Dzień: 6 sierpnia 2017

Klub z Izraela prostuje kłamstwa o kibicach Legii. „Bezpodstawne oskarżenia”!

Tomasz Hamrat

Przez kilka dni niektóre media w Polsce ekscytowały się rzekomym skandalem – że kibice Legii Warszawa zaatakowali piłkarzy klubu Hapoel Petah Tikwa. Kłamstwa te powielano nawet na świecie. Teraz ekipa z Izraela je prostuje.

Skandal wybuch w zeszłym tygodniu i do akcji wkroczyły nawet instytucje międzynarodowe.

„Centrum Szymona Wiesenthala zaapelowało w czwartek do Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) o ukaranie Legii Warszawa za środową napaść pod Płońskiem kibiców mistrza Polski na zawodników klubu Hapoel Petah Tikva z Izraela” – podała Polska Agencja Prasowa. Nakłaniano nawet UEFA, aby wezwano władze Legii przed Komitet Dyscyplinarny UEFA w celu „przyjęcia odpowiednich środków przeciwko tym, którzy zostali zidentyfikowani jako wojowniczy kibice za ich rasistowskie zachowanie na meczu piłki nożnej”, a także apelując o „szybkie aresztowanie i ukaranie sprawców przez polskie władze”.

Według izraelskich mediów, które powoływały się m.in. na relacje przedstawicieli Hapoelu, incydent miał charakter antysemicki, a atakującymi byli zamaskowani fani Legii.

Władze warszawskiego klubu poinformowały jednak, że wystąpią do Hapoelu Petah Tikwa „o stosowne wyjaśnienia i sprostowania”. Jak podkreślono, klub „po zapoznaniu się z faktami i po rozmowie z przedstawicielami MKS Ciechanów, nie widzi żadnych podstaw ani dowodów pozwalających twierdzić, że osoby biorące udział w zajściu były kibicami Legii”.

I wczoraj na stronie Legii Warszawa pojawił się komunikat:

Po pojawieniu się w mediach informacji o zajściu na terenie hotelu w Sochocinie, Legia Warszawa wystąpiła o stosowne wyjaśnienia i sprostowania do klubu Hapoel Petah Tikwa, który na swojej stronie w serwisie Facebook oskarżył o napaść kibiców Legii Warszawa.

Relacja klubu Hapoel Petah Tikwa była podstawą działania organizacji Centrum Wiesenthala, która w publicznych oświadczeniach powtórzyła bezpodstawne oskarżenia wobec Legii Warszawa.

Dzisiaj przedstawiciele klubu Hapoel Petah Tikwa, w korespondencji z Legią Warszawa, pisemnie potwierdzili, że swoje oskarżenia oparli jedynie na słowach kilku przypadkowych świadków i były to jedynie spekulacje nie poparte żadnymi dowodami.

Po interwencji Legii Warszawa, Hapoel Petah Tikwa dokonał sprostowania wcześniejszej relacji

Źródło: PAP/JB
stempel rp 2X96

Niesiołowski chce pokojowo… Odsunąć PiS od władzy

Znalezione obrazy dla zapytania niesiołowski

Na łamach „Gazety Wyborczej” nieco już zapomniany polityk opozycji, Stefan Niesiołowski postanowił doradzić czytelnikom, jak powinno się protestować przeciwko rządom PiS.

Znalezione obrazy dla zapytania niesiołowski

„Przemoc to nie jest opcja. Ja wiem, że aż kusi, żeby wejść do gmachu przy Nowogrodzkiej i zobaczyć, jak skaczą z okien ci tchórze, ale to byłby wielki błąd i nie wolno tego zrobić”- stwierdził polityk. Po pierwsze: trzeba protestować mądrze. A mądrze, czyli masowo, wokół konkretnego hasła. Zdaniem Niesiołowskiego, wszystkie protesty w ciągu ostatnich dwóch lat były zbyt ogólne. Poseł UED twierdzi również, że siła tkwi w młodych ludziach. Dobrze, że przynajmniej na festiwalach nie agituje…

„Tak jak „Solidarność” przejęła odpowiedzialność i doprowadziła do Okrągłego Stołu i wolnych wyborów, tak ci młodzi demonstranci mogą odsunąć PiS od władzy”- dobrze, że jest tak szczery, że potrafi wreszcie powiedzieć, że chodzi po prostu o odsunięcie PiS od władzy. I może żeby było tak, jak było… Jak do tego powrócić?

(…) „najpierw trzeba obalić dyktaturę, a potem zlikwidować jej symbole”.

„Symbolami dyktatury” mają być, zdaniem posła Niesiołowskiego, pomniki Śp. Lecha Kaczyńskiego.

Polityk stwierdził, że są „szpetne”, a po odsunięciu PiS od władzy należy wywieźć je do Kozłówki… Czy profesorowi coś się nie pomyliło?

„Żadnej okupacji Sejmu, przeganiania Dudy z Pałacu, bo nie tylko nie wiadomo, do czego to mogłoby doprowadzić, ale byłby to polityczny błąd. Dyktatury upadają bez użycia siły”- bredził dalej poseł. Jak dodał,, potrzebne są masowe i jednocześnie pokojowe demonstracje. Potrzeba stu- lub nawet dwustutysięcznych manifestacji domagających się wcześniejszych wyborów.

„Do demonstrujących nie dociera jeszcze, jaką mają siłę, ale niedługo dotrze. Jeśli ludzie pójdą do domów, to PiS przeżyje nawet największą demonstrację. Mówią: proszę, jest wolność, demonstrujcie sobie. Trzeba zostać na ulicach. Jeśli ludzie nie zostaną na ulicy, to PiS się utrzyma przy władzy i będzie szedł dalej”- ostrzega Niesiołowski. Kilkakrotnie podkreślił, że rządy Prawa i Sprawiedliwości są gorsze od komuny. Twierdzi, że tak samo jak wówczas są czystki i wyrzucanie z pracy z powodów politycznych.

Poseł zachęcił młodych ludzi do… tworzenia swoich postulatów sierpniowych. I od razu dodał, że… Prosi o postulat podniesienia emerytur.

„Nikt nie zajmuje się teraz emerytami, a to są olbrzymie przestrzenie nędzy. Część pieniędzy oszczędzonych, korzystając z dobrej koniunktury gospodarczej, można dać emerytom”- ciekawe, że jakoś nie słychać było, żeby prof. Niesiołowski tak troszczył się o najbiedniejszych, należąc do Platformy Obywatelskiej w czasach jej rządów.

Polityk zachęcił wszystkie ruchy opozycyjne do utworzenia jednej „antypisowskiej listy” wyborczej. Wówczas „byłaby to masakra, koniec PiS”.

„A jeszcze lewica! To byłby Komitet Obywatelski, dokładna powtórka z 1989 roku. To tak piękne, że się nie chce wierzyć. Marzenie”- czaruje Niesiołowski, dodając, że nie przeszkadzałaby mu obecność na jednej liście z Leszkiem Millerem. I tu następuje odlot, bo poseł podkreślił, że może być nawet na jednej liście z premier Szydło, choć szefowa rządu jego zdaniem „ubliża Polsce i ją niszczy”.

Kto miałby stanąć na czele zjednoczonej opozycji?

„Na pewno nie jest to Grzegorz Schetyna. Zgrzytając zębami, Nowoczesna i Platforma będą musiały na jedną listę wejść, i to bez zużytych ludzi. Bo Kamilę Gasiuk-Pihowicz wszyscy wezmą w ciemno, ale Schetynie będzie trudno. Tak samo Frasyniukowi… A był moment, że cała Polska czekała na Frasyniuka. Chyba przegapił”

Na koniec przekazał kilka słów dla młodych ludzi, żeby „czuli: jak ja nie zrobię, to nikt nie zrobi. Jak ja nie pójdę, to nikt nie pójdzie. My to uczucie mieliśmy w „Solidarności”. Wzięliśmy wtedy odpowiedzialność za Polskę i ją zrobiliśmy własnymi rękoma. Tym wszystkim młodym ludziom ogromnie życzę, żeby przeżyli coś takiego”.

Całkiem dużo tych nawiązań do czasów komunizmu… Pomyśleć, że właśnie na łamach „Wyborczej”.

yenn/Wyborcza.pl

JB – stempel rp 2X96

W czyim interesie?

Znalezione obrazy dla zapytania himmler ss

Fraza o wykorzystywaniu historycznych sporów polsko-ukraińskich przez „trzecią stronę” dzisiaj brzmi już jak mantra, ale ostatnie wydarzenia w Czerwone nadały jej pełniejsze znaczenie, przekroczono w tej sprawie kolejne granice.

 

Mam tu na myśli uroczystości związane z pochówkiem szczątków żołnierzy z dywizji SS Galizien. Nie zamierzam wchodzić w spór o to, który z szatanów drugiej wojny światowej był bardziej diaboliczny: Hitler czy Stalin. Nie zamierzam poszukiwać i katalogować zbrodni upamiętnianej tam formacji, ani rozważać motywacji idących do niej ochotników. Rozumiem rodziny, które postanowiły pożegnać swoich bliskich. Nie rozumiem natomiast obecności podczas uroczystości gubernatora obwodu Lwowskiego, który tym samym wpisał uroczystość w politykę historyczną państwa ukraińskiego.

Internet obiegły zdjęcia gubernatora w otoczeniu ludzi ubranych w mundury z trupią główką na czapkach. Pomyślmy jakim prezentem są takie fotografie dla rosyjskiej propagandy, która konflikt z Ukrainą już od dawna przedstawia jako kontynuację ukochanej przez Rosjan Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. To jednak może być dopiero początek problemów.

Co prawda od jakiegoś czasu polscy politycy wydają oświadczenia, że „Z Banderą do Unii nie wejdziecie”. Nie jest to jednak zbyt przekonujące. Dotąd historia polsko-ukraińskich relacji nie stanowiła problemu dla unijnych urzędników, a obecne polskie władze raczej nie mają wielkich możliwości wpływu na centralne struktury Unijne.

Gloryfikacja formacji SS ma jednak inny charakter, wychodząc poza dwustronne stosunki naszych krajów. Dotyka ona tematu będącego na eurosalonach niemal religijnym tabu, na straży którego stoją odpowiednie prawa, instytucje i organizacje pozarządowe. Nawet to może być jednak dopiero początkiem problemów, bo dalej w kolejce czekają Tel-Awiw i opiniotwórcze kręgi żydowskie z za oceanu.

Całość wygląda na świadome dążenie Ukrainy do frontalnego zderzenia z pędzącym pociągiem dominującej na jej Zachodzie ideologii. Jak bardzo niszczycielska może być taka kolizja, boleśnie przekonali się Łotysze i Estończycy próbujący dopisać podobne formacje do swojej przeszłości narodowej. Tyle tylko, że oba kraje są w UE, NATO i nie mają (przynajmniej na razie) toczącej się wojny z Rosją…

Moje zdziwienie jest więc zdecydowanie większe niż brak akceptacji, choć i ten jest oczywiście obecny. Po co to komu potrzebne i kto na tym zyskuje? Jako człowiek szczerze życzący Ukrainie jak najlepiej, prosiłbym ukraińskich decydentów o refleksję czy i tym razem nie ma tu ręki „trzeciej strony”.

Robert Czyżewski

mod/Jagiellonia.org/kuriergalicyjski.com

JB – stempel rp 2X96

Buty Pana muszą być czyste- takiej Polski chcemy?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Oni uważają, że my – wszyscy ci niby straszni pisowcy , szykujemy im Berezę i na pewno zabierzemy TVN, a Panie Pochanke i Werner zostaną przymusowo wcielone do oddziałów Wojsk Obrony Terytorialnej Antoniego Macierewicza. Ci potulni, ślamazarni do tej pory i spasieni Tuskiem wyborcy PO i .N, są naprawdę przekonani, że PiS szykuje tu dyktaturę gorszą od komuny.

Zero kontaktu. Houston nie działa. Dla opętanego lewackim kłamstwem studenta UW wizja świata bez Internetu, Polski bez Unii, jest druzgocąca. On w nią szczerze wierzy. Nie zna Konstytucji, nie wie nic o komunizmie, poza tym, że był straszny, a Lech Wałęsa nas od niego uwolnił. Praca propagandowa nad takim materiałem ludzkim nie jest zbyt trudna. Trochę fajnych plakatów, wpisów w sieci, typu – dziś zabierają wolność, jutro zaczną wsadzać, pojutrze zabronią seksu – i tak rodzi się w głowach ludzi rzeczywistość, której nie ma. Powtórzmy – nie ma! Dlaczego tak łatwo udało się wyzwolić wśród nienawidzących PiS Polaków tyle emocji? Bo, co najmniej od dekady żywią oni do wyborców prawicy niekłamaną pogardę, uważają ich za nieudaczników, tłuków, najgorszy możliwy sort, który przeszkadza im spokojnie konsumować owoce transformacji. Wielu z nich dostało zresztą te owoce na tacy, bo III RP hojnie obdarowywała sługi nowego systemu. Gdyby nie było w tych ludziach tyle zła i nienawiści do swoich sąsiadów, znajomych, kolegów z pracy, można byłoby z nimi rozmawiać, przekonywać ich, że mamy w gruncie rzeczy wspólne polskie cele, ale ich realizacja nie zawsze będzie się podobała Berlinowi czy Brukseli.

Odpuściłem, naprawdę odpuściłem sobie rozmowy z nimi na tematy polityczne, a jestem człowiekiem wyjątkowo cierpliwym. Nie można nawet nawiązać do sytuacji w Wenezueli, bo ci wariaci gdzieś zakodowali sobie jeden wpis Balcerowicza i gadają, że to samo dzieje się teraz w Polsce. No może prawie to samo, bo jeszcze nie strzelają. To wyborcy PiS-u kryją się ze swoimi poglądami w dużych wielkomiejskich firmach, ale nie dlatego, że się ich wstydzą, tylko dlatego, że od razu spotykają się z niepohamowaną agresją. Hejt z obydwu stron ma owszem miejsce, ale jedynie w sieci. W realnym życiu, króluje jednostronna pogarda do myślących inaczej niż PO i Tusk. Rozzuchwaleni bojem o sądy, mówią, że będą wsadzać i gonić z Polski. Z jakiej Polski? Polski nie będzie już wtedy realnie na mapie Europy, tylko kolejny land Bundesrepublik Deutschland. A nazywać się może on nawet Wielka Polska Obywatelska. To myślenie ulicznej opozycji stało się w ostatnich tygodniach skrajnie antypolskie. Wieść o możliwości wystąpienia naszego kraju o reparacje wojenne od Niemiec też wywołała agresję, dreszcze i niepokój, że Niemcy się obrażą, że zabiorą nam Ziemie Zachodnie. Taki to jest poziom dyskursu, niżej już chyba nie można upaść na głowę.

Nie mamy żadnych dwóch skłóconych ze sobą polskich narodów. To absurd. Powiedzmy to w końcu otwarcie. Mamy z jednej strony, mniej lub bardziej patriotycznie nastawioną część społeczeństwa, tworzącą racjonalną większość (w tym i jakiś odłam wyborców opozycji) i hałaśliwą grupę Polaków, którzy wyrzekli się polskiej tradycji, polskiej dumy, siedzą na tych ogrodowych krzesłach i drżą jedynie o to, czy aby dojadą do Madrytu bez wizy. To ich boli. Perspektywa, żebyśmy coś sami znaczyli w Europie, mówili własnym głosem, niezależnie od tego czy to się podoba Pani Merkel czy nie, budzi w nich strach i zgorszenie. Jak tak można? Niemcom? W twarz? Tak dobrze było nam za Herr Tuska. No i można było kraść. Trzeba trzymać z Berlinem, patrzeć karnie jak ciągną ten swój Nord Stream II i cieszyć się z tego, że już nas trochę chwalą, no może mogliby bardziej, prosimy, ale przecież ten Kaczyński ciągle nam bruździ i rzuca kłody pod nogi. Obwiniać za to wszystko tylko TVN, Gazetę Wyborczą, Michnika i Sorosa to fatalne uproszczenie.

Mamy w Polsce część społeczeństwa, która nie potrzebuje ani polskich rządów ani prawdziwej wolności. Godzi się, i to całkiem świadomie, na polityczną poprawność, na przyjmowanie nielegalnych imigrantów, na czułe głaskanie Helmuta po głowie: – Dobry Polak, dobry. To jest prawie katastrofa i wcale mnie to nie cieszy, wprost przeciwnie, budzi niepokój. Oni nie chcą słuchać żadnych argumentów, uważają, że już tylko tygodnie dzielą ich od obalenia rządu Prawa i Sprawiedliwości na ulicy, przemocą. Demokraci rodem z KPP. Z tego chyba nie da się wyjść obronną ręką – pogodzić się, wybaczyć, zawrzeć kompromis. Jak można bowiem szukać porozumienia z ludźmi, których irytuje patriotyczna oprawa meczu w Warszawie? Angielska gazeta „Daily Mail” napisała, że żądania Polski o odszkodowania są jak najbardziej uprawnione (!), a Kazio, wyborca PO, drze się, że zabiorą mu Szczecin. A poza tym w TVN mówili, że to jest niemożliwe, bo dla Kazia z PO nic nie jest możliwe, co zmusza do przyjęcia wyprostowanej postawy. Kazio w zgięciu czuje się najlepiej i najpewniej, Dobrze wtedy widać buty Pana, czy są czyste, czy też trzeba je wypastować. Kazio z PO jest sprytny, bo nawet jak są czyste, to i tak je przetrze i powie Panu, że lewy but nie wyglądał już najlepiej. Mistrz.

Prawo i Sprawiedliwość działa czasami w sferze komunikacji wręcz fatalnie, ale rządzi mniej więcej sprawnie, bez większych błędów. Nikomu nic nie zabrało (z wyjątkiem esbeckich przywilejów), dało pieniądze rodzinom, ale przynosi to jeż pierwsze pozytywne efekty demograficzne i napędza też konsumpcję. Mniej kasy wycieka do złodziei, no to jest kuźwa źle? No źle, bo Niemcy przecież nie mordowali, winni naziści, była wojna. Niemcy cierpieli, co tam, oni wycierpieli najbardziej – mówi tak nie jakiś były esesman tylko senator PO Jan Rulewski, w polskiej telewizji. I ciągną temat dalej. Musimy być razem w Europie z Unią i z Niemcami, bo teraz przez ten PiS jesteśmy tacy sami. A kiedy to, po 2004 roku, byliśmy w tej wymarzonej Europie z którymkolwiek z dużych państw tak naprawdę razem, jak równy z równym? Z kim? Bo chyba nie z Niemcami, które – zgodnie z życzeniem Władysława Bartoszewskiego traktowały nas jak brzydką pannę na wydaniu. Są nam winni co najmniej 3 biliony złotych i to nie jest rachunek wygórowany. Stawiamy problem i oczekujemy poważnych rozmów, sprawdzamy Niemcy, kim oni są naprawdę, a nie jak siebie sami malują. Jeśli teraz ulegniemy naciskom Zachodu i Berlina, będziemy przez kolejne dekady żyli w skundleniu politycznym i kulturowym, my – grzeczne dziecko Europy. Słychać zewsząd o wielkim powrocie na ulice: w obronie sądów, wolności mediów, przeciwko Polexitowi. Elektorat jest tak doskonale przemielony, że łyknie dosłownie wszystko, więc pewnie wyjdzie znowu protestować. Cokolwiek się wydarzy w najbliższych tygodniach i miesiącach, przesądzi o losach Polski na długie lata. Wszyscy o tym wiedzą. A szczególnie nasi wrogowie.

grzechg/Salon24

JB – stempel rp 2X96

Prezydent: zachowania dzielące środowisko PiS szkodzą projektowi dobrej zmiany

foto: pap
Pewne nieprzemyślane zachowania, dzielące w szczególności środowisko PiS, szkodzą całemu projektowi dobrej zmiany; wszelkie tego typu przejawy zachowań, również te ambicjonalne, powinny być tłumione w zalążku – powiedział prezydent Andrzej Duda w wywiadzie dla portalu 300polityka.pl. Chciałbym, aby społeczeństwo nie było tak podzielone – dodał.

Prezydent zadeklarował, że z uwagą i niecierpliwością oczekuje projektu ustawy dotyczącego dekoncentracji mediów i będzie obserwował prace parlamentu w tej kwestii. „Dziś mogę powiedzieć, że pochylę się nad tą ustawą ze szczególną uwagą. Mam nadzieję, że dobra idea zostanie przekuta na dobre rozwiązania legislacyjne z pożytkiem dla Polski, niezależności mediów od nacisków biznesu i polityki oraz medialnego pluralizmu” – powiedział.

Dziennikarze zapytali prezydenta o to, kiedy ostatni raz rozmawiał z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. „Jeżeli pytacie o spotkanie i bezpośrednią rozmowę z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, to mogę odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że miała miejsce już jakiś czas temu. Ostatnio nie było okazji do bezpośrednich rozmów. Ale pozostajemy w kontakcie i tzw. kanały komunikacyjne są otwarte, a jeśli sprawy państwa będą tego wymagały, to z pewnością do spotkania i bezpośredniej rozmowy dojdzie” – odpowiedział.

Prezydent zaznaczył, że nie boi się, iż zostanie młodym komentatorem z ochroną. „Nie, nie boję się i proszę się o mnie nie martwić. Zawsze do tej pory dawałem sobie radę i jestem życiowym optymistą. Jeśli ktoś się boi, to lepiej żeby nie zostawał głową państwa. A tak poważnie, jeżeli mówimy o wykonywaniu prezydentury, to podejmując decyzje w sprawach państwowych kieruję się zawsze dbałością o jak najlepszą przyszłość Polski i Polaków, a nie kalkulacjami na temat mojej osobistej przyszłości” – odparł.

Andrzej Duda podkreślił, że wykonując swoje obowiązki nie kieruje się kryterium kolejnej kadencji. „Jeśli moi rodacy będą chcieli, żebym ponownie ubiegał się o urząd prezydenta, jeśli moja kandydatura będzie miała poparcie ludzi, to wystartuję” – powiedział.

Prezydent ocenił również, że „z pewnością pewne nieprzemyślane zachowania, dzielące w szczególności środowisko Prawa i Sprawiedliwości, szkodzą całemu projektowi dobrej zmiany”.

„Myślę, że wszelkie tego typu przejawy zachowań, również te, nazwijmy je ambicjonalne, powinny być tłumione w zalążku. Jeśli nie, będziemy mieć na polu dobrej zmiany więcej chwastów niż pszenicy. Wówczas pojawią się dwa scenariusze: albo utrata władzy jak w 2007 roku lub podział jak w 2011” – powiedział.

„Jestem głęboko przekonany, że gdy przyjdzie czas spokojnej refleksji nad tym, co się wydarzyło, będziemy potrafili wyciągnąć wnioski na temat tego, kto był w tej debacie stroną działającą na rzecz podziału i sporu, a kto dbał o porządek instytucjonalny w państwie i ład ustrojowy. A wtedy zapewnimy sukces formacji dobrej zmiany i przedłużymy jej mandat do dokonywania reform państwa” – zaznaczył prezydent.

Odnosząc się do mijających właśnie dwóch lat swojej prezydentury, Andrzej Duda ocenił, że „gdy spojrzymy na sprawy wewnętrzne, istotnym spełnieniem obietnicy wyborczej jest obniżenie wieku emerytalnego, program 500+, ustawa o 6-latkach”.

W kwestii polityki międzynarodowej za najważniejsze wydarzenia uznał szczyt NATO w Warszawie w 2016 r. i będącą jego wynikiem obecność wojsk Sojuszu na terenie naszego kraju, a także uzyskanie przez Polskę niestałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na lata 2018-2019.

„Wśród innych ważnych wydarzeń tych dwóch lat wymieniłbym również Światowe Dni Młodzieży i wizytę Ojca Świętego Franciszka (…) i wizytę prezydenta USA Donalda Trumpa, który z Warszawy wysłał na cały świat porywające przesłanie o Polsce i Polakach, jako narodzie bohaterskich i niezłomnych ludzi” – powiedział Duda.

„Można zatem ogólnie powiedzieć, że te wszystkie wydarzenia wskazują na wyraźny i znaczący wzrost roli i pozycji Polski na arenie międzynarodowej. I z pewnością jest to powód do satysfakcji” – ocenił.

Pytany o największą porażkę dwóch lat swojej prezydentury, Andrzej Duda powiedział: „Nie wiem, czy można to nazwać moją porażką, bo zjawisko jest znacznie wcześniejsze niż moja prezydentura, ale z pewnością jest ono moją prezydencką troską. Otóż chciałbym, aby społeczeństwo polskie nie było tak podzielone, żeby ludzie z przeciwnych stron sceny politycznej patrzyli na siebie z szacunkiem i tolerancją. Aby świadomość wspólnej Polski i wspólnych celów brała górę nad tym co różni”.

Jak powiedział Duda, dwa zasadnicze projekty, na których obecnie koncentruje swoją uwagę, to idea referendum konsultacyjnego co do nowej konstytucji oraz obchody 100-lecia odzyskania niepodległości. „Konstytucja wymaga zmian i jest to widoczne na każdym kroku. Musi ona być odbiciem opinii i poglądów Polaków, bo to dokument dla Polaków, a nie odwrotnie. Obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości to niebywale ważne wydarzenia dla kształtowania naszej tożsamości narodowej, to szansa na poczucie tego, co znaczy być Polką i Polakiem” – wyjaśnił.

(PAP/JB)

stempel rp 2X96

Reparacje wojenne za zbrodnie Niemców w Polsce. Poseł ujawnia kulisy sprawy

Egzekucja w Bochni, 18 grudnia 1939 roku; By album of a captured German officer. Other photo(s) from the album may have been copied by Stanislaw Broskewicz, a photo developer working for the Germans. – Zbiory NAC on-line Narodowe Archiwum Cyfrow

Podjęcie obecnie sprawy reparacji od Niemiec za straty wyrządzone Polsce w wyniku drugiej wojny światowej to decyzja prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – powiedział dziś poseł Arkadiusz Mularczyk. Dodał, że sprawa dochodzenia odszkodowań to kwestia lat.

Chcę podkreślić, że możemy dlatego o tym rozmawiać, że pan prezes PiS Jarosław Kaczyński taką podjął decyzję. To jest jakby jego zasługa, że jest taka decyzja i wola polityczna, żeby tą sprawą się zajmować. Dotychczas – prawie 30 lat żyjemy w wolnej Polsce – żaden z rządów ani żaden z liderów partii politycznych tego tematu nie podjął z różnych powodów, czasami z powodów koniunkturalnych, czasami z powodu strachu, być może jakiś interesów. Ale ten temat nigdy tak na poważnie nie zaistniał

– mówił Mularczyk w programie Radia Maryja i Telewizji Trwam.

Poseł zaznaczył, że w 2004 r. wszystkie siły polityczne podjęły uchwałę, „żeby zobligować rząd do podjęcia działań reparacyjnych wobec Niemiec, ale ówcześni premierzy Leszek Miller i Marek Belka powiedzieli, że nie przejmują się tą uchwałą i nie będą jej wykonywać, gdyż uważają, że sprawa jest zamknięta”. Dodał, że za przyjęciem uchwały głosowali m.in. Donald Tusk, Grzegorz Schetyna, Ewa Kopacz.

Mularczyk odniósł się też do wypowiedzi zastępczyni rzecznika rządu Niemiec Ulrike Demmer, która w środę oświadczyła, że „kwestia niemieckich reparacji dla Polski została w przeszłości ostatecznie uregulowana – prawnie i politycznie”.

W 1953 roku Polska wiążąco, a dotyczyło to całych Niemiec, zrezygnowała z dalszych świadczeń reparacyjnych dla całych Niemiec i w okresie późniejszym wielokrotnie to potwierdzała

– wyjaśniała Demmer.

Poseł podkreślił, że w 1953 r. Związek Radziecki uznał, że trzeba poluzować Niemcom wschodnim i zrzec się reparacji wojennych, które na podstawie traktatu poczdamskiego Niemcy miały płacić Związkowi Radzieckiemu, ale także Polsce.

Doszło do dziwnej sytuacji, że 23 sierpnia 1953 r., w niedzielę o godzinie 19.30 doszło do spotkania Rady Ministrów, które trwało pół godziny i z tego spotkania jest tylko protokół. Nie ma żadnej decyzji, nie ma żadnego aktu urzędowego, tylko protokół, że wszyscy jednogłośnie zgodzili się na zrzeczenie się reparacji. Ten protokół jest podpisany tylko przez Bieruta, przez nikogo więcej. To może oznaczać, że ten dokument mógłby zostać sfałszowany, że mógł zostać podstawiony Bierutowi do podpisu i był zawarty pod wpływem presji

– mówił polityk PiS.

Poseł wskazał, że po pierwsze pytaniem jest, czy zrzeczenie się reparacji w ogóle było ważne, a po drugie – czy dotyczyło całych Niemiec, czy dotyczyło tylko NRD, gdyż reparacje były płacone wyłącznie przez Niemcy Wschodnie, a nie płaciły ich Niemcy Zachodnie.

Myślę, że Niemcy mają wielką świadomość tego, że to zrzeczenie po prostu może być nieważne, co więcej oni w swoich archiwach nie mają żadnych dokumentów, że takie zrzeczenie miało miejsce. Co więcej dysponują tylko i wyłącznie materiałami prasowymi, z których wynika, że taki fakt miał miejsce i pismem dziękującym Bierutowi, że takie zrzeczenie nastąpiło. Nie ma natomiast żadnego oficjalnego dokumentu, nie ma żadnej oficjalnej umowy, co więcej to rzekome zrzeczenie nie zostało nigdzie zarejestrowane

– argumentował poseł.

Polityk dodał, że według ekspertów akt dotyczący zrzeczenia się reparacji wojennych powinien być zarejestrowany w ONZ.

Mularczyk przyznał, że dochodzenie przez Polskę reparacji to jest kwestia lat.

Nie jest to sprawa na rok, półtora czy dwa lata, to jest sprawa, która będzie wymagała olbrzymiego wysiłku ze strony państwa. To zebranie wszystkich informacji, ponowna wycena (strat) i podjęcie działań dyplomatycznych, a później prawnych jeżeli to konieczne

– mówił.

Podczas lipcowej konwencji Zjednoczonej Prawicy prezes PiS Jarosław Kaczyński zwracał uwagę, że Polska nigdy nie otrzymała odszkodowania za gigantyczne szkody wojenne, których „tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś”.

Straty w ludziach, w elitach, są właściwie nie do odrobienia, to trzeba 5, czy 7 pokoleń, żeby to nadrobić

– podkreślił prezes PiS.

Polska się nigdy nie zrzekła tych odszkodowań. Ci, którzy tak sądzą, są w błędzie

– dodał.

Mularczyk w środę poinformował, że Biuro Analiz Sejmowych ma przygotować informację dotyczącą możliwości domagania się przez Polskę odszkodowań za straty wojenne od Niemiec; analiza ma być gotowa do 11 sierpnia.

Źródło: PAP/JB
stempel rp 2X96

Hanna Gronkiewicz – Waltz to symbol końca Platformy Obywatelskiej!

TYLKO U NAS!

fot: YouTube fot: YouTube

Przegrana, opuszczona przez swoich, z widmem zarzutów prokuratorskich, procesu, wyroku i odsiadki – Hanna Gronkiewicz-Waltz jest już cieniem samej siebie. Jest też symbolem całej Platformy, choćby równie przerażona nadchodzącym obrachunkiem Ewa Kopacz zaklinała rzeczywistość do woli, zapowiadając wygraną partii, która jest już skończona.

Trzeba przyznać jedno – tegoroczne lato w aurze kapryśne, w polityce za sprawą dwóch komisji jest gorące. Najpierw wyniki ekshumacji, a potem prace komisji weryfikacyjnych Amber Gold i do spraw reprywatyzacji w Warszawie pokazały jak na dłoni, że mówiąc o polskim państwie istniejącym tylko teoretycznie, Bartłomiej Sienkiewicz mówił prawdę. Skala oszustw była przerażająca. Co więcej – zeznania przesłuchiwanych osób potwierdzają, że czołowi politycy PO wiedzieli o wszystkim. Pozostawieni przez Tuska, który w porę prysnął do Brukseli i jak wszystko wskazuje – nie wróci już do Polski (w więzieniu kawy do śniadanka nie dają), dziś mogą tylko odgrywać pokrzywdzonych, straszyć PiS-em i zaklinać rzeczywistość. W szczególnie trudnej sytuacji jest Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Arogancka „Bufetowa” wciąż rządząca stolicą Polski zachowuje się niczym szatniarz z „Misia”. W kultowej scenie kultowej komedii „kierownik szatni” domagającemu się wydania płaszcza Ochódzkiemu odpowiada „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. Hanna Gronkiewicz-Waltz w identycznym stylu odpowiada komisji – nie stawię się na przesłuchanie i co mi zrobicie? Na razie została na nią nałożona kara grzywny w wysokości 6 tys. zł. Dla przeciętnego Kowalskiego to spora suma, ale dla „Bufetowej” to raczej kwota z tych „na waciki”. Nie znaczy to jednak, że prezydent Warszawy się nie boi. Boi się i denerwuje coraz bardziej, na co wskazuje jej wypowiedź adresowana wyraźnie do urzędników.

Hanna Gronkiewicz-Waltz oznajmiła bowiem całkiem niedawno: – Wszystko przemija: przeminie komisja, przeminą rządy PiS, wreszcie będzie normalny TK… […] Wiem, że komisja zapewnia sobie immunitet, ale to nie jest tak, że to nie jest do odkręcenia. – Nawet średnio rozgarnięty urzędnik nie powinien mieć złudzeń co do interpretacji tego przekazu. – Uważajcie, PiS przegra wybory, my wrócimy do pełni władzy i będziemy was rozliczać. Pamiętajcie – PiS-u nie będzie, a ja będę. I zapamiętam sobie, co mówiliście przed komisją – zdaje się dziś mówić HGW. Przy okazji chyba też uspokaja osoby, które na reprywatyzacji w Warszawie zyskały parcele warte ciężkie miliony, a teraz je tracą, bo na jaw wychodzą oszustwa. – To jest do odkręcenia – uspokaja HGW. Rzecz znamienna – słowa te padły dokładnie w dniu, w którym zeznania przed komisją do spraw reprywatyzacji złożył były dyrektor Biura Gospodarowania Nieruchomościami (BGN), zwolniony przez „Bufetową” z pracy Marcin Bajko. Komentatorzy byli zgodni – rozjechał on swoją byłą szefową i pogrążył ją całkowicie.

Wiedziała wszystko

Marcin Bajko zeznał bowiem, że Hanna Gronkiewicz-Waltz miała pełną wiedzę na temat działań reprywatyzacyjnych w Warszawie i osobiście się nimi interesowała. Przywołał sprawę likwidacji prestiżowego gimnazjum ulokowanego na dwóch działkach przy ulicy Twardej 8 i 10 oraz wypowiedź HGW, że nie potrzeba szkół w Śródmieściu i można oddać działkę na Twardej Maciejowi M. (handlarzowi roszczeń, obecnie z zarzutami prokuratorskimi, przebywającemu w areszcie). Bajko zeznał również, że dysponuje dokumentem w sprawie działki przy ul. Twardej z podpisem HGW. Zeznał, że odbywała wielogodzinne rozmowy na temat zwrotu kamienicy przy ul. Noakowskiego 16, czym była szczególnie zainteresowana – zwrotu bezpodstawnego, za to finalnie zakończonego dołączeniem tejże kamienicy do majątku męża pani prezydent (o tej kamienicy pisaliśmy w jednym z poprzednich numerów „PN”). Zeznania te potwierdziły to, co wcześniej przed komisją powiedział inny były pracownik warszawskiego ratusza Krzysztof Śledziewski. Zeznał on m.in., że BGN przekazywało pełną dokumentację na temat kamienicy przy Noakowskiego 16. Co ciekawe –oznajmił też, że zna jeden przypadek, w którym prezydent Warszawy osobiście ingerowała w decyzję reprywatyzacyjną.

Więcej zwrotów!

Według zeznań Śledziewskiego HGW była też bardzo niezadowolona z braku postępów w działaniach dotyczących „zwrotu” działki na rogu al. Solidarności i ul. Twardej (to ścisłe centrum Warszawy). Z zeznań wyłania się też tempo prac, jakie mieli narzucone urzędnicy – 300 zwrotów nieruchomości rocznie. Jak łatwo policzyć – to codziennie jedna decyzja. Co więcej – to tempo było starannie pilnowane. Marcin Bajko zeznał, że w BGN przeprowadzono 66 kontroli, 12 audytów wewnętrznych i cztery audyty jakości, w zakresie gospodarki nieruchomościami. – Nie muszę nikomu mówić, […] że duża część z tych wszystkich spraw dotyczyła reprywatyzacji, bo one były najważniejsze, lub prawie najważniejsze w biurze. To też było źródło informacji dla prezydenta, bo prezydent podpisuje wszystkie wnioski pokontrolne związane z zakończeniem kontroli i wskazuje, co trzeba poprawić, co trzeba zmienić – referował przed komisją Bajko. Innymi słowy – nie ma możliwości, żeby prezydent Warszawy nie wiedziała, co dzieje się w sprawie reprywatyzacji.

Bajko przypomniał też rolę powołanego na podstawie rozporządzenia prezydenta Warszawy z 2007 r. (sic!) tzw. zespołu koordynacyjnego. Jego celem jest „doradztwo prezydentowi w zakresie podejmowania decyzji. Składa się on z prezydenta, skarbnika, zastępcy prezydenta, sekretarza i osób tam powołanych przez prezydenta”, mówił, podkreślając, że zespół doradzał HGW nie tylko w sprawach reprywatyzacji. Jednak jako szef BGN w ciągu ostatnich 10 lat uczestniczył w posiedzeniach owego zespołu 605 razy, zaś samo BGN przygotowało na nie „310 wniosków w celu rozstrzygnięcia przez prezydenta trudnych spraw, z czego około 1/3 stanowiły sprawy reprywatyzacyjne. Więc wiedza prezydenta była bezpośrednia i ta wiedza nie ulega wątpliwości” – stwierdził Bajko.

Nowe groźby?

Te zeznania (a przecież nie ostatnie i nie jedyne) rzucają nowe światło na postępowanie Hanny Gronkiewicz-Waltz. Rację zdaje się mieć wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, który stwierdził, że jeśli pani prezydent by nie miała nic do ukrycia, zeznawałaby przed komisją.

Zeznania byłego dyrektora BGN wskazują, że może mieć ona do ukrycia całkiem sporo i zwyczajnie boi się, że jeśli stanie przed komisją, to po prostu pójdzie siedzieć. Jeśli istotnie są dokumenty w sprawie reprywatyzacji z jej podpisami, jeśli są protokoły spotkań, na których HGW poganiała podwładnych, żeby szybciej załatwiali te sprawy, to nie będzie mogła powiedzieć, że nie wiedziała, co podpisuje (tzn. powiedzieć będzie mogła, ale nikt poza TVN i „Wyborczą” w to nie uwierzy).

Rzecz ciekawa – Gronkiewicz-Waltz wcale nie zaprzecza, że dokument, o którym mówił Bajko, istnieje. Żali się natomiast, że została oszukana przez współpracowników: – Trudno mi traktować wzywane osoby jako wiarygodnych świadków. Oni oszukali mnie, chowając najważniejsze pismo. To jest nie do pomyślenia, żeby moja rzeczniczka przez rzecznika MF dowiadywała się, że u nas jest jakieś pismo… […] Dla mnie po tym oszustwie i zwolnieniu dyscyplinarnym to, co oni mówią, nie ma znaczenia.

Z powyższego wynika jedno – dokument, o którym mówił Bajko, istnieje i jest ważnym dowodem. Najwyraźniej pani prezydent liczyła, że z jakiegoś powodu wszyscy pracownicy będą ją kryć, a w razie konieczności wezmą winę na siebie i poniosą konsekwencje, podczas gdy ona odstawi teatralne przedstawienie i zachowa stanowisko, pilnując już przeprowadzonych interesów. Była w tych rachubach bezczelna, uważając, że nawet jak podpisywała dokumenty, to fakt ten nie ujrzy światła dziennego. Zeznania byłych pracowników ratusza rujnują jej plany, nic więc dziwnego, że HGW jest i przerażona, i rozgoryczona zarazem. Dowodzą też, że pracownicy ratusza nie mają ochoty chronić jej interesów i bezpiecznego bytu. Nawet wobec komunikatu Hanny Gronkiewicz-Waltz, że rządy PiS przeminą, i sugestii, że ona zostanie, a wyniki prac komisji da się „odkręcić”, nie chcą chronić sitwy z ratusza. To bardzo znamienne, bo świadczy o tym, że cierpliwość urzędników po prostu się wyczerpała. Być może nie wierzą, że PO wygra wybory i „będzie, jak było”, a być może po prostu po ludzku nie mogą już znieść tego, co działo się w ratuszu. Powołanie komisji ds. reprywatyzacji to także dla nich szansa na katharsis – uwolnienie się od emocji i presji, pod jaką musieli przez ostatnie lata pracować. To dowód, że Hannie Gronkiewicz-Waltz jej dawni podwładni powiedzieli: „dosyć tego” i że żadne jej „ostrzeżenia” na nich nie działają. To dowód, że zmiana sięga nawet takiego bastionu PO jak warszawski ratusz.

Pamiętać trzeba, że udowodnienie udziału „Bufetowej” w bandyckich reprywatyzacjach to nie tylko kwestia odpowiedzialności politycznej, ale przede wszystkim karnej. Z ustaleń już wszczętego śledztwa prokuratorskiego wynika, że tylko osiem osób zatrzymanych przez CBA w sprawie tzw. dzikiej reprywatyzacji wyrządziło skarbowi państwa i spadkobiercom szkody na kwotę ponad 46 mln zł. A to tylko wierzchołek przysłowiowej góry lodowej. Sama Gronkiewicz-Waltz przyznała, że prokuratura prowadzi blisko 300 spraw. Szkody mogą być więc wielokrotnie wyższe. I to „tylko” wobec skarbu państwa i prawowitych właścicieli, nie wspominając o dramatach ludzi wyrzucanych z domów. Pamiętać trzeba i o tym, że w sprawie „dzikiej reprywatyzacji” mamy do czynienia i ze zwykłym morderstwem – bestialskim zabójstwem Jolanty Brzeskiej. Jasne – to nie Hanna Gronkiewicz-Waltz spaliła żywcem niezłomną obrończynię praw lokatorów, ale wszystko wskazuje na to, że wiedziała o złodziejskiej reprywatyzacji na czele z bezprawnym oddaniem kamienicy własnemu mężowi.

Ile lat?

Warto, by prokuratura zastanowiła się nad systemem pracy i wydawania decyzji w warszawskim ratuszu. Biorąc pod uwagę zeznania pracowników, istnieje prawdopodobieństwo, że doszło tam do przestępstwa, o którym mowa w art. 224 §1 Kodeksu karnego: „Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe organu administracji rządowej, innego organu państwowego lub samorządu terytorialnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Działalności Hanny Gronkiewicz-Waltz wypada się przyjrzeć także pod kątem art. 228 §1 Kodeksu karnego: „Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat”.

Przede wszystkim zaś działalność Hanny Gronkiewicz-Waltz jako prezydent Warszawy należy rozpoznać, biorąc pod kątem przestępstwa, o którym mowa w art. 231 Kodeks karnego – o przekroczeniu uprawnień lub niedopełnieniu obowiązków przez funkcjonariusza publicznego zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat trzech, a w przypadku, gdy to działanie lub zaniechanie miało miejsce w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej – do lat 10.

Jeśli więc (a wszystko na to wskazuje) HGW zmusiła urzędników do wydania korzystnej dla jej męża decyzji w sprawie kamienicy przy Noakowskiego 16, to może być pociągnięta do poważnej odpowiedzialności karnej. Decyzję podejmie oczywiście prokuratura i póki tego nie uczyni, a sąd nie udowodni winy prezydent Warszawy, jest ona niewinna.

Tyle tylko, że ta niewinność jest wysoce wątpliwa, co zdaje się potwierdzać nie tylko nerwowe zachowanie HGW, ale i postępowanie jej partyjnych towarzyszy. Oto na ostatniej krajowej radzie PO (zabawne zebranie, którego jedynym tematem było straszenie PiS-em) Hanna Gronkiewicz-Waltz, zasiadając w zarządzie Platformy Obywatelskiej, została pominięta wśród wpisanych na listę mówców. To bardzo symptomatyczne, bowiem stanowi jawny dowód, że oficjalnie broniąc swej towarzyszki, członkowie Platformy ze Schetyną na czele jakoś nie mają ochoty ani jej słuchać, ani eksponować jej osoby.

Przegrana, opuszczona przez swoich, z widmem zarzutów prokuratorskich, procesu, wyroku i odsiadki – Hanna Gronkiewicz-Waltz jest już cieniem samej siebie. Jest też symbolem całej Platformy, choćby równie przerażona nadchodzącym obrachunkiem Ewa Kopacz zaklinała rzeczywistość do woli, zapowiadając wygraną partii, która jest już skończona.

PN.PL/JB

stempel rp 2X96