Dzień: 8 sierpnia 2017

Ogromny sukces naszej akcji! Tysiące podpisów pod apelem o reformę wymiaru sprawiedliwości

/ Filip Błażejowski/Gazeta Polska

Do redakcji „Gazety Polskiej” każdego dnia docierają listy z podpisanym apelem o przeprowadzenie reformy wymiaru sprawiedliwości. Nadesłano już tysiące petycji, a akcja nadal trwa. Można wziąć w niej udział również poprzez stronę petycjeonline.com.

Na stronie petycjeonline.com cały czas dostępny jest apel Komitetu Społecznego „Żądamy Reformy Sądów”. Swoje poparcie dla idei reformy sądownictwa w Polsce można wyrazić podpisując petycję TUTAJ.

UWAGA. Aby podpis był widoczny, należy pozostawić zaznaczone pole: „Pokazuj użytkownikom mój podpis” – po prawej stronie, tuż pod formularzem podpisu.

WAŻNE. Po podpisaniu petycji otrzymasz e-mail z linkiem potwierdzającym Twój podpis – sprawdź wiadomości przychodzące oraz folder spam.

Poniżej treść apelu: 

Pan prezydent RP Andrzej Duda,
Pani premier Beata Szydło,
Pan minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro
Posłowie i senatorowie parlamentu RP

Sądy w Polsce są dzisiaj jedynymi instytucjami państwowymi które po 4 czerwca 1989 roku nie zreformowały się, nie przeszły żadnych zmian ani strukturalnych, ani kadrowych. Pozostały reliktem systemu komunistycznego. Brak demokratycznej kontroli nad sądami doprowadził do powstania patologicznych zjawisk w ich funkcjonowaniu. Dzisiaj Sądy nie służą obywatelom i państwu polskiemu, tylko strzegą interesów różnych grup systemu postkomunistycznego i własnej korporacji.

Obecny parlament zainicjował niezbędne reformy. Napotykają one na opór grup interesu będących beneficjentami okrągłego stołu i grup przestępczych. Są to potężne siły zdolne do manipulowania opinią publiczną. Naszym apelem chcemy powiedzieć, że zdecydowana większość Polaków domaga się dokończenia tych reform w jak najkrótszym czasie. Niech sądy służą obywatelom i naszemu państwu. Niech strzegą prawa i wyznaczają wysokie standardy życia publicznego. Niech „Sprawiedliwość jest ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej”. Żadne spory polityczne nie mogą zatrzymać tych zmian.

Zwracamy się z tym apelem o szybkie reformy wymiaru sprawiedliwości. Na Was ciąży historyczna odpowiedzialność za faktyczne zakończenie postkomunizmu w Polsce i przywrócenie obywatelom wiary w sprawiedliwość.

Komitet Żądamy Reform Sądów:
Adam Borowski,
Czesław Nowak,
Andrzej Michałowski,
Andrzej Kołodziej,
Andrzej Rozpłochowski,
Jacek Smagowicz,
Jerzy Langer,
Tomasz Olko,
Roman Bielański,
Emil Broniarek,
Wiktor Ćwiklik,
Krzysztof Wyszkowski,
Adam Kalita,
Jerzy Maciej Kublikowski,
Tadeusz Markiewicz,
Ryszard Majdzik,
Bogusław Olszewski,
Zenon Borkowski,
Adam Macedoński,
Artur Rogala,
Andrzej Filipczyk,
Krystyna Byers vel Czachor,
Jerzy Jacek Pilchowski,
Edward Bielawski,
Aleksandra Makowska-Prochera,
Zbigniew Korczowski,
Mirosław Młodecki,
Zbigniew Korczowski,
Adam Słomka,
Zygmunt Miernik,
Paweł Piekarczyk,
Tomasz Sakiewicz,
Katarzyna Gójska,
Piotr Lisiewicz,
Paweł Zdun,
Ryszard Kapuściński

Źródło: niezalezna.pl
JB – stempel rp 1

Szantaż i „awaria”. Jak Sieczyn niszczył polską inwestycję w Możejkach

fot

Igor Sieczyn i depesza amerykańskich dyplomatów, którą ujawniły „Nowaja Gazieta” i Wikileaks (fot. Sefa Karacan/Anadolu Agency/Getty Images/Orlen Lietuva)

To miał być kolejny etap przejmowania aktywów Jukosu. Igor Sieczyn był święcie przekonany, że przejmie Możejki za grosze. Kiedy ubiegli go Polacy, postanowił się zemścić. Z relacji rosyjskich menedżerów i ustaleń amerykańskich dyplomatów wynika, że to ówczesny wiceszef kremlowskiej administracji próbował wykurzyć PKN Orlen z Litwy, odcinając dostawy ropy z Rosji. A mimo to, niecałą dekadę później, Sikorski wyszedł z pomysłem, by tegoż Sieczyna do Możejek zaprosić.

Wszystko zaczęło się na początku 2003 roku, gdy ówczesny zastępca administracji prezydenckiej rozpoczął likwidację imperium Michaiła Chodorkowskiego. Wtedy to, na zamówienie i pod dyktando Sieczyna, powstał raport Rady ds. Strategii Narodowej pt. „Państwo i oligarchia”. Wynikało z niego, że oligarchowie szykują pucz. Oczywiście Sieczyn podsunął raport Władimirowi Putinowi, a ten dał zielone światło do zniszczenia Jukosu, którego szef Chodorkowski coraz śmielej angażował się w politykę (choć rzecz jasna, o żadnym spisku mowy nie było).

Jak wiadomo, Chodorkowski został skazany na długi pobyt w łagrze, a co się stało z jego biznesem? W 2004 roku nieznana nikomu mała spółka Bajkałfinansgroup zakupiła najlepszą część imperium Jukosu: firmę Jugansknieftiegaz. Nie wiadomo, kim byli właściciele firmy-krzak, ani skąd mieli pieniądze na zakup. Wiadomo za to, że jeszcze tego samego dnia Bajkałfinansgrup kupiła państwowa Rosnieft’. Za 10 tys. rubli…

Podobnie było z innymi głównym aktywami Jukosu w Rosji. Dostały się Rosniefti, czyniąc ten państwowy koncern – którego prezesem był człowiek Sieczyna, Siergiej Bogdanczikow – największym naftowym potentatem Rosji, jednym z największych koncernów naftowych na świecie. W połowie 2004 r. na czele jego rady dyrektorów stanął Sieczyn.

Pycha ukarana

Jukos miał spore aktywa także poza granicami Rosji, najczęściej poprzez spółki zarejestrowane w państwach UE. Wspólnie z rządem Litwy był m.in. właścicielem przedsiębiorstwa Mazeikiu nafta (rafineria, terminal i łączący je rurociąg). Udziały w Możejkach Chodorkowski wykupił w 2002 roku od amerykańskiego Williams International.

W tym miejscu oddajmy głos ówczesnemu wiceprezesowi Gazpromu Aleksandrowi Riazanowowi. Kilka lat temu opowiedział on dziennikarzom gazety „Wiedomosti” o mało znanym wątku sprawy zakupu Możejek.

– Wiosną 2005 roku przyszła mi do głowy myśl: a czemu by Gazprom miał nie przejąć rafinerii Mazeikiu nafta (sprzedawano udziały Jukosu – 53,7%, a jeszcze 40,66% było w rękach rządu Litwy – red.). W tym czasie zawieraliśmy wspólnie z niemieckim Ruhrgas transakcję zakupu litewskiego dostawcy gazu Lietuvos dujos. Na Litwie mieliśmy dobre relacje z rządem. Porozmawiałem z ówczesnym premierem Algirdasem Brazauskasem. Długo go przekonywałem, zasadniczo się zgodził, ale powiedział, że trzeba to robić wspólnie z prywatną spółką, na przykład z TNK-BP (prywatna naftowa spółka rosyjsko-brytyjska) – wspominał Riazanow.

Ale kiedy przedstawił pomysł Sieczynowi, ten go nie poparł. Sieczyn twierdził, że Gazprom nie ma co kupować udziałów w Możejkach od Jukosu, bo te aktywa i tak zostaną zlicytowane w ramach niszczenia koncernu Chodorkowskiego i dostaną się Rosniefti.

– Wtedy zacząłem wyjaśniać Sieczynowi, że to nie takie proste: kontrolny pakiet Mazeikiu nafta należy do holenderskiej Yukos Finance. Ale Sieczyn nie dał się przekonać: mówił, że ma dobrych prawników i wygra w holenderskich sądach – relacjonował Riazanow.

Sieczyn grubo się pomylił. Litewski rząd nie chciał w największym swym przedsiębiorstwie biznesu związanego z Kremlem. Możejki kupił w maju 2006 roku PKN Orlen. Tego Sieczyn nie mógł darować.

Naftowy zajazd na Litwie

Do tej pory rafineria zaopatrywała się w rosyjską ropę dwiema drogami: morską i lądową. Z rosyjskiego terminalu Primorsk tankowce przywoziły ropę do terminalu w Butinge i stamtąd surowiec płynął ropociągiem do Możejek. Taniej było jednak sprowadzać czarne złoto odnogą ropociągu Przyjaźń (przez Białoruś). Nie minęły dwa miesiące od zakupu Możejek przez Polaków, a ropa wspomnianym ropociągiem płynąć przestała. Oficjalnie: z powodu awarii na odcinku rury w obwodzie briańskim.

W styczniu 2011 roku rosyjska opozycyjna „Nowaja Gazieta” wspólnie z Wikileaks opublikowała depesze amerykańskich dyplomatów, rzucające sporo światła na kulisy nacjonalizacji Jukosu, w tym także na kwestię rafinerii w Możejkach. Wynika z nich, że to Sieczyn nakazał wstrzymać dostawy surowca ropociągiem do litewskiej rafinerii, licząc na to, że PKN Orlen wycofa się z Litwy.

Najciekawsze informacje zawiera depesza ambasady USA w Moskwie z 30 sierpnia 2006 r. pod tytułem „Rosyjska ropa dla Litwy – mieszanka biznesu i zemsty”. Amerykanie rozmawiali z przedstawicielem TNK-BP Shawnem McCormickiem. Powiedział im, że nie bacząc na przegraną jego firmy z Polakami w wyścigu o zakup Możejek, w maju-czerwcu 2005 TNK-BP zaproponowała Orlenowi dostawy ropy.

Szczegóły oferty odpowiadały też Transniefti, czyli operatorowi ropociągów w Rosji (Transnieft’ ma monopol na zarządzanie ropociągami, jego szefem był wtedy kolega Putina z rezydentury KGB w Dreźnie Nikołaj Tokariew).

„Po czym na początku lipca Igor Sieczyn, przewodniczący rady dyrektorów Rosniefti i wiceszef administracji prezydenta, zadzwonił do Germana Chana, dyrektora wykonawczego TNK-BP z pytaniem, czy podpisano porozumienie o dostawie ropy do Możejek” – czytamy w depeszy relację McCormicka. Gdy usłyszał że nie, Sieczyn „wydał polecenie” TNK-BP wycofać propozycję dla Orlenu, co firma oczywiście zrobiła. Sieczyn dzwonił do Chana na długo przed „awarią” ropociągu – co potwierdza tezę, że było to celowe działanie.

Ale to nie jedyne źródło wskazujące na decydującą rolę Sieczyna w próbach zniszczenia inwestycji polskiej na Litwie. „W rozmowie 29 sierpnia przedstawiciel Łukoilu Andriej Gajdamaka potwierdził nam, że Sieczyn występując w charakterze przedstawiciela Kremla był zainteresowany zaprzestaniem dostaw i że Łukoil i TNK-BP nadal odczuwały presję, mającą na celu uniemożliwienie im zawarcia umów z Możejkami”.

W komentarzu do powyższych informacji amerykańscy dyplomaci pisali do Waszyngtonu, że nie wykluczają, iż Sieczyn może w ostateczności próbować przerwać także drugą drogę dostaw rosyjskiej ropy do Możejek – z Primorska. Wówczas rafineria znalazłaby się w sytuacji dramatycznej. Jednak co udało się z TNK-BP i Łukoilem, nie wyszło z Gunvorem, potężnym traderem naftowym sprzedającym ropę Możejkom drogą morską. Też prywatna spółka, jak TNK-BP i Łukoil, wyróżniała się jednak tym, że należała do Giennadija Timczenki. A tego już wtedy nazywano „skarbnikiem Putina”. Z finansowymi interesami prezydenta przegrać musiała nawet żądza zemsty tak potężnego człowieka, jak Sieczyn. Ropa nadal płynęła do Możejek, choć oczywiście koszty wzrosły niepomiernie.

Cień Putina

– Po sprawie Jukosu dla wszystkich stało się jasne, że Sieczyn może dowolny dekret zatrzymać i dowolny projekt decyzji inicjować – mówił były urzędnik rządu. Właśnie wtedy zaczynała się wielka kariera i budowanie finansowo-politycznej potęgi Sieczyna, uważanego dziś za numer dwa putinowskiej Rosji, człowieka, który miał później śmiałość przeciwstawiać się samemu Putinowi.

A ten ufa mu niepomiernie od wielu lat. Gdy 31 grudnia 1999 roku został p.o. prezydenta, jeszcze tego samego dnia podpisał dekret o nominacji Sieczyna – którego poznał w czasach leningradzkich – na zastępcę szefa administracji prezydenta. Sieczyn był cieniem Putina. Gdy ten przyjeżdżał na Kreml, czekał na niego przed windą i potem przez tych kilka, kilkanaście minut, które pokonywał prezydent w drodze do gabinetu, Sieczyn miał dostęp do jego ucha. Wieczorem sytuacja się powtarzała, tylko w drugą stronę.

Sieczyn ograniczał dostęp do Putina ludzi pozostałych na Kremlu po Jelcynie. Szef administracji prezydenckiej Aleksandr Wołoszyn widział w nim rywala. Sieczyn był nazywany „Korżakowem Putina”, należał do rywalizującego z „liberałami” i Wołoszynem klanu siłowików. Do tej grupy zaliczano prokuratora generalnego Władimira Ustinowa, dyrektora FSB Nikołaja Patruszewa, Wiktora Iwanowa oraz kilku oligarchów, w tym ówczesnego prezesa Rosniefti Siergieja Bogdanczikowa i bankowca Siergieja Pugaczowa.

Sprawa Jukosu to okres, kiedy ukształtował się sieczynowski styl zarządzania. – To był przełom. Historia Chodorkowskiego to ważny przykład. Sieczyn wszystko zrobił własnymi rękami, ale przy tym nie podpisał nawet jednego papieru – opowiadał były kremlowski urzędnik.

Jeszcze przez cztery lata zajmował jednocześnie stanowisko doradcy prezydenta. Po wyborach prezydenckich został wicepremierem, a w 2012 roku, gdy Putin wrócił na Kreml, Sieczyn ostatecznie opuścił państwową pracę i został szefem zarządu Rosniefti. Wciąż jednak ma ogromne polityczne wpływy, a przede wszystkim atut w postaci lojalnych ludzi w strukturach bezpieczeństwa. To właśnie zbudowana za jego sprawą na Łubiance specjalna jednostka FSB odpowiada za wszystkie głośne antykorupcyjne sprawy ostatnich dwóch lat. W ten sposób Sieczyn eliminuje niewygodnych graczy i zastrasza innych.

stempel rp 1

„To, co robimy jest słuszne” – twierdzą Obywatele RP i zapowiadają kolejną kontrmiesięcznicę 10 sierpnia 2017 roku!

Znowu prowokacja?

autor: fot.wPolityce.pl
autor: fot.wPolityce.pl

Pomysł na komisję śledczą ws. wyłudzeń VAT jest dobry. „To chyba największy przekręt III RP”!

NASZ WYWIAD. Ryszard Terlecki!

autor: TVP Info/wPolityce.pl
autor: TVP Info/wPolityce.pl

A jednak! ‚Die Welt’: Polska to kraj wolności…!

flagi-1

We wtorkowym wydaniu „Die Welt” ukazał się obszerny artykuł Gerharda Gnaucka poświęcony Polsce. W tekście zatytułowanym „Kraj wolności”, niemiecki dziennikarz stawia tezę, że Polska sprostała wymaganiom stawianym przez jej reputację „europejskiego kraju wolności”.

 

Publicysta niemieckiego dziennika jest bardzo krytyczny wobec rządu PiS, powtarza tezy o dyktaturze, chwali natomiast prezydenta.

„Polska zawsze potrafi zaskoczyć. Największa niespodzianka tego lata: jeszcze kilka dni temu można było mówić o Polsce jako o «obozie Kaczyńskiego». Nagle to się skończyło. Wczorajszy monolit pokazuje głębokie rysy; imponująca dotąd «wertykalna władzy», jakby powiedziano w Rosji, niemal przez noc się rozgałęziła albo wręcz podzieliła na dwie części”- pisze Gnauck, po czym zaczyna zastanawiać się, jak określić to, co dokonuje się w Polsce.  Autor artykułu tłumaczy, że w roku 2015 przestał istnieć „dawny podział na (post)komunistów i niekomunistów, który ukształtował krajobraz polityczny Polski po 1989 r.” Jak to określa Gnauck, „ostatecznie abdykował”. Wydarzenia po ostatnich wyborach do Sejmu przypomniały, że „silne korzenie „Solidarności” już wcześniej rozgałęziły się na odłam liberalny i narodowo-konserwatywny.” Jednak po wyborach w 2015 roku, zdaniem dziennikarza „Die Welt”, zmieniły się wszystkie punkty ciężkości.

„Wszelkie lewicowe siły poniosły wyborczą porażkę, co zostało, to „obóz Kaczyńskiego” lub „obóz PiS”, właściwie prawicowy, ale prowadzący wspaniałomyślną politykę społeczną, którą ogólnie określa się jako lewicową.”- ocenił Gerhard Gnauck. Jak dodaje, podzielił się również „obóz Kaczyńskiego”. Było to jak uderzenie pioruna: „po jednej stronie prezydent Andrzej Duda, co najmniej dwóch ministrów i szereg prawicowych publicystów – najwyraźniej życzliwie obserwowanych przez władze Kościoła katolickiego; po drugiej stronie szef PiS Jarosław Kaczyński i większość rządu”. Dziennikarz DW podkreśla, że wetując dwa projekty ustaw dotyczących sądownictwa, prezydent Andrzej Duda „w spektakularny sposób odmówił posłuszeństwa «nadojcu prawicy», Kaczyńskiemu”. Zdaniem Gnaucka, w „obozie Kaczyńskiego” „nic już nie będzie tak, jak było”.

„Czy znaczy to, że groźba powstania państwa autorytarnego minęła? I co skłoniło prezydenta Dudę, który dotąd uchodził za notariusza Kaczyńskiego, do rzucenia rękawicy?”- zastanawia się autor, przypominając, że Andrzej Duda powołał się na Zofię Romaszewską, która miała ostrzec go przed powrotem do dyktatury. Duda przestrzegał również przed podziałem państwa i społeczeństwa, który mogłyby spowodować zmiany w sądownictwie, „przestrzegał przed „państwem ucisku, którego muszą się bać obywatele”.

„Przede wszystkim jednak Polska potrzebuje spokoju i pokoju obywatelskiego a nie «wojny politycznej». Wygląda to wprawdzie na zdrowy rozsądek, na ponadpartyjną świadomość społeczną, ale jasnym opowiedzeniem się za trójpodziałem władzy, za niezawisłością sędziów, to nie jest”.- konstatuje publicysta.

Gnauck wskazuje dalej, co należałoby zrobić, aby zrozumieć Polskę. Konkretnie- „sięgnąć w lata po przełomie 1989, w których nie zdołano przywrócić obywatelom poczucia sprawiedliwości. W daleko idącym rozumieniu.” Wskazuje, że z jednej strony konieczne są w naszym kraju reformy sądownictwa, „bo zgubny jest nie tylko (grożący w przyszłości) strach przed sądami i pozostawiane dotąd przez nie wrażenie niesprawiedliwości”,co więcej, polskie władze po przełomie roku ’89 popełniły błąd nierozliczenia się ze zbrodniami komunizmu.

„Na braku godziwego rozrachunku, niepociągnięcia do odpowiedzialności wysoko postawionych zleceniodawców tych zbrodni powstało zresztą PiS: „Prawo i Sprawiedliwość”- podkreśla publicysta, który wylicza najbardziej znane zbrodnie reżimu komunistycznego, takie jak zamordowanie Grzegorza Przemyka, księdza Popiełuszki, strzelanie do strajkujących górników, a to zaledwie „wierzchołek góry lodowej”.

„Być może polska pokojowa rewolucja 1989 była zbyt aksamitna?”- zastanawia się publicysta, konstatując, że być może musiała być właśnie taka, ponieważ była pierwszą w bloku wschodnim. Z tego powodu stała się po prostu „maratonem negocjacyjnym”.

„Wystarczająco często polska prawica wskazywała na rozliczanie się z bezprawiem NRD i nazwisko Joachima Gaucka jako na świetlany przykład”- wskazuje Gnauck. Jak zaznacza, to właśnie spór o rozliczenie z komunizmem stał się jednym z najważniejszych zarzewi konfliktu w wolnej Polsce. Jak dodaje, później przytłumiły go zarzuty Polaków wobec wymiaru sprawiedliwości, „pracujących nieefektywnie, niekontrolowanych, hermetycznych kast, głuchych na potrzeby zwykłego człowieka”. Publicysta stwierdza, że prezydent Andrzej Duda dobrze to wie i dodaje, że także wielu ekspertów, jak również liberalna opozycja, zgodnie przyznają, że konieczna jest reforma sądów.

Kiedy prezydent przedstawi własne projekty, dowiemy się, „czy będzie to ulepszona wersja koncepcji PiS, czy wniesie akcenty umacniające państwo prawa. (…) Presję wzmaga miesięczny termin wyznaczony Polsce przez KE, ale decydujące będą wewnątrzpolityczne, wenątrzpolskie argumenty, które wyznaczą dalszy tok spraw”- podkreśla Gnauck i prognozuje, że tegoroczna jesień będzie „gorąca”.

„Przede wszystkim jednak krytyczni obywatele i nawet niektórzy parlametarzyści PiS pokazali, że odmienne zdanie jest czymś dobrym i nawet może odnieść skutek. I tak Polska jeszcze raz sprostała wymaganiom, jakie stawia przed nią jej reputacja europejskiego kraju wolności”- stwierdza publicysta, cytując Joachima Gaucka.

JJ/DieWelt, JB -AK

stempel rp 1

‚Święty cham’ PRL i III RP!

Matka Kurka dla Frondy!

EN_01095179_0002
PHOTO: AFP/EAST NEWS Widok ogolny obrad Okraglego Stolu, Warszawa, 06.02.1989. General view of Round Table’s session, Warsaw, POLAND, 06/02/1989. Vue generale de la table ronde organisee le 06 fevrier 1989 r Varsovie entre le gouvernement polonais et l’opposition sur des questions politiques et problcmes economiques du pays. Le chef du parti Solidarnosc, Lech Walesa, etait present lors de cette assemblee.

Nie, nie pomyliłem się i tym bardziej nie zamierzam bluźnić, chodzi dokładnie o świętego chama i nic nie poradzę, że takie zjawisko istnieje. Populacja powstała jeszcze w czasie PRL-u, gdzie całe tabuny chamów uchodziły za autorytety, wzorce moralne, a także intelektualne. Nie mam większych problemów z pisaniem otwartym tekstem i używaniem nazwisk, jednak tym razem nie chciałbym nikogo pominąć, ani też wyróżnić.

 

Jak na socjologa przystało zajmę się grupą i kategorią, nie jednostką i incydentem. Do kategorii „święty cham” można przypisać dziesiątki postaci, które budowały PRL i budują III RP. Cechą charakterystyczną tych osobników jest odwrócona aksjologia, żeby nie brzmiało to tak naukowo i niezrozumiale podam czytelne ilustracje. Jeśli postkomunistyczne środowisko potrzebuje posłużyć się magistrem elegancji, to wybiera na świętego ostatniego prostaczka. Gdy poszukuje samarytanina, to tylko w grupie największych cyników, złodziei i oszustów. Bohaterem może zostać wyłącznie tchórz, który się dekował i żył kosztem bezpieczeństwa innych. Przywódcą spontanicznego zrywu narodowego zostaje kapuś, sprzedający ludzi dla pieniędzy, obrońcą demokracji zamordysta, obrońcą konstytucji członek WRON. Przestępca, to doskonały materiał na krzewiciela prawa i w końcu zwykły cham, idealnie nadaje się na świętego chama. Gdzie się nie obejrzysz, w którą stronę polskiej debaty publicznej kamieniem nie rzucisz, zawsze trafisz w chama z długiej listy, skrótowo, przedstawionej powyżej. Oni są zaprzęgani do wyznaczania standardów, jakości i kierunków, oni „mogą więcej”, „im się wybacza”, ich się słucha z namaszczeniem choćby pletli największe bzdury i niegodziwości. Nie ma takiej granicy, której święty cham nie mógłby przekroczyć. Jak ma ochotę zmieszać z błotem kobietę, to następnego dnia będzie przewodniczył konferencji feministek i dostanie owacje na stojąco. W obronie prawa może święty cham popełnić ze sto przestępstw i dostanie w sądzie status pokrzywdzonego. Choćby jeden z drugim mlaskał, siorbał i widelcem piłował schabowego, w każdej chwili może zostać okrzyczany ekspertem od savoir vivre’u. Matka gwałciciela idealnie się spełni w roli medialnej guwernantki i super piastunki. Pedofil całe lata zajmuje się terapią dzieci – ofiar przemocy domowej i seksualnej, a jak się draństwo wydaje, w jego obranie stanie święte środowisko naukowe, święcie oburzone krytyką prostaczków, którzy nic nie rozumieją.

Cechą naczelną świętego chama jest nietykalność, nie istnieje taka możliwość, aby w praktyce czy w teorii cham popełnił błąd, dopuścił się podłości, złamał paragrafy. Zawsze i wszędzie racja jest po stronie chama, a wina po stronie oponenta i stąd się też bierze cała świętość. Wiele zastępów, wyspecjalizowanych w konkretnych dziedzinach pilnuje dzień i noc, żeby nic się nie zmieniło na lepsze, normalne, rozsądne, ponieważ w takich warunkach od chama w ułamku sekundy oderwałaby się świętość. Postawienie na głowie norm społecznych, zwykłych reguł codziennego funkcjonowania człowieka obok człowieka, doprowadziło do chamskiej dyscypliny. Ktokolwiek się wychyli i nazwie po imieniu świętoszka dostanie po łbie chamskimi ekspertyzami, panelami naukowymi i sondażami. Tak skonstruowana patologia nazywa jest równie przewrotnie, jak jej twórcy. Pierwsza z brzegu nazwa to „tolerancja”, która przybiera formę segregacji rasowej i światopoglądowej. Brudnym i pijanym zawsze Polak, biednym i prześladowanym zawsze Murzyn (na przykład). Druga nazwa to „wolność słowa”, czyli powtarzanie mantr dozwolonych i kneblowanie gęby polityczną poprawnością. Trzecia pod ręką jest „demokracja”, tutaj definicja rotuje, o ile wygrają właściwi to rządzi większość, a reszta nie potrafi uszanować „wyroków demokracji”. W przypadku porażki, to mniejszość jest solą demokracji, zaś rządy większości określa się dyktaturą, faszyzmem, nazizmem i co tam jeszcze ślina przyniesie na chamski język. Byłoby na tyle opisu rzeczywistości stworzonej przez święte chamstwo i czas na jakieś rady, bo przecież tak żyć się nie da. Odkąd na świecie pojawiło się chamstwo, sekundę później z nieba spadło jedyne skuteczne narzędzie do walki z chamstwem. Bicz! Nie mają najmniejszego sensu jakiekolwiek próby prowadzenia dyskusji ze świętymi chamami, którzy świętość sami sobie nadali i pojmują ją tak, jak wszystko w swoim chorym aparacie pojęć. Z chamami się nie dyskutuje, do chamów bez bata nie podchodź i jak już podejdziesz to lej ile wlezie i na jęki i nie zwracaj uwagi. Ludzie przyzwoici nie potrafią sobie radzić z takimi sytuacjami i bardzo często popełniają kardynalny błąd – odpuszczają chamstwu. Nic gorszego uczynić nie można, w taki sposób chamstwo się hartuje i rozmnaża. Niechby chociaż co dziesiąty człowiek wziął pod „opiekę” jednego świętego chama i bata z rąk nie wypuszczał, a mielibyśmy jedną wielką dobrą zmianę, osiągniętą szybciej niż zakładają najbardziej optymistyczne plany. Niestety częściej widzi się obojętność i co gorsze odpuszczanie, co jest przyczyną tak marnych efektów na polskim placu budowy. Czasy świętych chamów muszą dobiec końca, ponieważ tylko z ich końcem ostatecznie upadnie PRL i młodsza siostra III RP.

Matka Kurka (Piotr Wielgucki)

JB – stempel rp 1

Nieznana historia ratowania Żydów w czasie II wojny światowej przez Polaka

Ambasador ocalił co najmniej 400 Polaków żydowskiego pochodzenia (fot. wikipedia.org)

Co najmniej 400 Żydów ocalił z Holokaustu polski ambasador w Szwajcarii Aleksander Ładoś. Polski „Dziennik Gazeta Prawna”, na podstawie nieznanych dotąd dokumentów, opisuje historię zapomnianego bohatera.

– Pytanie, jak możemy zorganizować zagraniczne paszporty dla polskich obywateli, pojawiło się po raz pierwszy po zajęciu Polski przez Niemcy i Rosję na przełomie 1939 i 1940 r. Chodziło wtedy przede wszystkim o to, aby z części okupowanej przez Rosję wydostać osoby, o które się obawialiśmy – zeznawał na policji już w 1943 r. działacz żydowski Juliusz Kühl, współpracownik Aleksandra Ładosia.

Pojawił się pomysł pozyskiwania paszportów południowoamerykańskich i wypełniania ich na nazwiska Żydów zamkniętych w gettach. Ich listę tworzyli sami Żydzi. Grupa ambasadora Ładosia – przy pełnej aprobacie polskiego rządu – kupowała blankiety paszportowe Paragwaju. Wypełniał je na terenie polskiej placówki polski konsul. Ładoś zapewniał ochronę dyplomatyczną i kanały komunikacji. W przypadku problemów interweniował w szwajcarskim MSZ i lobbował u nuncjusza apostolskiego. Ocalił co najmniej 400 Polaków żydowskiego pochodzenia.

„Dziennik Gazeta Prawna” przeanalizował kilka tysięcy stron dokumentów z Berna, Jerozolimy, Londynu i Warszawy, krok po kroku odtwarzając mechanizm ratowania Żydów przez grupę Ładosia.

JB – stempel rp 2X96