Dzień: 5 sierpnia 2017

‚Daily Mail’: Nic dziwnego, że Polska chce miliardów od Niemiec

Podobny obraz

„6 milionów Polaków zostało zamordowanych przez nazistów. Miasta zostały zniszczone. Mieszkańców tego kraju uczyniono niewolnikami. Jak stara nienawiść niszczy harmonię UE… nic dziwnego, że Polska domaga się miliardów od Niemiec” – brzmi tytuł artykułu na portalu brytyjskiego „Daily Mail”, którego autorem jest Dominic Sandbrook.

Autor artykułu pisze w nim:

Znalezione obrazy dla zapytania powstanie warszawskie

„Jeśli jakikolwiek kraj na świecie zasługuje na reparacje wojenne za cierpienie w zeszłym stuleciu, to z pewnością jest to Polska”.

Znalezione obrazy dla zapytania powstanie warszawskie

Sandbrook w swoim artykule pisze, że o ile dla Brytyjczyków II wojna światowa to historia o heroizmie, który zobaczyć można choćby w filmie „Dunkierka”, o tyle dla Polaków to koszmar, jakiego nie jest w stanie zaprezentować żaden film. Autor dodaje też, że Niemcy podczas wojny wymordowali 20 proc. ludności Polski – 6 milionów osób. Warszawa, Kraków czy Lublin stały się „płonącymi ruinami”. „Niemcy zrobili wszystko, aby zlikwidować cały naród, wymazać jego kulturę” – podkreślił.

Podobny obraz

Mimo, że w swoim artykule Sandbrook jest przeciwny reparacjom wojennym, to przyznaje, że jeśli jakiekolwiek kraj powinien je otrzymać, to jest to właśnie Polska.

dam/wpolityce.pl

JB – stempel rp 2X96

 

KO W TVP „Przez okno wyrzucono mojego 2-letniego kolegę”. Wspomnienia świadka rzezi na Woli

Ofiary niemieckiej łapanki w Warszawie (fot. wikipedia.org/ autor nieznany)

TYLKO U NAS!

Ks. Stanisław Maciej Kicman w TVP Info (fot. TVP Info)

– Miałem aż, albo tylko, 7 lat, gdy doszło do rzezi Woli. Moi rodzice byli członkami AK. Mama, łączniczka w biurze informacji w Komendzie Głównej AK, była zwolniona z powstania. Ojciec 1 sierpnia przyszedł bardzo zdenerwowany, czekając na rozkaz. Około 14 przyszła łączniczka i udał się na Smolną, bo tam był punkt zborny – tak w programie „Minęła dwudziesta” tamte dni wspominał ks. Stanisław Maciej Kicman.

Ksiądz Kicman wspominał, że rodzice, żegnając się, powiedzieli sobie, że spotkają się maksymalnie za tydzień. – Spotkaliśmy się za półtora roku, ale Bóg dał, że przeżyliśmy wszyscy. Ojciec przeżył trzy obozy koncentracyjne, my z mamą obóz koncentracyjny i obóz pracy – mówił.

Powiedział, że mordercom patrzył nie tylko w oczy, ale i w lufy pistoletów. – Kiedy pod kościołem św. Wojciecha z mamą i babcią klęczeliśmy, sterta ciał rozstrzelanych obok, a my czekaliśmy na swoją własną egzekucję. Kwiliłem, tak mówiła mi mama, wołałem: „Mateńko, co z nami będzie?”, a mama mnie tuliła.

W pewnym momencie, będąc żołnierzem, znała się trochę na broni. Zobaczyła, że wykonał ruch, uznała, że to już. Powiedziała, żebym zamknął oczy, to nie będzie bolało. Nie kreuj się na bohatera, bohaterami byli moi rodzice, ja mam jedną zasługę, dziękuję Bogu, że przeżyłem i drugą pamięć. Wiele osób nie wierzy, że mogę to pamiętać – opowiadał.

„Chłopiec w mundurku Hitlerjugend napluł mi w twarz”

Ks. Stanisław Kicman dodał, że o tym, co się stało, rozmawiano w jego domu, rodzice pisali pamiętniki. – Znalazłem korespondencję obozową między mamą a tatą. Tam jest również karta po niemiecku przeze mnie kulfonami pisana do obozu, do ojca – mówił.

W jego wspomnieniach zapisało się także to, kiedy w obozie pracy w Hammer prowadzono ich do fabryki, gdzie fabrykant wykupił 72 kobiety z dziećmi z Powstania.

– Była godzina, kiedy niemieckie dzieci szły do szkoły. Przebiegał mały chłopiec w mundurku Hitlerjugend i napluł mi w twarz. Otarłem się, bo nic innego nie mogłem zrobić. Wrócił się i drugi raz mnie opluł. Mama zapytała go, czy to ładnie, a on powiedział, że nie, ale przyjemnie. Coś było w tym narodzie, aby ta nienawiść do innych, a nie Niemców mocno procentowała. Byli też Niemcy, którzy nam współczuli i pomagali – mówił. Dodał, że najczęściej byli to ci, którzy stracili synów na froncie.

„To był szok dla dziecka 7-letniego”

Ksiądz opowiedział także wspomnienia z 8 sierpnia, a więc z końcówki tragicznej rzezi Woli.

– Rano uprzedzono nas, że mamy przygotować się do wyjścia, w południe przyszli Niemcy, wtargnęli do mieszkań, na korytarze, rzucali granaty. W końcu stanął taki Azjata. Biały jedwabny szalik na szyi, granaty w butach, rozpylacz na piersi. Krzyknął „raus!”, tak jak staliśmy, wyszliśmy.

Staliśmy, czekaliśmy, aż obrabują cały dom. Wynoszono, ładowano na transportery cały nasz dobytek. W tym momencie otwiera się okno na trzecim piętrze i widzę tego kolegę, którego Niemiec trzyma w rękach i chce go wyrzucić. Wcześniej słychać było strzał. Najwidoczniej zabili jego ojca.

Chłopczyna złapał go za klapy tak mocno, że ten, wyrzucając go, urwał mu klapę. Pod moimi prawie nogami ten mój kolega dostał drgawek i wstrząsów. To był szok dla dziecka 7-letniego – mówił ks. Stanisław Kicman.

TVP-INFO/JB
stempel rp 2X96

„W grę wchodzi komornik”. Jaki o grzywnach dla Gronkiewicz-Waltz

TYLKO U NAS!

Patryk Jaki zapowiada, że nie odpuści grzywny Hannie Gronkiewicz-Waltz (fot. PAP/Tomasz Gzell)

Przewodniczący komisji weryfikacyjnej Patryk Jaki zapowiedział w programie „Minęła dwudziesta”, że ewentualne przelewy z budżetu miasta, regulujące grzywny nałożone na prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, będzie zwracał. – Będziemy wystawiali tytuł wykonalności fizycznie na panią prezydent – dodał.

Wiceminister sprawiedliwości ponownie odnosił się do wypowiedzi prezydent Warszawy dotyczącej nałożonych na nią grzywien za niestawiennictwo na rozprawach komisji weryfikacyjnej.

Komisja ukarała ją dotąd cztery razy; chodzi w sumie o 12 tys. zł. W piątek Gronkiewicz-Waltz powiedziała, że „nie ma podstawy prawnej do tego, by to ona zapłaciła grzywnę”, ponieważ została ona nałożona nie na osobę, a na organ – prezydenta Warszawy.

– Podjąłem decyzję, że jeżeli przyjdzie do mnie przelew z budżetu miasta za kary, za grzywnę, to ja zwrócę ten przelew – powiedział Jaki – Nie będzie takich żartów i machlojek, pani prezydent może zapomnieć. Będziemy wystawiali tytuł wykonalności fizycznie na panią prezydent i konsekwentnie będziemy tego dochodzili, tak jakbyśmy dochodzili w stosunku do każdego innego obywatela – powiedział Jaki.

„Komornik, oczywiście”

Pytany, czy wchodzi w grę komornik, odparł: „Komornik, oczywiście”. Na pytanie, jakie kroki podejmie komisja, jeśli prezydent Warszawy nadal nie będzie się stawiać na rozprawy komisji, powiedział: „Po jakimś czasie będzie to już kwestia oceny pod kątem karnym (…). To już prokuratorzy będą musieli ocenić, czy nie zachodzi tutaj przesłanka związana z niewykonywaniem swoich obowiązków”. Wcześniej wypowiedź prezydent Warszawy nazwał „kuriozalną”.

– Pani prezydent twierdzi, że nie zapłaci tej grzywny, ponieważ nie wie, że to chodzi o nią. To jest już w ogóle robienie sobie żartów z opinii publicznej, ponieważ po pierwsze, w komisji zasiada członek z Platformy Obywatelskiej i bardzo dobrze wie, że kary grzywny dotyczą pani prezydent – zaznaczył Jaki. – Wszyscy byliśmy przekonani, że pani prezydent organizuje dzisiaj konferencję, aby powiedzieć, że to jednak nie mieszkańcy Warszawy zapłacą kary grzywny. Pani prezydent nie tylko temu nie zaprzeczyła, ale potwierdziła, że to mieszkańcy Warszawy będą płacili – dodał.

„Nie potrafiła powiedzieć kompletnie nic o reprywatyzacji ulicy Siennej”

Według niego Gronkiewicz-Waltz nie potrafiła też podczas piątkowej konferencji merytorycznie odpowiedzieć na pytania dot. decyzji komisji. – Nie potrafiła powiedzieć kompletnie nic o reprywatyzacji ulicy Siennej. Na pytanie, co zrobiła przez trzy lata, żeby uratować działkę w centrum miasta wartą ponad 22 mln zł, nie potrafiła nic odpowiedzieć. Powiedziała tylko tyle, że ewentualnie za to jest odpowiedzialny jakiś urzędnik – zaznaczył.

Jaki odniósł się też do tego, że prezydent na rozprawach komisji reprezentują prawnicy niezatrudnieni przez ratusz. Ocenił, że przychodzą tylko po to, „żeby miasto nie odzyskało działek”. Według niego także PO robi wszystko, żeby miasto nie odzyskało nieruchomości.

– Platforma Obywatelska nie potępiła tego procederu, wprost przeciwnie – wspiera panią prezydent. (…) Przedstawiciel PO albo się wstrzymuje, albo głosuje przeciwko decyzjom komisji weryfikacyjnej – powiedział.

Komisja weryfikacyjna uchyliła w piątek decyzję wydaną z upoważnienia prezydent Warszawy w sprawie działki przy dawnej ul. Siennej 29 i odmówiła przyznania prawa użytkowania wieczystego do niej Maciejowi M., który uzyskał je w 2012 r. Rozprawa w sprawie Siennej odbyła się 25 lipca.

TVP-INFO/JB
stempel rp 2X96

„Katastrofa smoleńska była zemstą Putina na Lechu Kaczyńskim”!

fot

Michaił Saakaszwili bardzo cenił śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego (fot. arch. PAP/Paweł Supernak)

– Katastrofa smoleńska była zemstą Władimira Putina na Lechu Kaczyńskim za jego zachowanie w konflikcie rosyjsko-gruzińskim w 2008 roku i postawę w tamtym czasie podczas pobytu w Tbilisi – dowodził na antenie Telewizji Republika były prezydent Gruzji Michaił Saakaszwili.

– Nie ma takich wypadków, nie wierzę w tego typu przypadki. To było celowe działanie Putina. Jestem pewien, że był bardzo zadowolony z tego co się wydarzyło – przekonywał Saakaszwili.

Zdaniem byłego prezydenta Gruzji, „można to potraktować jako akt wojny, celowe doprowadzenie do katastrofy, obojętnie, czy samolot został zestrzelony czy w inny sposób doprowadzono do wypadku, rezultat jest taki sam”.

Błędne dane

Przypomniał również, że „przez błędne dane aparatury naziemnej doprowadzono do katastrofy z prezydentem Mozambiku, gdzieś w południowej Afryce” (chodzi o katastrofę z marca 1986 roku, w której zginął prezydent Mozambiku Samora Machel, a o spowodowano której podejrzewano służby RPA – przyp. red.). – Jeśli ktoś wie, jak to zrobić, nie ma problemu, a Putin jest mistrzem w takich grach – podkreślił.

Jego zdaniem dla Rosji „Kaczyński był nie tylko zagrożeniem, był symbolem”, a „dla Putina ukaranie swoich wrogów jest rzeczą absolutnie podstawową”.

Saakaszwili ujawnił również, że dwa dni przed lotem do Smoleńska śp. Lech Kaczyński proponował mu, aby poleciał z nim. – Odpowiedziałem mu, że przecież Putin nie wpuści mnie do samolotu, to oczywiste. Lech mówił po prostu – wejdź do mojego samolotu i polecimy razem – opowiadał.

Kluczowa rola

Były prezydent Gruzji podkreślał także, że były prezydent RP odegrał kluczową rolę w budowie bloku państw Europy Środkowej, w którym Polska odgrywała rolę mocarstwa. – Kiedy poznałem Kaczyńskiego, kiedy usłyszałem co mówi i zobaczyłem, jak się zachowuje, uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z prawdziwym bohaterem – przyznał.

Na antenie TV Republika opowiedział również m.in. o udziale prezydenta Lecha Kaczyńskiego w wiecu w Tbilisi w sierpniu 2008 roku, po wybuchu wojny rosyjsko-gruzińskiej, a także o wspólnej z nim podróży w listopadzie tego samego roku na granicę z kontrolowana przez Rosjan Osetią Południową. Obu prezydentów, jak przypomniał, powitały wówczas strzały stojących na tej granicy rosyjskich żołnierzy.

– To była jego inicjatywa, odwiedzić posterunek oddalony niezbyt daleko, jakieś 40 minut od Tbilisi – mówił Saakaszwili.

– Jechaliśmy kolumną, byliśmy odpowiednio oznaczeni, z kogutami na dachu i nagle pijani rosyjscy żołnierze otworzyli do nas ogień. Później mówiono nam, że było to lekkomyślne, ale prezydent Lech Kaczyński chciał zobaczyć, jak wygląda sytuacja na froncie. Wyszliśmy z samochodu, a wtedy zaczęli do nas strzelać. Widzieliśmy jak fruwają pociski. Było po zmroku, ale było je widać. Moi ochroniarze byli wyszkoleni, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo. Kiedy rozległy się strzały, rzucili się na mnie i powalili mnie na ziemię. Zacząłem krzyczeć i spojrzałem w górę, a Lech Kaczyński stał wyprostowany. Wszyscy naokoło leżeli, a kule latały bardzo blisko. On trzymał głowę wysoko, a nawet lekko się uśmiechał – wspominał.

– Niektórzy dziennikarze zauważyli to i pisali potem, że Lech Kaczyński stał jak bohater. Jestem pewny, że był bohaterem. Nie bał się wrogów i z otwartą przyłbicą czekał na swój los, na swoją śmierć – zaznaczył Saakaszwili.

stempel rp 2X96

Media w Niemczech – na służbie władzy. Zobaczcie jak wygląda ich „wolność prasy”!

TYLKO U NAS!

fot: YouTube fot: YouTube

Niemieckie koncerny medialne spełniają również istotną funkcję w polityce zagranicznej – i to w prawdziwie kolonialnym stylu. Podbijając rynki krajów Mitteleuropy, mają za zadanie, mówiąc wprost, trzymać w ryzach tubylców, żeby się nie zbiesili, i utwierdzać ich w permanentnym poczuciu niższości względem „metropolii” – oraz stawiać za wzór sukcesu i europejskości rozmaitych jurgieltników, którzy dzięki gorliwej wysłudze dochrapali się z łaski Berlina jakichś intratnych synekur.

1. Policją w niemieckich „antykomorów”

Co robi niemiecka policja, gdy przez Europę przetacza się fala zamachów (tj. pardon – incydentów), ludzie są rozjeżdżani samochodami, szlachtowani nożami przy wtórze zawołań „Allahu akbar”, a w Belgii w ostatniej chwili zlikwidowano (znów pardon – zneutralizowano) terrorystę oplecionego pasem szahida? Tak, zgadli Państwo – policja rusza do energicznej walki z mową nienawiści. Czyżby służby zawiesiły czujne oko na meczetach i szkołach koranicznych, sprawdzając, czy nie dochodzi w nich do werbunku kolejnych zamachowców, a imamowie nie propagują wizji europejskiego kalifatu oraz ideologii dżihadyzmu? Ależ skąd – są inne problemy, znacznie poważniejsze. I tak oto Federalny Urząd Kryminalny (BKA) przystąpił do zwalczania prawicowego ekstremizmu na portalach społecznościowych. Jak się dowiadujemy, 23 jednostki policyjne przeprowadziły w 14 landach akcję polegającą na wparowywaniu do domów namierzonych uprzednio internetowych hejterów, rewizjach, zatrzymaniach i przesłuchaniach – w sumie potraktowano w ten sposób 36 podejrzanych.

Nam może się to kojarzyć z pamiętną historią najazdu ABW na mieszkanie „Antykomora”, jednak Niemcy jako europejski lider przodujący we wszystkich dziedzinach musiały, rzecz jasna, przedsięwzięcie zorganizować z o wiele większym rozmachem. Różnica jest taka, że u nas przynajmniej gazety i portale opozycyjne wzięły „Antykomora” w obronę. W Niemczech natomiast działania funkcjonariuszy spotkały się ze zgodnym aplauzem całego frontu medialnego, zjednoczonego w nieubłaganej walce przeciw mowie nienawiści. Ta mowa nienawiści to w ogóle szczególny wynalazek, polegający na twórczej interpretacji porzekadła „od słów do czynów”. Ponieważ nie chcemy, żeby dochodziło do nienawistnych czynów, to należy prewencyjnie zakazać potencjalnie prowadzących do nich słów – i tym sposobem zdusić hydrę nienawiści w zarodku. A że przy okazji w przestrzeni publicznej zapanuje duszący spokój knebla? Znakomicie, bo dzięki temu tym bujniej rozkwitnie wszechogarniająca miłość.

A zatem tamtejsi „antykomorzy” nie mogli liczyć na żadnych obrońców – a to z tego względu, że w Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma. Jedne tytuły wprawdzie nieco bardziej sympatyzują z socjaldemokracją, inne zaś z chadecją, lecz de facto wszystkie stanowią wielką rodzinę na usługach politycznego mainstreamu, idealnie zgodną co do tego, że żaden antysystemowy głos nie ma prawa pojawić się w oficjalnym obiegu.

2. Kampania wyborcza w pruskim stylu

Jednak od pewnego momentu pojawiło się coś wymykającego się kontroli – to internet. Istne horrendum – ludzie zaczęli komunikować się ze sobą bez odgórnej kurateli, obok tradycyjnych środków przekazu. W ten sposób doszło do oddolnego przełamania monopolu i np. obywatele poinformowali się nawzajem o zajściach podczas sylwestra w 2015 r. w Kolonii – o czym dowiedzieć się nie mieli prawa. W efekcie tego (a także wymieniania się informacjami o innych „ekscesach” imigrantów przemilczanych w głównym obiegu) w połowie 2015 r. zaufanie do mediów zjechało do 40 proc., a określenie „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”) weszło do powszechnego użycia. Do tego internet w naturalny sposób stał się trybuną wszelkich ruchów populistycznych (to zresztą ogólnoświatowy trend, bez internetowego wsparcia altprawicy Trump nie wygrałby wyborów), które dzięki temu miast wegetować na marginesie, zyskują kolejnych zwolenników i coraz śmielej rozpychają się na politycznej scenie – ze znamiennym przypadkiem Alternatywy dla Niemiec (AfD) na czele.

Nie dziwi więc, że polityczny establishment postanowił dać słuszny odpór – prócz opisanej akcji policyjnej (która wedle ministra sprawiedliwości Heiko Maasa z SPD stanowić ma „ważny sygnał”), lada dzień w Bundestagu ma być głosowany rządowy projekt ustawy nakładającej drakońskie kary finansowe na portale społecznościowe (nawet do 50 mln euro) tolerujące na swych stronach fałszywe informacje i mowę nienawiści. Operatorzy reagować mają w ciągu 24 godzin na uzasadnione zgłoszenia. A jak poznać, czy zgłoszenie jest uzasadnione? Aaa – o tym już zapewne zadecydują odpowiednie organy, choćby te, które właśnie tak dziarsko pogoniły niemieckich „antykomorów”. Dodajmy, że ustawę również przygotował wspomniany wyżej minister Heiko Maas, a całkiem niedawno (22 czerwca) z inicjatywy MSW przyjęto przepisy umożliwiające BND śledzenie treści przesyłanych za pomocą komunikatorów internetowych typu popularnego WhatsApp.

Jest to kolejny etap brania za twarz sieciowych platform komunikacji i generalnie pacyfikacji wolności wypowiedzi w internecie. A tak się przypadkiem składa, że następuje on tuż przed wejściem w decydującą fazę kampanii przed jesiennymi wyborami do Bundestagu. Intencja jest jasna i nikt nawet specjalnie jej nie ukrywa – chodzi o zablokowanie zagrażających establishmentowi sił politycznych. Jak widać, lekcja amerykańskiej wygranej Trumpa została pilnie przestudiowana i dokłada się odpowiednich starań, by podobny scenariusz nie powtórzył się między Odrą a Renem. W ten oto sposób otrzymujemy demokrację w iście pruskim stylu – wybory w cieniu cenzury.

3. Media w służbie władzy

Rozpisuję się o tym nie tylko dlatego, że to ponoć w Polsce łamane są standardy wolności mediów i prawa obywatelskie, o czym z lubością grzmią niemieccy i brukselscy politycy, odwracając uwagę Europy od własnego podwórka. Chodzi o to, że wszystkie te działania spotykają się z dość zgodnym poparciem tamtejszych mediów, które w gruncie rzeczy jawnie już pokazują, że są częścią systemu władzy przeznaczoną do roli nadzorców społeczeństwa, by temu nie strzeliło do głowy zagłosować na jakąś AfD czy inną PEGIDĘ. Mamy więc specyficzny przykład „demokracji sterowanej” – na razie wprawdzie „miękkimi” środkami, ale opisana na wstępie demonstracja siły pokazuje, że w razie czego demokratyczny niemiecki rząd nie zawaha się (przy medialnym poklasku) przy…ć komu trzeba – w obronie wolności, demokracji i wartości europejskich, ma się rozumieć.

Jakiś czas temu na portalu wPolityce.pl Aleksandra Rybińska przedstawiła ciekawą analizę rozmaitych współzależności między niemieckim (pół)światkiem dziennikarskim i politycznym – coś w stylu pamiętnego obrazka Moniki Olejnik wsiadającej do samochodu Urbana. Otóż funkcjonują tam tzw. kręgi składające się z przedstawicieli mainstreamowych opcji politycznych i „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy. Owych „kręgów” działających na zasadzie elitarnych klubów uzupełniających się przez kooptację jest obecnie ok. 12, a ich członków obowiązuje bezwzględna omerta. To właśnie tam politycy w przyjacielskiej atmosferze, podczas luźnych kolacyjek, przedstawiają starannie wyselekcjonowanym i zaufanym dziennikarzom swój punkt widzenia na różne sprawy, który następnie jest przekuwany na odpowiedni medialny przekaz urabiający opinię publiczną. Dla dziennikarza przynależność do takiego klubu oznacza zawodową nobilitację, zatem naturalnie stara się on zaspokoić oczekiwania zapraszających go kolegów i polityków. Reprezentują oni wszystkie najważniejsze tytuły i koncerny medialne, co oczywiście stawia ich w roli jednego z elementów aparatu władzy – już Konrad Adenauer nazwał „kręgi” „jednym z najważniejszych instrumentów sterowania państwem” i można się domyślać, że od tamtego czasu ta zażyłość na styku media–polityka jedynie się pogłębiła.

Jednakże prócz zarządzania wewnętrznego, niemieckie koncerny medialne spełniają również istotną funkcję w polityce zagranicznej – i to w prawdziwie kolonialnym stylu. Podbijając rynki krajów Mitteleuropy, mają za zadanie, mówiąc wprost, trzymać w ryzach tubylców, żeby się nie zbiesili, i utwierdzać ich w permanentnym poczuciu niższości względem „metropolii” – oraz stawiać za wzór sukcesu i europejskości rozmaitych jurgieltników, którzy dzięki gorliwej wysłudze dochrapali się z łaski Berlina jakichś intratnych synekur. Wiadomy list dyrektora wiadomego koncernu do polskich podwładnych jest tu wymownym przykładem – aczkolwiek jeśli tylko nazwać rzeczy po imieniu, koncern ten bardzo się denerwuje i grozi pozwami. Ostatnio zaś inny szef tego samego koncernu w wywiadzie dla szwajcarskiej gazety przyznał, że jego polskie interesy znacznie ucierpiały („milionowe straty”) wskutek wycofania reklam przez państwowe spółki, lecz mimo to nie zamierza wychodzić z Polski. I tym właśnie różni się projekt polityczny od projektu biznesowego. Gdy biznes przynosi straty, wdraża się plan naprawczy albo po prostu zamyka interes. W przypadku projektu polityczno-ideologicznego straty finansowe są „wliczone w koszta” i utrzymuje się biznes niezależnie od słabych wyników finansowych. Władze koncernu liczą zapewne na ponowne przejęcie rządów przez opcję proniemiecką, dzięki której pieniądze znów popłyną szeroką rzeką, wynagradzając obecne chude lata – i na rzecz tego będą pracować ile sił. Oby się przeliczyli.

PN.PL/JB

stempel rp 2X96