PAŃSTWO PRZEŻARTE AGENTURĄ

SŁUŻBY SPECJALNE I UKŁAD POSTKOMUNISTYCZNY

„Istnieją powiązania interesów tak przemożne, że nikt nie ma ochoty ich tknąć.”(1)

Mówiąc o agenturze, nie mam na myśli jedynie pozostałości UB, SB, tajnych służb LWP i oczywiście służb sowieckich. Chodzi mi o wszelkiego rodzaju tajne służby i organizacje tak pochodzenia wschodniego jak zachodniego, polityczne i gospodarcze, państwowe i prywatno-mafijne. O infiltrację policji, prokuratur i sądów, służb celnych, skarbowych oraz innych organów państwa przez rodzime bądź zagraniczne podziemie kryminalne jak i inne układy nieformalne nastawione na osiąganie nielegalnych celów.

NIEPOKOJĄCE PYTANIA. ZBIERZMY ROZSYPANE KLOCKI!

Krzysztof Dubiński, doradca gen. Kiszczaka, sekretarz Okrągłego Stołu pisze, że „Rozwiązanie SB (…), procedura weryfikacyjna i tworzenie Urzędu Ochrony Państwa, otworzyło kilkutygodniowy okres całkowitej dezintegracji służb specjalnych. Na plan odległy zszedł interes państwa, rozpadły się wszelkie mechanizmy solidarności grupowej. W gmachu przy ul. Rakowieckiej nastąpiło całkowite rozprzężenie dyscypliny i poczucia obowiązku. Jedyna zasada jaka wówczas obowiązywała, to zasada: ratuj się kto może.”(2)

Kto wierzy, iż w atmosferze demoralizacji, jaka ogarnęła wtedy resort SW (i inne ważne piony aparatu państwa). w okresie przekazywania władzy, nie znalazło się wielu funkcjonariuszy nie potrafiących oprzeć się pokusie znalezienia nowych, niekoniecznie legalnych, mocodawców, czy też po prostu sprzedania zawłaszczonych przez siebie tajnych dokumentów środkom masowego przekazu albo służbom specjalnym obcych państw? Jako specjaliści orientowali się, komu i w jaki sposób można przedstawić oferty.

Istnieje przecież coś w rodzaju międzynarodowego, nieformalnego wtórnego rynku materiałów kompromitujących i wywiadowczych. Dane o niewielkiej lub żadnej wartości dla służb jednego państwa, mogą być użyteczne dla innego. Agenci bez znaczenia z punktu widzenia sekretów wojskowych mogą być ważni z punktu widzenia infiltracji gospodarczej, politycznej lub propagandowej.

Rozważmy w tym kontekście słowa byłego premiera, Jana Olszewskiego: „Od samego początku mieliśmy kompletną nieszczelność całego naszego wewnętrznego aparatu. Było wiadomo, że na przykład z tajnych części posiedzenia Rady Ministrów informacje natychmiast są przekazywane na zewnątrz. Wypływają momentalnie. Na przykład w jakimś momencie poszukiwałem jednego z ministrów w pilnej sprawie. Prosiłem sekretarkę, żeby uzyskała połączenie. Ona podejmowała jakieś kroki, w końcu okazało się, że jest on nieuchwytny. To wszystko się działo między moim sekretariatem a mną. W poniedziałek w „Gazecie Wyborczej” – jeżeli pamiętam – było, że premier poszukiwał bezskutecznie ministra X. Każda informacja natychmiast przeciekała, czy to do „Nie”, czy do innych pism. Z sygnałów, które otrzymywałem z UOP – bo UOP też się tym interesował – wynikało, że oni mają jakieś swoje informacje na temat osób, różnych osób, co do których istnieją takie czy inne podejrzenia, ale że jest to na razie niesprawdzalne. Uchwytnych dowodów nie ma. Więc dałem sobie spokój, uważając, że nie przełamiemy tego, dopóki nie stworzy się pewnej całościowej koncepcji ochrony tajemnicy państwowej i osłony prac rządu.”(3)

Jasne jest, że to co jest w stanie zdobyć dziennikarz, może też uzyskać wykwalifikowany szpieg. Nawiasem mówiąc, przypomnijmy, że korzystanie z usług dziennikarzy przez wywiady jest czymś powszechnym na całym świecie.

Co się stało z tysiącami tajnych informatorów MSW i MON, w tym z agentami kierowanymi do rożnych społecznych organizacji i inicjatyw, tak legalnych, nielegalnych czy półlegalnych w celu ich kontrolowania lub wprost rozbijania?(4) Czy wszystkim pozwolono na powrót do życia bez tajnych uzależnień i profitów? Gen. Marek Ochocki, mówi, że w okresie, gdy kierował on komendą MO w województwie legnickim, było tam około 2 tysięcy.(5) Podobną liczbę TW posiadać miała SB miasta Krakowa.(6) W dokumentacji z kontroli sprawdzającej Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) podano, że w czerwcu ’87 liczba TW wynosiła 3.549 osób.(7) Były wiceminister SW, gen. Dankowski mówi o zniszczeniu „dokumentów zawierających dane 760 tajnych współpracowników w woj. Piotrkowskim.”(8) Czy teraz wszyscy ci agenci stali się cichymi, zacnymi obywatelami? Jaki procent z nich wycofał się z życia publicznego z własnej inicjatywy? Ilu nie pozwolono na to, szantażując i zarazem łudząc gwarancjami, iż nie sposób będzie ich kiedykolwiek rozszyfrować?

Jan Rokita, przewodniczący nadzwyczajnej komisji sejmowej do zbadania działalności MSW, zauważa: „Wiele dokumentów, które mogą służyć do szantażowania przeszło w ręce prywatne. No, bo co to znaczy, że do Widackiego (a wcześniej do Kozłowskiego) zgłaszają się byli esbecy i mówią, że w zamian za przyjęcie do resortu udostępnią na przykład listę konfidentów w bydgoskiem?”(9)

Czy dziesiątki tysięcy byłych funkcjonariuszy MSW, PZPR, prokuratur, sądów, LWP zamieniło się w szarych obywateli nie zainteresowanych polityką? Czym zajmują się dzisiaj ludzie, którzy odchodząc ze stanowisk zabrali ze sobą wiedzę, kontakty i nierzadko tajne akta? Czy możliwe jest, by nie wykorzystywali tego dla zdobycia i pomnażania majątku nielegalnymi sposobami? Przypomnijmy, że SB miała swoich TW i KS w tak newralgicznych instytucjach jak milicja (m. in. poprzez agenturę IOF-u – Inspektoratu Ochrony Funkcjonariuszy), prokuratura, sądy, banki, izby skarbowe, urzędy gminne, miejskie i wojewódzkie. I czy możliwe jest, by tego typu latami kultywowane związki przestały istnieć z dnia na dzień i nie stanowiły dziś poważnego zagrożenia dla państwa Polskiego? Kto chce przekonać o tym społeczeństwo?

Co spodziewał się uzyskać por. SB, Marek Kuczkowski, oskarżony w procesie sprawców porwań toruńskich, przedstawiając sądowi wykradzione przez siebie tajne dokumenty mające świadczyć, iż jeden z porwanych był TW? Czy bronił tylko własnej skóry? Wydaje się, że bardziej niż indywidualny, rozpaczliwy akt obrony, było to precyzyjne zagranie skonsultowane z kolegami z b. firmy, mające ostrzec przed próbami rozliczania funkcjonariuszy za ich przestępstwa. Czy każdy z pracowników SB, mający na swym koncie przestępstwa, posiada tego rodzaju polisę ubezpieczeniową? „Skoro dokumenty dotyczące tajnych współpracowników, czyli należące do kategorii największych ‚prohibitów’, trafiły w ręce porucznika, jakie dokumenty wynieśli pułkownicy? A generałowie?”(10) Ilu z nich spieniężyło swe polisy obcym służbom specjalnym lub wspiera za pomocą tego typu materiałów działania rodzimych firm detektywistycznych?

Dlaczego spośród tysięcy funkcjonariuszy komunistycznego państwa, którzy popełnili przestępstwa, łamiąc ustanawiane przez nomenklaturę prawo, przed sądem udało postawić się tak nielicznych? Dlaczego śledztwa przeciw tym ludziom toczą się tak niesprawnie i przewlekle?(11)

W tym kontekście, Jan Rokita stwierdza: „Jest też zgrzyt między nami a prokuraturą, która bardzo rozbudowuje śledztwa, zamiast wyciągać konsekwencje za to, co już w tej chwili daje się ustalić.”(12)

Nowy proces w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka miał się rozpocząć w listopadzie ’91 (śledztwo trwało od maja ’90). Wśród oskarżonych o śmiertelne pobicie, poza dwoma milicjantami znajduje się wysoki funkcjonariusz Komendy Głównej MO – b. dyrektor Biura Dochodzeniowo-Śledczego. Kilka tygodni przed tym terminem prokurator prowadzący tę sprawę, odchodzi do prywatnej firmy „Morrow and Company” zajmującej się publikacją książek. Akta sprawy liczyły w tym momencie 60 tomów i poza tym prokuratorem nikt nie panował nad tym materiałem.(13) Sprawa ponownie ma trafić do sądu w marcu ’93. Nie trzeba być prawnikiem, by wiedzieć jak upływający czas potrafi wpłynąć na pamięć świadków… No cóż, są różne sposoby ochrony nomenklaturowych interesów – można prywatyzować także prokuratorów.

W śledztwie przeciwko funkcjonariuszom odpowiedzialnym za zastrzelenie trzech osób podczas demonstracji w sierpniu ’82 w Lubinie sąd odsyła prokuraturze akta do uzupełnienia, wskazując, że kilkoro świadków opisało funkcjonariuszy, którzy strzelali. Prokuratura nie uczyniła jednak nic, by ustalić ich personalia. „Jeden ze sfotografowanych milicjantów został nawet rozpoznany jako Wiesław K. Prokuratura nie podjęła jednak żadnych czynności, aby ustalić, czy to rzeczywiście był on” (podkr. AZ).(14)

Informacje o przygotowywaniu przez prokuraturę aktu oskarżenia przeciwko b. I zastępcy ministra SW gen. Henrykowi Dankowskiemu i dyrektorom departamentu tego resortu gen. Krzysztofowi Majchrowskiemu i gen. Tadeuszowi Szczygłowi za wydawanie poleceń niszczenia dokumentów operacyjnych prasa podaje w styczniu ’91 r.(15) Informacje o planowanym skierowaniu do sądu aktu oskarżenia przeciwko gen. Edmundowi Bule (b. szefowi WSW, trzem jego zastępcom i pięciu innym oficerom prasa podaje w sierpniu ’91.(16)

Do procesu generałów jak dotąd (piszę te słowa w marcu ’93) nie doszło! W tej sytuacji już tylko politowanie może budzić informacja o ukaraniu za palenie akt b. PZPR dwóch płotek: byłego sekretarza ds. propagandy KM PZPR w Kraśniku i mistrza z tamtejszej elektrociepłowni, a wcześniej również etatowego pracownika KM, wyrokami roku więzienia z zawieszeniem oraz grzywną 17 500 tys. zł.(17)

Czy wskazówkę, jak wyjaśnić generalską bezkarność znajdujemy we wspomnianym raporcie dla premiera? Czytamy tam: „Według wiarygodnych zeznań funkcjonariuszy, przed zniszczeniem akt operacyjnych w Wydziale XI Departamentu I MSW, sporządzono ich streszczenia, a następnie ukształtowane w ten sposób informacje przelano na dyskietki komputerowe i oddano przełożonym.

Nie wiadomo, kto obecnie dysponuje zmagazynowaną na dyskietkach wiedzą. Gen. Jaruzelski, Kiszczak, Pożoga,(18) Buła, a może również KGB i GRU?”(19)

Anatol Lawina, szef zespołu badającego sprawę FOZZ w NIK-u, w wywiadzie opublikowanym na początku lipca ’92, zapytany, dlaczego sprawa FOZZ ciągnie się tak długo, stwierdza: „Mógłbym mówić o opieszałości policji i prokuratur, ale najbardziej brakuje politycznej woli załatwienia sprawy” (podkr. – AZ).(20) Jeśli słowa Lawiny potraktować poważnie, to jaką opinię wystawia ta sytuacja instytucjom naszego państwa i jego elitom z jednej strony oraz większości środków masowego przekazu nie wypełniających swych powinności publicznych, ze strony drugiej? Jak inaczej wyjaśnić taką sytuację niż przez przypuszczenie, że ludzie i instytucje, w ten czy inny, sposób powiązane z aferzystami kontrolują lub/i paraliżują organa przestrzegania prawa oraz znaczną część mass mediów?

O jakie powiązania chodzi? We wspomnianym już raporcie przygotowanym przez Wydział Studiów MSW w maju ’92 dla premiera Olszewskiego czytamy: „Wielkie afery finansowe, jak Art-B i FOZZ były dokonywane pod osłoną i z udziałem oficerów i agentury byłego Zarządu II Sztabu Generalnego WP i Departamentu I MSW. G. Żemek – główny podejrzany w śledztwie w sprawie FOZZ – był tajnym współpracownikiem Zarządu II Sztabu Generalnego WP, podobnie jak kilku jego współpracowników. Prezes Rady Nadzorczej FOZZ, wiceminister finansów Janusz Sawicki najpierw był tajnym współpracownikiem, a następnie kadrowym pracownikiem wywiadu na etacie niejawnym. Dający osłonę spółce Art-B, b. prezes NBP Grzegorz Wójtowicz był tajnym współpracownikiem Departamentu I MSW.”(21)

Natomiast Janusz Zemke, wieloletni pracownik aparatu partyjnego, były sekretarz KW PZPR w Bydgoszczy, poseł SLD, członek komisji sejmowej badającej wykonanie uchwały lustracyjnej, powiada tak: „panowie Macierewicz, Naimski i ich współpracownicy z tak zwanego wydziału studiów, cierpią na łagodną manię prześladowczą, czy też rodzaj obsesji. Ze śmiertelną powagą wmawiano komisji, że istnieje międzynarodowa mafia byłych agentów, którzy zawładnęli gospodarką. Penetracja archiwów pozwoliła ustalić następujące fakty: jedna z osób podejrzanych w aferze FOZZ była w przeszłości zatrudniona w wywiadzie. Z kolei ktoś z rodziny jednego szefów Art-B był kontaktem operacyjnym wywiadu. Znaleziono ślad pozwalający domniemywać, że pewien wysoki urzędnik bankowy w dalekiej przeszłości miał luźne powiązania z wywiadem. Na tej podstawie wysnuto karkołomny wniosek, że agenci doprowadzili do ruiny polską gospodarkę i dopóki nie zostaną do końca zdemaskowani, to Polska będzie tonąć w kryzysie.”(22) Zwróćmy uwagę: daleka „przeszłość”, „ktoś z rodziny” i „luźne powiązania”. To wszystko rzekomo tak samo nieistotne jak komunistyczna przeszłość dzisiejszego posła.

W tym kontekście pytanie, dlaczego warszawska policja przez tak długi czas nie jest w stanie rozprawić się z mafiami taksówkarskimi,(23) byłoby już czepianiem się drobiazgów, gdyby nie świadomość, że na całym świecie taksówkarze wykorzystywani są jako informatorzy służb specjalnych.

Jak tłumaczyć powtarzającą się bezkarność wielkich aferzystów, jak nie po przez rozprzężenie lub nawet sparaliżowanie newralgicznych instytucji państw (policji, prokuratury, sądów, służb celnych, skarbowych, bankowych, kontrolnych czy środków masowego przekazu) za pomocą układów nieformalnych, w tym agenturalnych? Kto ostrzegł głównych bohaterów sprawy Art-B, umożliwiając im wyjazd na czas? Nawet jeśli faktycznie uczynił to Maciej Zalewski (wcześniej poseł PC, obecnie członek klubu Polskiego Programu Liberalnego), to przecież i tak ktoś musiał dać mu cynk…

Sprawie Art-B warto poświęcić uwagę w ogólniejszym kontekście. Dokładniejsza jej analiza zapewne wykazałaby, iż narośl układu postnomenklaturowego w naszym życiu publicznym doprowadziła do degradacji także znaczne obszary elit postsolidarnościowych, nie potrafiących się oprzeć wczesnokapitalistycznej gorączce bogacenia się. Józef Darski twierdzi wprost, iż mamy do czynienia ze zlewaniem się obu nomenklatur: „Dawnej komunistycznej (nie mylić z obecnymi członkami SdRP) i nowej solidarnościowej, która rozmiarami afer, korupcją i okradaniem społeczeństwa prześcignęła komunę.”(24)

Tego typu zagrożenia sygnalizuje wypowiedź Jadwigi Staniszkis z grudnia ’91. „Śledziłam uważnie mechanizmy odrzucenia przez Sejm zarówno kandydatury Dąbrowskiego na prezesa NBP, jak i specjalnych uprawnień dla rządu. Ci, którzy byli za odrzuceniem, myślę także o SdRP, prawdopodobnie nie tyle bronili pryncypiów demokracji, ile raczej olbrzymich interesów, które wtedy właśnie odbywały się na transferach dewizowych. Puste ruble, za które niczego nie wysyłano, wymieniano po bardzo dobrym kursie bankowym na złotówki i później na dolary. I jednocześnie dziwna polityka personalna. Szefem Departamentu Dewizowego w Ministerstwie Finansów jest były asystent prof. Sołdaczuka w Akademii Nauk Społecznych przy KC. Szefem Departamentu Polityki Celnej jest również osoba z tejże Akademii. Ci ludzie podejmują decyzje dotyczące tego, kto i jak będzie tworzył kapitał i jakie będą nasze przyszłe usytuowania (i zależności) w systemie światowym. Równocześnie toczą się przewlekłe spory o obsadzenie prezesury NIK czy NBP i praktycznie nie istnieje decyzyjne centrum.

Uważa Pani, że nadszedł czas mafii?

– Trudno mówić o mafiach, ale o nacisku różnych grup interesów na aparat wykonawczy – z pewnością. Bank Attalego czy doradca EWG, Nutti, starali się zahamować procesy prywatyzacyjne w Polsce, ratować raczej sektor państwowy. Pewne grupy z EWG były zainteresowane niską wyceną dolara i stabilizacją jego kursu, który był absurdem i stworzył trwałą podstawę pod spekulację oraz import konkurujący z rodzimą produkcją. Oficjalnie wysoki kurs rubla i niski dolara spowodował olbrzymie możliwości transferu bez żadnej kontroli. Były i quasi-mafijne układy: Universal, Agrotechnika. Grupy nacisku z zewnątrz działają też wokół elit politycznych. Żony niektórych polityków są pełnomocnikami różnych firm zachodnich, jest to po prostu kupowanie wpływów za niewielkie zresztą pieniądze. Wytwarza się sytuacja umiędzynarodowienia państwa i zarazem jego prywatyzacji” (podkr. AZ).(25)

Czyż te wszystkie przykłady nie są przejawem sytuacji, w której „politycy zdają sobie sprawę, że agentura jest obecna we władzach i niczego w związku z tym nie próbują przedsięwziąć?” I, czy skutkiem jest tylko, jak zauważył Krzysztof Wyszkowski, „upadek moralności w polityce i manipulowanie spoleczeństwem?”(26) Zgoda na swoistą „grę teczkami”, na wzajemne wiązanie rąk, na swoisty pat politycznej gry, utrwalenie patologii życia politycznego, na pragmatyczne traktowanie jej jako czegoś normalnego i nie uniknionego? Zdaniem Janusza Korwina-Mikke, jest to sytuacja typu: „my nie ujawnimy waszych agentów, jeśli wy nie ruszycie naszych.” Czym więc są wypowiedzi prezydenta Wałęsy o „asach z rękawa” jak nie uczestnictwem w grze teczkami?

Gdy, podlegając ministrowi Henrykowi Majewskiemu, Milczanowski dokonywał „sprawdzeń grupowych danych znajdujących się w Biurze Ewidencji i Archiwum UOP”, robił to ponoć wyłącznie na wewnętrzne potrzeby urzędu.(27) Urząd ten jednak – mam nadzieję – nie pracuje tylko dla siebie. A skoro tak, to wyniki „sprawdzeń” były do dyspozycji ekipy ówcześnie kierującej rządem. Czy możemy mieć pewność, że potrafiła ona oprzeć się pokusom związanym z posiadaniem materiałów nadających się do nieuczciwych zastosowań? To tylko w interesie Polski leży ujawnienie i usunięcie agentów z parlamentu. W interesie różnych sił politycznych korzystniejsza może być gra polityczna, w której ma się na przeciwników lub sojuszników kompromitujące materiały. W tej perspektywie, ludzie Macierewicza – niezależnie od wszystkich błędów związanych z operacją lustracyjną – już w samym założeniu badali archiwa w celu publicznego ujawnienia SB-eckich materiałów i rozładowania bomby agenturalnej.

Postawić trzeba bardziej ogólne pytanie. Czy materiały operacyjne, mogące stanowić skuteczne narzędzie oddziaływania na tysiące osób, są obecnie rozproszone, czy też jakaś ich znaczna cześć jest skoncentrowana w nielicznych rękach? Czyich: postkomunistycznych czy postsolidarnościowych, krajowych czy zagranicznych? I nie można nie spytać się też, czy ci, w rękach których znalazły się tajne materiały, poza zasobami ekonomicznymi i informacyjnymi, dysponują też obecnie możliwościami działań operacyjnych? W tym kontekście zazwyczaj wskazuje się na firmy detektywistyczne. Poświęćmy im zatem nieco uwagi.

„PRYWATNI” DETEKTYWI

Rzeczywiste możliwości operacyjne posiadane przez agencje detektywistyczne nie są w pełni znane.(28) W jakiej mierze liczne i niejednokrotnie liczebne firmy ochroniarsko-detektywistyczne („Ocenia się, że obecnie w firmach ochroniarskich i detektywistycznych pracuje od 100 do 150 tys. ludzi.(…) A zatem jest to grupa liczniejsza niż wszystkie siły policji razem wzięte”(29) służą, lub mogą służyć, przedłużeniu zdolności operacyjnych byłych służb specjalnych? Na ile są, lub mogą być, narzędziem działań ludzi z układu postnomenklaturowego? To, iż pracuje tam wielu fachowców doświadczonych w prowadzeniu bezprawnych lub realizowanych na granicy prawa działań nie jest tajemnicą dla nikogo. Czy obecnie wszyscy, jak jeden mąż, wyzbyli się niedobrych nawyków? Milczanowski o prywatnych detektywach mówi tak: „Niektórzy bezprawnie przyznają sobie uprawnienia policji. Zastępują legalne sądy i komorników, posługują się argumentami zbliżonymi do szantażu. Dostaję sygnały, że w pewnych wypadkach stosują środki techniki operacyjnej, podsłuchują rozmowy przy użyciu urządzeń elektronicznych. Tego im nie wolno robić.”(30)

Ustawa z 23 grudnia ’88 o działalności gospodarczej, będąca jedynym aktem prawnym dopuszczającym prowadzenie tego typu firm, „wskazywała jedynie, kto jest władny wydawać koncesje. Nie przewidziano jednak kontroli nad tego typu działalnością. Dopuszczono tym samym kilka tysięcy firm do niekontrolowanej działalności w sferze bezpieczeństwa publicznego” (podkr. AZ).(31)

Jakie są powiązania między firmami detektywistycznymi i postkomunistycznym kapitałem? A z zagranicznymi służbami specjalnymi? Mówi szef agencji ochrony osób i mienia „Point”: „Pracujemy dla ambasad i są to ambasady potężnych krajów. Mam wyłączność na wożenie pieniędzy jednego z mocarstw, a inne oddało wszystkie swoje prywatne rezydencje pod naszą wyłączną ochronę.”(32) Jasne jest, iż „potężne kraje” nie zatrudniają do newralgicznej działalności firm, które nie zostały przedtem sprawdzone. Jakimi metodami? Jest i kwestia taka:

1. wspomniana agencja nie jest jedyną pracującą dla placówek państw obcych;

2. w tego typu agencjach pracuje wielu byłych oficerów polskich służb specjalnych, tj. ludzi znających rozmaite tajemnice państwowe; liczni członkowie ich rodzin i koledzy dalej zatrudnieni są w policji, UOP-ie i WSI;

3. czy agencje te naprawdę wynajmowane są przez ambasady jedynie dla wożenia pieniędzy i wykonywania podobnego rodzaju prac „fizycznych”?

We wspomnianym już raporcie MSW pt. „Podstawowe wewnętrzne zagrożenia bezpieczeństwa państwa” z marca ’92, o firmach ochrony mienia czytamy: „Skalę zagrożeń potęguje fakt, iż równolegle do interakcji: branża security – świat przestępczy może następować infiltracja tego rynku przez obce służby specjalne. Przesłanki do takiego wnioskowania daje fakt plasowania się na polskim rynku przedstawicielstw firm security z wielu państw świata, gdzie zinstytucjonalizowana, głęboka kontrola służb specjalnych nad tą branżą jest stałą praktyką. Przedstawicielstwa starają się wiązać ze swoimi polskimi odpowiednikami, tworząc np. joint-ventures. Powyższe zagrożenia zwielokrotnia podejmowanie prób integrowania się firm security w związki regionalne, a następnie ogólnopolskie.

Ewentualne powodzenie tych działań może doprowadzić do powstania liczącej się siły, owładniętej patologiami społecznymi i wpływami obcych służb specjalnych, kierowanej przez byłych funkcjonariuszy aparatu władzy PRL.”(33)

„Wprost”, pisząc o prywatnym oddziale komandosów od trzech lat tworzonym przez Aleksandra Gawronika, podaje, iż „Na kontrolę postępów, jakie czyni grupa, przyjeżdża instruktor z Biura Ochrony Rządu.”(34) Pan instruktor zapewne jest zatrudniony tu na podstawie umowy-zlecenia. Gdzie zarabia więcej: w rządzie czy na boku? Wobec kogo opłaca mu się być lojalnym na dłuższą metę? W którą stronę następuje przepływ informacji?

Węgierkiewicz w książce „Aleksander Gawronik: gra o miliardy” pisząc o oddziale ochroniarzy Gawronika podaje wiele informacji tożsamych z danymi Michalaka, o instruktorze z BOR-u jednak nie wspomina. Węgierkiewicz podaje natomiast inny zadziwiający fakt: „Kandydatów do pracy poszukuje się w całej Polsce, korzystając z kontaktów osobistych, ale także poprzez WKU, gdzie prowadzi się dokładne spisy na wypadek mobilizacji.”(35) Na jakiej podstawie prawnej wojskowe Wojewódzkie Komendy Uzupełnień, gromadzące dane osobowe o znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa, występują w roli biur pośrednictwa pracy?!

KTO DZIŚ CHRONI TAJEMNICE PRL-U?

Czy dzisiaj istnieje jakiś interes publiczny w utajnianiu tajemnic z okresu PRL i, jeśli tak, to jakich? Czy jacyś poważni historycy uzyskali dostęp do akt różnych PRL-rowskich resortów, by w sposób systematyczny badać wpływ radzieckich służb tajnych na dzieje powojennej Polski, na naszą wewnętrzną politykę?(36) Czy ktokolwiek prowadzi lub zamierza prowadzić takie badania? Sposób potraktowania zasobów archiwalnych MSW przez ministrów solidarnościowgo pochodzenia na pewno takie badania utrudnia. Antoni Zieliński, w ’91 dyrektor Centralnego Archiwum MSW wskazuje, iż „Odtajnianie dokumentów organów bezpieczeństwa jest z natury swej rzeczą skomplikowaną, a utrudni ją jeszcze z pewnością realizacja propozycji UOP, który chce podziału materiałów w zależności od kompetencji instytucji wyłonionych z dawnego MSW. Tak więc Centralnemu Archiwum przypaść miałyby jedynie dokumenty administracyjne, Policji – dawne akta milicji, UOP zaś wziąłby akta byłych organów bezpieczeństwa, szczególnie tzw. operacyjne. (…) Rozrywając materiały, wytworzone przez jednego twórcę – co już jest niezgodne z powszechnie obowiązującymi zasadami archiwalnymi – uniemożliwia się rzetelne badanie historii Polski w latach 1944-1990.”(37)

W kwietniu ’91 na posiedzeniu Krajowego Komitetu Obywatelskiego Jan Olszewski powiedział m.in.: „Fakt, że tylko u nas – może poza Rumunią – nie ujawniono żadnych materiałów dotyczących SB i służb specjalnych, jest swoistym skandalem. Co więcej, nadal robi się wszystko, aby to uniemożliwić. Byli funkcjonariusze SB, którzy chcą ujawnić przestępstwa – często zresztą wykonywane na rozkaz – zwracają się w tej sprawie do obecnych zwierzchników resortu o zwolnienie ich z tajemnicy służbowej. Mimo jednak odejścia z owej służby, zwolnień takich otrzymać nie mogą.”(38)

Pytanie tytułowe tego fragmentu nasuwa się też w kontekście utajnienia części akt sprawy w procesie zabójców księdza Popiełuszki.(39) Wniosek skierowany w lutym ’92 do wiceministra SW Andrzeja Zalewskiego o odtajnienie całości akt został odrzucony bez słowa. „Prokurator Szafnicki nie potrafi zrozumieć, dlaczego wiceminister z gabinetu rządowego – opowiadającego się za szerokim ujawnianiem przeszłości – uważał, że zeznania ponad 200 byłych pracowników SB, dotyczące nie istniejącego już Departamentu IV, odległych lat i innej epoki – nadal muszą być tajne.”

Jednym z efektów pracy powołanej przez Sejm X kadencji Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW było powstanie raportu wskazującego na istnienie w Departamencie IV „zorganizowanej grupy przestępczej działającej przeciwko duchowieństwu katolickiemu. Tekst raportu zawierającego personalia pracowników grupy ‚D’ Komisja w lutym br. [tj. ’91 – AZ] przekazała Prokuraturze Generalnej. Poseł Rokita nie był jednak w stanie zapoznać z jego treścią ani posłów na posiedzeniu plenarnym Sejmu, ani dziennikarzy na konferencji prasowej, został bowiem zobowiązany do zachowania tajemnicy pod rygorem sankcji karnych (sic!) przez ministra spraw wewnętrznych Henryka Majewskiego. W ten sposób jedna z najbardziej ponurych tajemnic SB nadal nie może stać się przedmiotem społecznej oceny.”(41)

W czasach podziemnej „S” Jerzy Milewski kierował Biurem Brukselskim tej organizacji. W świetle licznych wpadek transportów materiałów z zagranicy dla podziemia w kraju oraz ujawnionych ostatnio (mim. przez gen. Pożogę) informacji, nie ulega wątpliwości głęboka infiltracja tego Biura i jego kontaktów przez służby specjalne PRL. W tym kontekście Irena Lasota (obecnie dyrektor Nowojorskiego Institute for Democracy in Eastern Europe) mówi o Milewskim: „Uważam, że nikt nie zrobiłby gorszej roboty w Brukseli. Gdyby okazało się, że wynikało to nie tylko z niekompetencji Jerzego Milewskiego, sprawa byłaby bardzo poważna. Dotyczyłaby świadomej dekonspiracji struktur podziemnych. Trzeba pamiętać, że Biuro Brukselskie posiadało więcej informacji na temat konspiracyjnej Solidarności niż ktokolwiek, nawet w Polsce.”

Na pytanie dziennikarki „Czy jest możliwe sprawdzenie, w jaki sposób „działalność” kontrolowała działalność Biura Brukselskiego?” Lasota odpowiada: „Odpowiedź znajduje się w aktach MSW, wywiadu i kontrwywiadu w Polsce. Obawiam się że w niektórych wypadkach – tylko w archiwum KGB.

Komisja Krajowa NSZZ „S” powinna wystąpić do MSW, wywiadu i kontrwywiadu o udostępnienie materiałów dotyczących inwigilacji i infiltracji Solidarności.”(42) Niestety, nie słyszałem o takim wniosku! A od listopada ’91 Milewski jest szefem działającego przy Urzędzie Prezydenta Biura Bezpieczeństwa Narodowego w randze ministra stanu. W czerwcu ’92 jego nazwisko umieszczone zostaje na dostarczonej przez min. Macierewicza liście osób (nr 63), których dane jak, TW znalazły się wśród zapisów archiwalnych MSW.(4 3) Być może p. Milewski jest czysty jak łza. Szkoda jednak, iż nic nie zrobiono w celu upewnienia o tym opinii publicznej.

Jesienią ’91 Andrzej Jędrzejczyk prowadzący śledztwo w sprawie śmierci w ’77 studenta Stanisława Pyjasa, ustępuje ze stanowiska naczelnika Wydziału śledczego Prokuratury Wojewódzkiej w Krakowie. Jędrzejczyk twierdzi, iż doszedł do „miejsca, w którym należy ujawnić ‚tajnych współpracowników SB’, którzy w liczbie co najmniej 12 operowali w najbliższym otoczeniu Pyjasa, a którym on ufał bezgranicznie. Ponoszą oni moralną odpowiedzialność za jego śmierć, jeśli zaś udowodni się im pomocnictwo, będą odpowiadać karnie za współudział w morderstwie. Od sierpnia ‚leżakuje’ w Ministerstwie Sprawiedliwości mój wniosek o ujawnienie tych ‚tajnych współpracowników’. ‚Współpracownicy’ jako ludzie wykształceni, z ‚opozycji’, ulokowali się pewnie w różnych instytucjach i organach. Dla nich ujawnienie to ‚być albo nie być’.(…) Mimo upływu 14 lat nadal widzę szansę wykrycia sprawców mordu. Pod warunkiem, że nikt nie będzie utrudniał mi postępowania. Prokurator nie ma możliwości dokonywania tzw. czynności operacyjnych. Kiedy wynikła konieczność takich czynności, zwróciłem się do Urzędu Ochrony Państwa. Do UOP dlatego, że w policji nadal zatrudnionych jest wielu byłych funkcjonariuszy SB, których udziału w tym przestępstwie nie mogłem wykluczyć. Z UOP otrzymałem kuriozalną odpowiedź, że Urząd Ochrony Państwa nie ma możliwości przeprowadzenia czynności operacyjnych. Kiedy zażądałem z przejętego po SB archiwum akt dotyczących inwigilacji Pyjasa i opozycyjnego środowiska studenckiego wokół niego, otrzymałem odpowiedź, że akta te zostały zniszczone. Może rzeczywiście tak było, tylko wówczas obowiązkiem UOP było bezzwłoczne zawiadomienie o tym prokuratury, aby ta wszczęła dochodzenie o niszczeniu akt. Tego dotychczas UOP nie uczynił.”(44)

Jeśli jest prawdą, że za decyzjami o podtrzymaniu tajności wielu innych materiałów PRL-owskich bezpośrednio stoją interesy i decyzje UOP-u, to czyż można uniknąć niepokojących podejrzeń, iż firma ta, w której pracują tysiące byłych funkcjonariuszy SB, broni w ten sposób nie tyle interesu Państwa Polskiego, co interesów ludzi starych układów? Przypominam, że w UOP-ie „w służbach operacyjnych jest dwie trzecie starej kadry.”(45)

Dziwi też duża liczba TW w tej sprawie. Kilka miesięcy przed śmiercią, Pyjas, wraz z kolegami, współpracował z KOR-em. Liczba TW może wskazywać, iż w Krakowie w grę wchodziła grupa opozycyjna, której działalność zainicjowana była przez SB. Rzeczą dość często w praktyce MSW spotykaną było przechodzenie ludzi będących TW podczas studiów do pracy w SB po ich ukończeniu. Czyżby wśród ludzi, których ujawnienia domaga się prok. Jędrzejczyk byli kadrowi pracownicy SB, obecnie pracujący w UOP? UOP mógł też, np. przejąć niektórych TW ze sprawy Pyjasa i wykorzystywać ich do swych celów. Jeden z moich konsultantów, emerytowany wyższy oficer LWP zwrócił mi uwagę w kontekście tej sprawy na swój przypadek. W okresie stalinowskim donosiło na niego dwóch przyjaciół. Obecnie jeden z nich jest pisarzem, drugi był profesorem wyższej uczelni. W ’89 materiały sprawy tego oficera (związane z jego działalnością w AK) zostały zniszczone – wraz z danymi donosicieli. Łatwo sobie wyobrazić, jak wielkim skandalem środowiskowym stałoby się ujawnienie „drugiej” strony aktywności życiowej tych osób – choć tu w grę nie wchodzi tragiczna śmierć, tak jak w sprawie podjętej przez prokuratora Jędrzejczyka. Jeśli nawet założymy przez chwilę, iż TW ze sprawy Pyjasa są dzisiaj faktycznie niezwykle polskiemu państwu przydatni, to przedkłada tu się raczej wątpliwe interesy operacyjne i polityczne nad pewne jasne wymagania prawne i moralne. Powtarza się praktyka stosowana przez wszystkie bodaj policje (w tym oczywiście i komunistyczne): toleruje się ludzi łamiących prawo, gdy zgadzają się zostać lub być nadal naszymi ludźmi. Jak jednak w tej sytuacji można marzyć o rozliczeniu się z dziedzictwem przeszłości?

Krzysztof Kozłowski mówi: „Gdy byłem jeszcze ministrem, prokurator wniósł o ujawnienie trzech ‚TW’. Podał ich pseudonimy i twierdził, że mają coś na sumieniu. Zbadałem to i – można mi wierzyć albo nie – wymienieni ‚TW’ nie mieli nic wspólnego ze śmiercią Pyjasa. Byli wykorzystani jedynie do zbierania informacji. Prokuratorzy mówią, że o tym, co jest przydatne do procesu powinien decydować sąd. Ale chodzi o precedens – jeżeli zaczniemy ujawniać ‚TW’, będzie to miało negatywne konsekwencje w przyszłości.”(46) Panie ministrze, to jakieś nieporozumienie: formułka „można mi wierzyć lub nie” nadaje się do dyskusji przy piwie, a nie przy rozstrzyganiu kwestii procesowych!

Zasygnalizujmy też problem ogólniejszy – właściwy dla całej refleksji nad polityką: co się w ostatecznym rozrachunku traci, a co zyskuje? Jakie są granice kompromisu z bezprawiem? Jak dalece można się posunąć w stosowaniu środków niemoralnych i nielegalnych, w tym po prostu podłych, w pracy instytucji mającej być Urzędem Ochrony Państwa praworządnego?

„CZWARTA WŁADZA” – KOMU SŁUŻY?

Jarosław Kurski komentując swój głośny tekst „Wódz – przedostatni rozdział”, w którym byli urzędnicy Kancelarii Prezydenta poddali Belweder surowej krytyce, pisze, iż jego publikacja „była testem na istnienie w Polsce tzw. czwartej, władzy – wolnej prasy. Test wypadł negatywnie. W Polsce jest wprawdzie wolna prasa – lecz nie jest jeszcze czwartą władzą.”(47) Moim zdaniem, jest jeszcze gorzej niż sądzi Kurski. Trudno bowiem byłoby twierdzić, iż z prasą wolną i niezależną w szerszej skali mamy do czynienia. Te same siły, które paraliżują naszą klasę polityczną, kontrolują liczne środki masowego przekazu. Dlatego właśnie prasa nie jest w stanie pełnić zadania kontrolowania i – pośrednio – oczyszczania tej klasy.

Pod rządami PZPR środowisko dziennikarskie było nasycone agenturą w stopniu szczególnie wysokim. Oto wypowiedź b. funkcjonariusza SB: „Wśród dziennikarzy to trzeba było szukać czystego, takiego, który już z kimś nie współpracuje. Jak się już taki znalazł, to się moi koledzy bili, który ma go przejąć, pozyskać.”(48) Tytułem przykładu, przypomnijmy, że przy okazji nowego śledztwa w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka ujawniono, iż w okresie śledztwa pierwotnego „Powołano trzyosobową grupę propagandową oficerów SB, która inspirowała publikacje zgodne z celem postawionym przez MSW. (…) Jak wynika z dokumentów, z grupą tą współpracowali niektórzy dziennikarze centralnych pism.”(49) Jasne jest, że tego typu sytuacje nie były niczym nadzwyczajnym w życiu komunistycznego dziennikarstwa. Bardziej niepokoić musi jednak wątpliwa rola dziennikarstwa postsolidarnościowego – nieźle to ilustruje jego stosunek do sprawy FOZZ.(50) Nie może w tej sytuacji dziwić siła propagandy, która w oczach wielu ludzi zdołała sprowadzić problem LiD do absurdu. Trudno też uwierzyć, że taktyka szumu informacyjnego nie bywa stosowana z premedytacją. Czy histeryczne wypowiedzi padają częściej z ust zwolenników lustracji, czy też jej przeciwników? Czyż nie chodzi o to, by stworzyć wrażenie chaosu informacyjnego oraz bagna moralnego i politycznego, z których nie sposób wyłowić nic wyraźnego i jednoznacznego? Nie wykluczam, że w tej grze posunięto się nawet do sprowokowania oskarżeń już od samego początku bezpodstawnych, łatwych do odparcia, aby skompromitować samą ideę lustracji. Taki właśnie charakter zdaje się mieć przypadek z przedstawionym przez J. Kaczyńskiego słynnym zdjęciem, na którym znajdować ma się Wachowski.

Szereg publicystów zauważyło już niepokojące zjawisko: nasi politycy, to ludzie bez honoru. Oskarżani publicznie o czyny kryminalne lub choćby tylko niegodziwe moralnie ani myślą się usprawiedliwiać, nie domagają się wycofania zarzutów ze strony swych oskarżycieli. Nie powołują ich przed sąd za uszczerbek czci spowodowany fałszywymi zarzutami ani nie podają się do dymisji. Na przykład Lech Falandysz z kancelarii Prezydenta. Umieszczony w czerwcu ’92 na liście Macierewicza, przez ponad pół roku nie zauważa problemu. Dopiero gdy Jan Parys ponownie wymienia jego nazwisko jako TW, Falandysz budzi się i obiecuje podać sprawę do sądu.

Najbardziej głośne – i ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa – są chyba przypadki Krzysztofa Skubiszewskiego(51) i Mieczysława Wachowskiego. A z 17 wyższych oficerów MON i MSW oskarżonych przez Szaniawskiego o to, iż są ludźmi KGB, żaden (powtarzam: żaden!) nie skorzystał z prawa ochrony swego imienia na drodze sądowej. I to w sytuacji, gdy resort obrony oferował swoim oficerom w tej sprawie pomoc prawną.(52) Może określenie „człowiek KGB” z niczym niestosownym się owym oficerom nie kojarzy?

Takie zachowanie przestanie dziwić, jeśli przyjmiemy, iż wiele z osób, którym stawia się tego typu zarzuty, to faktycznie aktualni lub byli agenci, czy też ludzie na różne inne sposoby zdeprawowani przez stary system. Honoru albo nigdy nie mieli, albo zostali pozbawieni go już dawno, zaś ich mocodawcy nie pozwalaj a im wycofać się z życia publicznego tak długo dopóki są przydatni. Z kolei niektórzy inni członkowie naszej klasy politycznej – mogli nigdy agentami nie być, lecz działając w zdegenerowanym otoczeniu społecznym – utracili miary moralne.

Przywołajmy marginesowy, ale chyba znamienny przykład. Sprawa Andrzeja Anusza, wcześniej posła Porozumienia Centrum, a obecnie w Ruchu dla Rzeczypospolitej, w stosunku do którego „Rada Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego stwierdziła, iż jego praca magisterska została przepisana z pracy mgr Marka Rymszy w stopniu uniemożliwiającym uznanie jej za samodzielną.”(53) Człowiek, któremu zarzucono złodziejstwo intelektualne, dalej funkcjonuje sobie w naszym życiu publicznym, udziela licznych wypowiedzi prasowych, występuje na konferencjach. Nie słyszałem, by którąś z nich poświęcił oczyszczeniu się z zarzutów.

Zjawisko ludzi bez honoru piastujących funkcje publiczne, nie przybrałoby takich horrendalnych rozmiarów, gdyby w Polsce istniały i spełniały swe zadania, niezależne środki masowego przekazu. Gdyby ludziom, którym postawiono poważne zarzuty nie dawano spokoju tak długo jak ich sprawa nie ulegnie wyjaśnieniu. Gdyby, na przykład, sporządzono (i drukowano co tydzień) aktualną listę hańby. Wykaz osób publicznych obciążonych poważnymi zarzutami, którzy nie uczynili nic, by się z nich oczyścić – licząc, czy to na przyschnięcie danej sprawy pod natłokiem nowych sensacji lub też pragnąc utrzymać się na swych stanowiskach tak długo, by przed odejściem ustawić się na przyszłość. To nasze środki masowego przekazu współodpowiedzialne są za to, iż wiele spraw zbyt łatwo i szybko przysycha, że prokuratury rozmydlają śledztwa. Jak może jednak być inaczej przy obecnym stanie naszych – pozornie jedynie spluralizowanych – środków masowego przekazu? Zresztą, być może bardziej zdrowa moralnie jest obecna sytuacja od polegającej na tym, iż agenci usytuowani w prasie próbują rozliczać agentów w ośrodkach władzy?

Wydawnictwo BGW samodzielnie, bez zgody autorów cenzuruje tekst książki „Kim pan jest, panie Wachowski?” Wycina rozdział, w którym autorzy umieścili, jak mówią, „wszystko, co udało się nam zebrać na temat agenturalnej działalności Wachowskiego. Usunięto też zbyt ostre, zdaniem wydawnictwa, sformułowania dotyczące np. sfery obyczajowej i działalności finansowej Wachowskiego w latach 80. (…) Proces wydawania książki był kontrolowany przez Belweder. Radcą prawnym BGW jest żona szefa Zarządu Śledczego UOP, płk. Wiktora Fonfary, który według naszych danych był razem z Wachowskim na kursie SB w Świdrze. Zaraz po złożeniu go w wydawnictwie tekst naszej książki trafił do rąk Wachowskiego.”(54)

Inny znaczący przypadek, to rozmowy z b. szefem ochrony Jaruzelskiego, płk. Arturem Gotówko. Na konferencji prasowej po wydaniu książki, Gotówko oświadcza, „że bez jego zgody już po autoryzacji wywiadu-rzeki jego rozmówca Henryk Piecuch wycofał z druku ponad 100 stron. Henryk Piecuch przyznał, że postąpił tak po spotkaniu z gen. Jaruzelskim i kilkunastogodzinnej rozmowie.”(55)

Warto by też – z punktu widzenia szkicowanego tu stanu rzeczy – przyjrzeć się dokładniej powodom opóźniania prac nad ustawą likwidującą monopol państwowej telewizji i radia. Dla kogóż to przeszkodą jest czwarta spluralizowana władza (a nie będąc rzeczywiście pluralistyczną nie jest ona w stanie pełnić zadań kontroli demokratycznej), w sytuacji gdy trzy wyodrębnione konstytucyjnie władze państwa są uzależnione przez niejawne pozakulisowe siły i wpływy?
* * *
Dramatyzm sytuacji polega na tym, iż wszystko niestety wskazuje na to, iż w państwie naszym nie ma dziś żadnej instytucji zdolnej pełnić funkcje zdrowego rdzenia, swoistego koła zamachowego obecnej transformacji, i zarazem sita selekcjonującego patologie i bezprawie.

Należy zwłaszcza mieć poważne wątpliwości co do zdolności UOP i odpowiednich służb WP do skutecznego wypełniania ich konstytucyjnych zadań. Po pierwsze, są uzasadnione obawy co do lojalności wielu fachowców przejętych po PRL-u. Po drugie, pracuje tam wielu nowicjuszy dopiero uczących się rzemiosła, zależnych przeto od swych bardziej doświadczonych kolegów. Po trzecie, obecny okres przebudowy, chaosu, rozprzężenia, nierzadko histerycznego pędu do bogacenia się, nie może nie korodować moralności także pracowników tajnych służb. Wielu trudno oprzeć się pokusie wymiany informacji na pieniądze. Inni miast reguł prawa wolą respektować nieformalne „życzenia” Belwederu.

Prawie pewne jest, iż tajne służby są niemal całkiem przejrzyste: tak dla wywiadów obcych jak i rodzimych elit postkomunistycznych. Tak to przynajmniej wygląda w świetle licznych materiałów publikowanych przez Urbanowskie „Nie”. Opisano tam np. śledzenie polityków SdRP w ramach operacji „Pamela”, przedstawiając szczegóły, których nie mogły znać osoby poddane inwigilacji. Ale czy jest się czemu dziwić, gdy dyrektorem prawnym wydawcy tygodnika „Nie” jest b. dyrektor Biura Śledczego MSW, a potem zastępca prokuratora generalnego PRL w latach ‚BO – Hipolit Starszak?(57) Ile wie, koga zna taki człowiek? Kto jemu ufa, komu on ufa? Według docierających do mnie informacji tak w UOP-ie jak i w WSI praca operacyjna leży: brak jest nowych pozyskań, nie odbywają się spotkania nawet z tymi dawnymi TW, którzy wyrazili gotowość współpracy z obecnymi służbami.

Wszelakiej maści agenci: państw, kapitałów małych i dużych, krajowych i zagranicznych oraz mafii różnorakich, mają dziś w Polsce szerokie pole do działania nie tylko dlatego, że sprzyja im nieuchronny bałagan wielkiej transformacji. Mają je w znacznej mierze dlatego, iż dziedzictwo komunizmu uformowane jest w układ paraliżujący zdolności organizmu społecznego do walki ze schorzeniami. Bezpodstawne są na pewno obie skrajne tezy: ta, iż nie istnieje żaden układ postkomunistycznych powiązań nieformalnych, wywierający istotny wpływ na liczne sfery życia publiczno-państwowego oraz ta, że mamy od czynienia z dawnym nomenklaturowym układem, działającym w nieomal nienaruszonej strukturze wpływów i możliwości. Prawda leży gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami – co wcale nie oznacza, iż akurat pośrodku. Kto jednak potrafi ustalić, jaka jest siła powiązań agenturalnych i układów nieformalnych stojących za ugrupowaniami postkomunistycznymi w Polsce? Kto potrafi oszacować, jakimi możliwościami dysponuje dziś kapitał stojący za siłami postkomunistycznymi w Polsce? I wcale nie musi istnieć żadne jednolite centrum koordynacyjne dla, układu postkomunistycznego jako całości,(58) by zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, dla procesu budowy demokratycznego państwa prawa były poważne. Wystarczy, by ludzie układu postnomenklaturowego łączyli wysiłki w warunkach zagrożenia dla ich pozycji.

KIERUNEK NIEMIECKI

Wiadomo, iż wśród tysięcy polskich emigrantów i azylantów lat osiemdziesiątych prowadzono rozgałęzioną penetrację wywiadowczą i niewątpliwe wydaje się, że sporo naszych (byłych) rodaków odwiedzających kraj pracuje dla służb niemieckich. Do zbierania informacji wywiadowczych wykorzystywana jest też – w sposób mniej lub bardziej zorganizowany – mniejszość niemiecka w naszym kraju. Jeśli uwzględnimy to, iż niemałą część tej grupy stanowią tzw. Volkswagendeutsche, czyli ludzie, którzy zdecydowali się na zmianę narodowości z przyczyn ekonomicznych, to nie może ulegać wątpliwości, że ogólna podatność tej grupy na ewentualną rekrutację przez obce służby wywiadowcze musi być wyższa od przeciętnej.

Zaznaczmy tu dla uniknięcia nieporozumień – nie namawiam w tym punkcie do podejmowania jakichkolwiek nadzwyczajnych kroków. Posługiwanie się mniejszościami narodowymi dla celów penetracji agenturalnej jest czymś normalnym w pracy wywiadów i niewskazane byłyby tu jakiekolwiek przedsięwzięcia (np. jakieś akcje polityczne) poza normalnym zabezpieczeniem kontrwywiadowczym.

Oczywiste wydaje się też, iż obecnie służby RFN korzystają ze zgromadzonych przez STASI materiałów z okresu jej współpracy z SB, jak i przy okazji jej samodzielnej penetracji naszego kraju. „Interesujące jest przy tym, że polska służba bezpieczeństwa – której z pomocą pośpieszyła STASI – nie zdawała sobie do końca dokładnie sprawy z zasięgu szpiegowskiej działalności wywiadu wschodnioniemieckiego w Polsce. Anonimowy rozmówca „Die Welt” [były wyższej rangi oficer STASI] ujawnia, że agentom NRD udało się nawiązać kontakt nie tylko z przedstawicielami Solidarności; także ogniwa partii komunistycznej znajdowały się pod jej wywiadowczą kontrolą. Niemiecka Republika Demokratyczna mieszała – jak się wyraził rozmówca „Die Welt” – we wszystkich sprawach, które odgrywały wówczas w Polsce jakąś rolę; na zlecenie polskiej służby bezpieczeństwa STASI podjęła się także kontroli wywiadowczej nad zagranicznymi strukturami Solidarności – w Berlinie Zachodnim, Holandii, Francji i RFN.”(59) W odniesieniu do terenów Polski południowo-zachodniej mówi o tym gen. Ochocki: „Konsulat niemiecki funkcjonował we Wrocławiu. Bardzo żywotny, taki wnikliwy. Zresztą większość konsulatu obsadzona była przez funkcjonariuszy STASI. Byli bardzo namolni. Prowadzili totalny wywiad. Wszystko i wszystkich. (…) Wszędzie chcieli być i wszystko wiedzieć. Komu to było potrzebne? Im? Komu to dalej przekazywali? Na pewno nie do Moskwy, bo przecież Moskwa wiedziała, co się tutaj dzieje. Nie musiała się dowiadywać kanałem NRD.”(60) Krzysztof Kozłowski wspomina o sprawie szpiegowania „S” przez STASI tak: „Oni dostali na to wszystko zielone światło. Dał je swego czasu generał Milewski. To, że ich wpuścił, to pół biedy, ale on ich w ogóle nie kontrolował! I to się zemściło w ten sposób, że dzisiaj możemy się tylko zastanawiać, gdzie są i co robią ich byli agenci w Polsce. Na pewno nie rozpłynęli się w nicość.”(61) Prawdopodobne wydaje się przejęcie jakiejś części agentury STASI przez BND, służby wywiadowcze Bundeswehry (MAD) czy Urząd Ochrony Konstytucji.

W przytaczanym już raporcie Wydziału Studiów dla premiera Olszewskiego, podany jest przykład, mówiący ,,O rejestrowaniu osób związanych z podziemnymi strukturami ‚S’ przez służby państw obozu komunistycznego, jest kooperacja b. STASI z Biurem Studiów SB MSW dotycząca rozpracowania środowisk opozycyjnych. Wydział Studiów udokumentował taki rodzaj współpracy ze STASI w i przypadku infiltracji warszawskich środowisk opozycyjnych skupionych wokół Kościoła Katolickiego i kontroli kontaktów podziemnej RKW ‚S’ w Poznaniu z Berlinem Zachodnim. Dane będące owocem tej współpracy pozostają prawdopodobnie w dyspozycji służb specjalnych RFN i Rosji.”(62)

Wyraźna w świetle tych wszystkich informacji nasza przejrzystość dla Niemców niebezpieczna być musi choćby tylko z punktu widzenia polskich interesów” gospodarczych.

Przypisy:

  1. Alexandre de Marenches, b. długoletni szef SDECE, francuskiego wywiadu i kontrwywiadu, za: Chrisline Ockrent, Alexandre Marenches, Sekrety książąt i szpiegów, Warszawa 1992, Editions Spotkania, przeł. Zofia Jeżewska, s. 115.
  2. K. Dubiński, Wywiad – największy przegrany, PiŻ, nr 25, ZO.06.92.
  3. J. Olszewski. Przerwana premiera, s. 103.
  4. Jacek Hugo-Bader: „Józefina Hrynkiewicz, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, autorka książki o ruchach ekologicznych poradziła, żebym pogrzebał w aktach MSW, jeżeli chcę się czegoś dowiedzieć o ludziach ‚skierowanych’ w 1988 r. do rozbicia Polskiej Partii Zielonych. Więcej nie chciała powiedzieć, bo przecież „Gazeta Wyborcza” nie zapewni mi ochrony” (U Bryczkowskiego, GW, 10.07.92, nr 161, P S, s. 12).
  5. Byłem człowiekiem Kiszczaka, s. 194.
  6. Dane ujawnione przy okazji pracy komisji weryfikującej kadry SB, za: Marek Henzler, Prześwietlanie SB, Polityka, nr 33, 18.08.90, s. 1.
  7. Za fragmentem raportu opublikowanym w: Konfidenci są wśród nas…, s. 18.
  8. ts, EW, nr 117, 19.06.90; cyt. za przedrukiem w Angorze, nr 4, 01.07.90, s. 5.
  9. Generał Kiszcizak… mówi prawie wszystko, s.149. Niezrozumiałe dla mnie jest jak poznawszy tego typu sprawy (i wiedząc na pewno o wielu innych) Rokita mógł w ’92 wystąpić zdecydowanie Przeciw lustracji? Czyżby przewodnicząc wspomnianej komisji dowiedział się rzeczy tak strasznych, iż wizja ich publicznego ogłoszenia przeraziła go? Czy dowiedział się tak wiele o zbrodniczych metodach działania MSW, iż obawiał się lustracyjnej wojny z (byłym?) resortem? Niepokojące pytania można mnożyć.
  10. Ewa Wielińska, Bohaterowie rozdziału trzeciego, PiŻ, nr 26, 27.~.92, s. 9.
  11. Na marginesie wspominanego tu procesu sprawców porwań toruńskich dodajmy, iż do żadnej odpowiedzialności nie pociągnięto szeregu osób w sprawę tę zamieszanych. Dotyczy to m.in.: Magdaleny K. (vel Marii S.), sekretarki grupy operacyjno-śledczej dokonującej porwań, uczestniczącej co najmniej w jednym z uprowadzeń, która za udział w akcji specjalnej otrzymała nagrodę; por. Bronisława Stanaszka, z Wydziału śledczego toruńskiej SB, także członka ww. grupy, który w ’84 – prowadząc umorzone następnie śledztwo w sprawie porwań – „dopuścił się fałszerstwa protokołu oględzin miejsca, w którym przez dwie doby przetrzymywano dwoje z porwanych. Dokonał przy tym nie lada sztuki: rysując plan ośrodka wypoczynkowego uwzględniał toalety, kiosk Ruchu i wszystkie domki, z wyjątkiem pawilonu o wielkości 15xl0 metrów, w którym więziono pokrzywdzonych” (S. Mirerski, zob. niżej); ppłk Eugeniusza Gawrońskiego, naczelnika Wydziału śledczego, będącego zastępcą kierownika grupy, który wyznaczył por. Stanaszka do prowadzenia śledztwa; prokuratora Prokuratury Rejonowej Antoniego B., który umorzył to pierwsze śledztwo w sprawie porwań, nie podejmując żadnych kroków, by przesłuchać rozpoznanego i wskazanego już wtedy prokuraturze jednego z porywaczy – Marka Kuczkowskiego. Podałem tu jedynie dane osób, których nazwiska ukazały się w prasie; zob. m.in. Lucyna Budniewska, Zbigniew Juchniewicz, Wyrok, Nowości, nr 236, 06.12.91, s.3; E. Wielińska, Temida ma głos, PiŻ, nr 50, 14.1291, s. 7; Sławomir Mizerski, Z zimną krwią, Spotkania, nr 50/51, 25-31.1291, s. 35-6; Wiesława Kwiatkowska, Asy kidnapingu, TG, nr 16, 21.04.91, s. 3; Jerzy Wenderlich, Z toruńskiego procesu, GP, nr 239, wyd. 03, 12-13.10.91, s.2; GP, nr 271, wyd. 03, 21.11.91, s. 1-2 Zob. tci. cykl artykułów Zbigniewa Branacha, pt. Toruńska GAS, publikowanych w KP od sierpnia ’91. Pomijam już to, iż nie pociągnięto do odpowiedzialności nikogo z kierownictwa toruńskiego WUSW ani z MSW, choć znając pragmatykę służbową tego resortu wydaje się oczywiste, iż tak złożone przedsięwzięcia jak porwania toruńskie musiały odbywać się za wiedzą i pod kontrolą przełożonych. Tylko ktoś obserwujący sprawę tego procesu z daleka, mógł odnieść wrażenie, że w 7 lat po dokonaniu przestępstwa sprawiedliwości stało się wreszcie zadość. Jako ciekawostkę podajmy, iż w dwa i pół roku po porwaniach, mających miejsce na wiosnę ’84, w dniu 15 października ’86 na wojewódzkiej inauguracji szkolenia partyjnego w Toruniu uhonorowano zasłużonych aktywistów szkolenia partyjnego medalami „Za upowszechnianie marksizmu-leninizm”. Wśród nich jednego z porywaczy, Marka Kuczkowskiego (GT, 16.10.86, s. 1).
  12. W rozmowie Andrzeja Witolda Halickiego z przewodniczącym sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW, Konfrontacje, nr 7-8, 1991, s. 9.
  13. J. Jachowicz, Prokurator poszedł na swoje, GW, nr 262, AR, 09-11.11.91, s. 2.
  14. Wanda Dybalska, Marian Maciejewski, Bezradna prokuratura?, GW, nr 51 A, 02.03.93, s. 3.
  15. Np. GW, nr 14, A, 17.01.91, s. 2. Zob. też (jano), Kto niszczył archiwa MSW. Fakty mówią, generałowie milczą, Nś, nr 206, 02.09.92, s. 2.
  16. Np. J. Jachowicz, WSW przed sądem, GW, nr 179 A, 02.08.91, s. 3. O niszczeniu akt WSW zob. Waldemar Strzałkowski, ile poinformowany? Kilka uwag o artykule Roberta Kowala na temat niszczenia akt WSW, Pz, nr 9, wyd. l, 14.01.91.
  17. (hap), Wyrok za palenie akt, GW, m 214 A R, 11.09.92, s. 2.
  18. A przy okazji: czy zaprezentowany w książce Piecucha atak Pożogi na Jaruzelskiego, w tym dość przekonująco, jak się wydaje, uargumentowane-zarzuty szefa wywiadu i kontrwywiadu, iż stan wojenny został wprowadzony w warunkach niewystępowania zagrożenia radziecką interwencją, stanowił wyraz rzeczywistej niechęci Pożogi wobec Jaruzelskiego, czy też jest składową operetki rozpisanej na głosy… Sam Jaruzelski, nie wymieniając w swej książce „Stan wojenny” nazwiska Pożogi ani razu, podaje informacje dokładnie skierowane (jakby stanowiące odpowiedź) przeciw racjom przywołanym przez Pożogę.
  19. TS, nr 27, 03.07.92, s. 5.
  20. Rozmowa Krystyny Doliniak, Nowości Extra, 3-5.07.1092, s. 5 (przedruk z KP).
  21. Raport Wydziału Studiów opublikowany w TS, m 27, 03.07.92, s. 4.
  22. Rozmowa Henryka Schultza, NIE, m 29, 16.07.92, s. 4.
  23. Było na ten temat sporo publikacji; np. Henryk Górski, Osiem pytań w sprawie taxi-mafii, I , nr 50, 14.12.91, s. 4.
  24. W rozmowie z Piotrem R. Bączkiem, NC, nr 31, 01.08.92, s. III-IV.
  25. Rozmowa Jana Chmielewskiego, W Polsce, czyli nigdzie…, Wokanda, nr 51-2, 22-29.1291, s. 1.
  26. Jawna agentura, Rozmowa Piotra Pytlakowskiego, PT, nr 23, 07.06.92, s. 8.
  27. Zbigniew Lentowicz, Milczanowski jednak sprawdzał, Rzeczpospolita, nr 154, wyd. l, 02.07.92, s. 2.
  28. Wynika to z raportu MSW, „Podstawowe wewnętrzne zagrożenia bezpieczeństwa państwa” opracowanego w marcu ’92; tekst opublikowany w: Konfidenci są wśród nas…, s. 100-3.
  29. Andrzej W. Małachowski, PiŻ, m 46, 14.11.92, s. 9. ZW przytacza opinię generała milicji w stanie spoczynku, Zbigniewa Nowickiego, obecnie eksperta w agencji „Sezam”, iż w Polsce „działa około 2,5 tys. firm ochroniarsko-detektywistycznych, które zatrudniają łącznie około 100 tys. osób” (nr 37, w. III, 13-14.02.93, s. 3).
  30. Rozmowa Piotra Najsztuba, GW, nr 221 AR, 19-20.09.92, s. 10.
  31. Janusz Szostak, Prywatny glina, Spotkania, m 23, 04-10.06.92, s. 27. W październiku ’91 Sejm znowelizował wspomnianą ustawę, uchwalając organ koncesyjny do kontroli tych firm. Autor podaje jednak, iż już w czerwcu ’92 szacowano nad aktami wykonawczymi do znowelizowanej ustawy.
  32. Rozmowa Andrzeja Banaszka z Ryszardem Cichym, Królowa Apostołów, nr 12, 1991, s. 31.
  33. Cyt. za: Konfidenci są…, s. 101.
  34. Janusz Michalak, Pluton do wynajęcia, Wprost, nr 30, 26.07.92, s. 29.
  35. S. 156.
  36. Józef Darski pisze, iż w Czechosłowacji powołano biuro dokumentacji i badania działalności StB, które tego typu dociekania ma prowadzić (tajni współpracownicy policji politycznej w państwach postkomunistycznych, Warszawa 1992, Instytut Polityczny, s. 33).
  37. Rozmowa Ewy Wilcz-Grzędzińskiej, TS, nr 40, 04.10.91, s. 10.
  38. Wokanda, 14.04.91, s. 2.
  39. Zob. Rozmowę Jerzego Kłosińskiego z Krzysztofem Piesiewiczem, oskarżycielem posiłkowym w tym procesie, TS, nr 28, 10.07.1092, s. 3.
  40. Andrzej Krasnowolski, Oskarzeni milczą, oskarżyciele się kłócą, Spotkania, nr 27, 02-08.07.92, s. 8.
  41. Łukasz Starzewski, Ostatnia Komisja Sejmu PRL, OnP, nr 11/12, 1991, s. 9.
  42. Rozmowa Aleksandry Zawłockiej, Kulisy – EW, nr 149, w. 1,01-03.08.92, s. 3.
  43. Listę Macierewicza ogłosił w odcinkach tygodnik Tak. Najobszerniejszy materiał (wraz z danymi o datach rozpoczęcia i przerwania współpracy) opublikował NC, nr 28, 11.07.92, s. X- Przedruk ukazał się w tygodniku Angora.
  44. Rozmowa Andrzeja Patuły, CK, nr 237, 25-27.10,91, s. 12. Dalsze materiały nawiązujące do tej sprawy w nr 239 i 240. Wydanie krajowe GW o tej sprawie nie wspomniało.
  45. Wypowiedź Jerzego Koniecznego, Magazyn kryminalny. 999, nr 4, 21.0293, s. 5.
  46. ŻW, nr 3, w. III, 05.01.93, s. 3.
  47. J. Kurski, Wokół wodza, Kultura, wyd. krajowe, nr 6, 1992, s. 53.
  48. Jacek Snopkiewicz (red), Teczki czyli widma bezpieki, Warszawa 1992, „BGW”, s. 137, zob. też s. 184.
  49. Notatka (j), Jak fałszowano proces zabójców Przemyka, GW, nr 92 A, 19.04.91, s. 2. O niechlubnej roli dziennikarzy współpracujących z resortem MSW przy relacjonowaniu wspomnianej wcześniej „afery brylantowej” – zob. Tadeusz Kucharski, Co to za dziennikarz?, Wokanda, nr 27, 23.09.90, s. 10.
  50. Dokumentują to w swej książce M. Dakowski i J. Przystawa, Via bank i FOZZ, s. 62-71.
  51. Oczywiście deklaracja Skubiszewskiego w poświęconym mu telewizyjnym programie, iż współpracownikiem SB nie był, nie może być uznana za wystarczającą próbę obrony swego dobrego imienia. Próbę taką mogłoby stanowić dopiero wezwanie Wyszkowskiego lub Macierewicza przed sąd.
  52. Informacja przekazana przez Bronisława Komorowskiego na spotkaniu w klubie UD w Toruniu jeszcze w okresie rządów Olszewskiego, gdy Komorowski już/jeszcze był poza MON. Dwóch z oskarżonych oficerów przesłało do CK (nr 199, 1990) listy ze sprostowaniami.
  53. Tak, nr 18, 12.06.92, s. l.
  54. Rozmowa Piotra Wysockiego z Ingą Rosińską i Pawłem Rabiejem, ŻW, nr 32, wyd. III, 08.02.93, s. 2.
  55. ROM, Goryl w telewizji, Reporter, nr 4, 31.01.93, s. 6.
  56. R. Pamela rodzi Jolę, Nie, nr 29, 16.07.92, s. 1; tenże, Sprostowanie do „Paneli”, Nie, nr 30, 23.07.92, s. 1.
  57. Piotr Najsztub, Lustracja „Nie”, GW, nr 32, A, 08.02.93, s. 13.
  58. Nie wiem, czy centrum takie istnieje. To można definitywnie ustalić jedynie środkami operacyjnymi. Kłopot w tym, iż obecnie państwo polskie nie dysponuje żadnym organem, który mógłby udzielić wiarygodnej odpowiedzi na takie pytanie.
  59. Marek Orzechowski, Duże ucho STASI, TS, nr 24, 15.06.90, s.8.
  60. Byłem człowiekiem Kiszczaka, s.160-1.
  61. Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Gliniarz z „Tygodnika”. Rozmowy z byłym ministrem spraw wewnętrznych Krzysztofem Kozłowskim, Warszawa 1991, „BGW”, s. 85.
  62. TS, nr 27, 03.07.92, s. 5.
źródło: Andrzej Zybertowicz: SŁUŻBY SPECJALNE I UKŁAD POSTKOMUNISTYCZNY
jozefdarski.pl, fot. internet
jb – stempel rp 2X96
 
Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s