobno dyskutował także na temat aspektów śmierci na skutek uduszenia i utonięcia ze studentami prawa – opowiada Semczuk. Aresztowany przyznał się, że to on uprowadził Basię. Wiedział, że są bogaci i zapłacą okup, a on potrzebował pieniędzy na zakup futra dla ukochanej i wyjazd do Ciechocinka.

Skromna pensja robotnika na kolei nie pomogłaby mu w sfinansowaniu tych przedsięwzięć. Po porwaniu chciał nawet wypuścić dziewczynkę, ale gdy nie dawała oznak życia, w panice udusił ją. Tak naprawdę Basia tylko straciła przytomność, bo brakowało jej powietrza. Gdy nie chciała utonąć, uderzył ją kilka razy w głowę. Na Zadrożnym natychmiast wykonano zasądzony wyrok śmierci.

Bohdan Piasecki według śledczych został zamordowany kilka godzin po porwaniu (fot. fb/Anegdoty warszawskie)

Przestępstwo doskonałe z motywem politycznym

Niedługo po wykonaniu wyroku na Zadrożnym, doszło do przełomu w sprawie Bohdana Piaseckiego. 8 grudnia 1958 roku jego ciało znaleziono w podziemnym schronie przeciwlotniczym, znajdującym się w budynku przy Świerczewskiego 82a w Warszawie (obecnie aleja Solidarności). Znajdowało się w zabitej gwoździami toalecie. Chłopak był synem Bolesława Piaseckiego, przedwojennego przywódcy faszyzującego Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga, znanego z wrogiego stosunku do ludności żydowskiej. Po 1945 roku Piasecki wspierał władze komunistyczne, które zgodziły się, aby został prezesem katolickiego stowarzyszenia PAX.

– Nie był mile widziany w wielu kręgach. Od początku pewne poszlaki wskazywały, że śmierć Bohdana mogła być zemstą środowisk żydowskich i mieć charakter polityczny, a wręcz rytualny. W ciele Bohdana znaleziono wbity nóż – mówi Semczuk. Scenariusz był taki, jak w większości porwań. W styczniu 1957 roku pod szkołą, do której chodził chłopak, pojawił się mężczyzna i pokazując Bohdanowi jakiś dokument zabrał go taksówki. Gdy odnaleziono kierowcę, mówił, że nic nie wie, a mężczyźni, którzy zamówili kurs, szybko potem zniknęli.

Porywacze tego samego dnia zadzwonili do Piaseckiego z żądaniem okupu – 4 tysięcy dolarów i 100 tysięcy złotych.

Pieniądze miały zostać dostarczone do kawiarni Kameralnej przy ulicy Foksal. Kurierem był ksiądz Mieczysław Suwała, którego sprawcy porwania zaczęli prowadzić przez miasto. W ślad za nim podążali również funkcjonariusze SB.

– Porywacze go obserwowali, bo chcieli mieć pewność, czy jest sam, gdy zorientowali się, że ma obstawę, przestali się odzywać. Nie pomogły dramatyczne apele rodziny w prasie i radiu – wspomina Semczuk. Piasecki o pomoc zwracał się także do samego Wiesława Gomułki. Gdy znaleziono ciało Bohdana okazało się, że został zabity kilka godzin po porwaniu. Świadczyć miał o tym brak śladów potu i zabrudzeń na ubraniu, które pojawiłyby się, gdyby go przetrzymywano przez jakiś czas.

– Jeśli ktoś mówi, że nie ma zbrodni doskonałej, to ta może nią być. Sprawców mimo wielu hipotez, nigdy nie odnaleziono. Historycy twierdzą, że sprawcy od razu wiedzieli, że nie uwolnią chłopca, a okup miał tylko odwrócić uwagę od prawdziwego motywu zbrodni – uważa Semczuk. Dodaje, że żądany okup nie był dla Piaseckiego wygórowaną kwotą. – Sprawa ta do dziś rozpala wyobraźnię, podobnie zresztą jak „czarna wołga” – mówi.

Specjalną grupę poszukiwawczą uruchomiono przy wydziale kryminalnym KGMO (fot. Shutterstock/Photographee.eu)

Kobiety w czarnym aucie

To do tego auta miały wsiąść dwie kobiety, które przyszły do warszawskiego mieszkania Heleny Hencel i powiedziały, że są jej kuzynkami. Kobieta uwierzyła i zostawiła pod ich opieką swoją córkę Lilkę. – Świadkowie zauważyli, że kobiety razem z Lilką wsiadają do „czarnej wołgi”. Wieść o porwaniu rozniosła się lotem błyskawicy. Jedną z tych kobiet, niejaką Hannę Szlegiel, odnaleziono z dzieckiem w Łodzi. Porwała Lilkę, bo jej córka była niewidoma, więc chciała mieć zdrowe dziecko – mówi Semczuk.

Prasa szybko napisała o sukcesie milicji, ale wspominała, że jedynym nie odnalezionym świadkiem zdarzenia był kierowca wołgi.

– Auto tak zapadło w pamięć społeczeństwa, że przy kolejnych porwaniach dzieci czarna wołga zazwyczaj się pojawiała. Śledczy wiedzieli, że to fałszywy trop, ale strach, jaki czarna wołga budziła wśród społeczeństwa, był władzom na rękę. Auto było miejską legendą, która sprawiła, że rodzice bardziej pilnowali swoich dzieci – wyjaśnia Semczuk.

stempel rp 2X96