„Wojnę dziedziczy się z genami”. Pocztówki z Powstania znanych i lubianych

fot

Cezary Harasimowicz, Zofia Czerwińska i Adam Fidusiewicz (fot. arch.PAP/Stach Leszczyński/Krzysztof Kurek/Ireneusz Sobieszczuk)
(fot. arch.PAP/Alamy)

Choć od dramatycznych wydarzeń Powstania Warszawskiego minęły już 73 lata, co roku przeżywają je nie tylko ich uczestnicy. Okazuje się bowiem, że trauma wojny niczym choroba genetyczna przechodzi z pokolenia na pokolenie. – Moja córka zauważyła, że to piętno jest nawet w niej, choć od zakończonej walki dzieli ją kilkadziesiąt lat – przyznaje scenarzysta Cezary Harasimowicz. O tym, dlaczego ten fragment naszej historii budzi tak silne emocje świadczą losy bohaterów i ich rodzin w książce Wiktora Krajewskiego „Pocztówki z powstania”.

Stres, niepewność i bezsilność, ale też wielka wiara oraz sprzeciw wobec ciągłego upokarzania ze strony okupanta łączyły tych wszystkich ludzi, którzy 1 sierpnia w godzinę „W” stawili opór, narażając życie swoje i swoich bliskich. To pokolenie tzw. Kolumbów, które dorosłość osiągało już w trakcie wojny, przez co uważane było za stracone, tchnęło ducha i nadało sens powstańczemu zrywowi.

Jedną z przedstawicielek tej licznej i odważnej grupy jest Krystyna Królikiewicz-Harasimowicz, córka majora Adama Królikiewicza, brązowego medalisty igrzysk olimpijskich w Paryżu w 1924 roku oraz matka Cezarego Harasimowicza, scenarzysty, aktora i pisarza. Jej bogatą wojenną historię w książce Krajewskiego przytacza ten ostatni. – Mama aż trzy razy uniknęła śmierci, w tym dwa razy udało jej się uniknąć rozstrzelania – podkreśla.

Młody Cezary Harasimowicz z mamą Krystyną Królikiewicz-Harasimowicz (fot. Cezary Harasimowicz/fb)

Fałszywa pianistka i połknięty meldunek

Aresztowano ją wraz z rodzicami niedługo po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich i tylko dzięki trzeźwej głowie i kłamstwu matki cała trójka uniknęła rozstrzelania. – Babcia zeznała, że jest nauczycielką gry na fortepianie, a Rosjanie mieli i nadal mają wielki szacunek do artystów. Tak uratowała ich przed śmiercią – wspomina Harasimowicz. W latach 1942-1944 Krystyna Królikiewicz była łączniczką i kursowała pociągami na linii Kraków-Warszawa, przewożąc meldunki oraz prasę podziemną.

Udawało się to aż do momentu, gdy gestapo wkroczyło do jej domu i zabrało na przesłuchanie. – Dopiero w samochodzie mama przypomniała sobie, że ma w torebce meldunek, a na nim adresy, kontakty i nazwiska. Wykorzystała chwilę nieuwagi i połknęła kartkę – opowiada jej syn. W więzieniu na Montelupich w Krakowie doświadczyła okrutnych przesłuchiwań oraz zamknięto ją w celu z kilkudziesięcioma innymi kobietami. Udało się ją uwolnić dzięki przypadkowemu spotkaniu jej ojca z esesmanem von Felendem, który pamiętał go jeszcze z zawodów sportowych przed wojną i postanowił wyświadczyć mu przysługę.

Z poświeceniem zdrowia i życia walczono o każdy metr okupowanej stolicy (fot. arch.PAP/CAF)

Bomba, gwałt i egzekucja

1 sierpnia 1944 roku 23-letnia Krystyna, podobnie jak reszta młodych była gotowa do walki i miała przekazać tajną wiadomość o godzinie „W” swojemu zgrupowaniu „Odwet”. Niestety nie miała dostępu do telefonu. Spróbowała skorzystać z aparatu swojej przyjaciółki sanitariuszki, ale łączność była już zerwana. Wówczas to zetknęła się z pierwszą ofiarą Powstania, którą był młody jasnowłosy chłopak. – Kiedy wbiegała do klatki, stał i spokojnie przeczesywał się srebrnym grzebieniem. Gdy wybiegła, leżał już martwy – przytacza jej relację Harasimowicz.

W czasie walk ukrywała się, podobnie jak setki warszawiaków w schronie pod ziemią, niekiedy opuszczając go. Gdy raz poszła odwiedzić koleżankę, żeby choć przez chwilę przespać się w „ludzkich warunkach”, w kamienicę, gdzie przed chwilą przebywała, trafiła bomba.

Niemcy w czasie Powstania wypędzali mieszkańców Warszawy z ich mieszkań, więc Krystyna Królikiewicz nie czekała dłużej i skierowała się w stronę obozu przejściowego. Po drodze natknęła się na pijanych własowców, którzy próbowali ją zgwałcić. Uratował ją… kolejny esesman, a nawet odprowadził we wskazanym kierunku. Na tzw. Zieleniaku znów cudem uniknęła śmierci, gdy postawiono ją pod ścianą do rozstrzelania. – Uratował ją pijany Ukrainiec, który zauważył medalion na łańcuszku. W trakcie szarpaniny udało jej się uciec spod linii strzału – opisuje z przejęciem syn. Potem trafiła do obozu w Pruszkowie, skąd wywieziono ją do Niemiec.

Zofia Czerwińska w czasie Powstania była 11-letnią dziewczynką (fot. arch.TVP/Jan Bogacz)

Niemiecki pies uratował jej życie

W obozie w Pruszkowie finał swojej powstańczej gehenny miała również Zofia Czerwińska, aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. Losy Powstania pamięta z perspektywy dziecka, ponieważ w momencie wybuchu miała 11 lat i przebywała na wakacjach w Józefowie. 1 sierpnia, zupełnie nieświadoma, co może się wydarzyć tego dnia, została przez matkę wyprawiona do stolicy na lekcję gry na pianinie. Towarzyszył jej jedynie pies Ihr. Znalezione przez ojca ranne zwierzę, tresowane było przez Niemców przeciwko Żydom. – Nie przypuszczałam wtedy, że przez długi czas nie zobaczę ani mamy, ani taty, tylko wpadnę w wir tragicznych wydarzeń – wspomina po latach.

Dodaje też, że „nieważne, czy była wojna, czy też nie, ale psa wyprowadzić należało”. – Pewnego dnia, gdy na ulicy Piusa odbywały się wzmożone walki powstańcze, niespodziewanie Ihr rzucił się na mnie, powalił na ziemię i przykrył sobą. Poczułam tylko lekki ból, bo zostałam draśnięta odłamkiem kuli w prawą rękę. Mój pies przyjął na siebie nabój, który prawdopodobnie zabiłby mnie – opisuje zdarzenie Czerwińska.

Gdy ostrzał ustał, wydostała się spod martwego psa i zauważyła kawał skóry zwisający bezwładnie z prawej ręki. Szkolona przez ojca lekarza przemyła i opatrzyła ranę. Choć zmieniała opatrunki codziennie, to po miesiącu postrzał zaczął ropieć. Przed głodem ją oraz lokatorów kamienicy uratowały babcine weki, które piętrzyły się w ich mieszkaniu aż po sufit.

Powstańcy spożywający posiłek (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)

Cudowne spotkanie w obozie

Gdy Powstanie padło spakowała plecak z jedzeniem, biżuterię oraz wszystkie pieniądze i wraz z babcią, wiezioną przez syna dozorcy na taczce, ruszyły do Pruszkowa. – Jedzenia wystarczyło na 2,5 dnia, dzięki czemu żadne z nas nie zaznało głodu w czasie drogi – podkreśla aktorka. Tej podróży nie wspomina jednak dobrze, ponieważ upał lał się z nieba, bolała ręka, miała gorączkę i była ledwo żywa. – Miałam 11 lat, siwe włosy na głowie, ułamany ząb, chuda jak patyk, a na całym ciele pojawiły się wrzody – wylicza.

W kolejce do selekcji musiała stać aż cztery dni, cały czas nie wiedząc, co ją czeka, ani jaki los spotkał jej rodziców. – Wtedy zobaczyłam mojego tatę. Mimo ogromnej chęci rzucenia się mu w ramiona, powstrzymałam się, bo byłby to nasz koniec. On z kamienną twarzą udał, że mnie nie zna, bo miał już genialny pomysł w głowie – opowiada Czerwińska. Wymyślił, że żona jest ciąży i za chwilę rodzi, więc taka dziewczynka przyda im się do pomocy. Niemiec spojrzał na małą Zofię, machnął ręką i pozwolił mu ją zabrać ze sobą. – W obozie w Pruszkowie odegrałam swoją pierwszą dramatyczną rolę aktorską – chwali się po latach.

Adam Fidusiewicz bardzo chęnie przyjmuje role w historycznych produkacjach (fot. arch.TVP/Ireneusz Sobieszczuk)

Wyrok na całą rodzinę

– Jako małe dziecko cały czas zadręczałem rodziców i wujka Leszka pytaniami: „Gdzie jest mój dziadek?”, „Co się z nim stało?”. Za każdym razem słyszałem jedną i tę samą odpowiedź: „Dziadek zginął na wojnie” – przyznaje Adam Fidusiewicz, aktor i muzyk. Żałuje on bardzo, że nie miał okazji poznać dziadka Stefana, o którym pamięć w rodzinie jest pielęgnowana w każdy możliwy sposób. Ojca nie pamiętają nawet jego synowie, bliźnięta Jerzy i Leszek. – Gdy Niemcy pozbawili mojego tatę życia, miałem półtora roku – mówi ten drugi.

Gdy wybuchła wojna Stefan Fidusiewicz wraz z żoną nie chcieli siedzieć bezczynnie i rzucili się w wir pracy w Armii Krajowej. Nieraz w związku z tym narażali życie, jak wtedy gdy ojciec Jerzego i Leszka uciekł ścigającym go Niemcom, wsiadając w ostatniej chwili do tramwaju. – Z czasem okupant wydał wyrok na całą naszą rodzinę, łącznie z nami – zauważa Leszek Fidusiewicz. Dlatego też bardzo często zmieniali adres zamieszkania, zawsze po praskiej, bezpieczniejszej stronie Warszawy.

Leszek Fidusiewcz uchodzi za najlepszego fotografa sportu (fot. fb/Leszek Fidusiewicz)

Poległ w walce czy uciekł od żony?

Stefan Fidusiewicz o wybuchu powstania wiedział znacznie wcześniej, dlatego że w Puszczy Kampinoskiej szkolił żołnierzy AK. Przed samą godziną „W” kazał żonie z synami wyjechał na wieś między Mogielnicą a Brzostowcem, gdzie pod swój dach przygarnął ich miejscowy chłop. Przez 63 dni nie mieli oni żadnej wiadomości, co się z nim dzieje. – Matka, jadąc do stolicy, przygotowywała się, że prawda może okazać się bardzo dotkliwa. I nie myliła się. Ojciec poległ w walce – przyznaje syn Leszek.

Chociaż rodzina bardzo pragnęła dowiedzieć się, gdzie tak naprawdę zginął, żadne organizacje, nawet Czerwony Krzyż, nie potrafiły pomóc. – Zawsze później razem z bratem staraliśmy się rozładować atmosferę w domu i żartowaliśmy, że tata prysnął od mamy, bo miał dosyć już tego wszystkiego i ukrywa się pod zmienionym nazwiskiem – żartuje Leszek Fidusiewicz. Wojenni świadkowie po latach wyznali, że jego ojciec przeprawiał się ze swoim oddziałem na praską stronę z Cypla Czerniakowskiego i pech chciał, że trafiły go kule z ostrzału. Później w szpital, do którego go przewieziono trafiła bomba. Zagadki z miejscem jego pochówki nie da się już rozwikłać.

  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • Udzielanie pomocy rannemu na ulicy (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • płonący gmach PAST-y (fot. arch.PAP/Alamy)
  • Zdobyty przez powstańców transporter opancerzony, zwany później „Szarym Wilkiem” (fot. arch.PAP/CAF)
  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • Ludność cywilna opuszcza gruzy Warszawy po ustaniu walk powstańczych (fot. arch.PAP/CAF)
  • (fot. NAC/Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji)
  • Rozdawanie chleba dla wypędzonych mieszkańców Warszawy (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • Wizyta biskupa Antoniego Szlagowskiego i nuncjusza apostolskiego Filippo Cortesiego w obozie przejściowym Durchgangslager (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • Transport do Pruszkowa (fot. fb/Powstańcze Biogramy Muzeum Powstania Warszawskiego)
  • Pruszków (fot. fb/Milczący świadkowie)
  • Pruszków (fot. fb/Warszawskie Stowarzyszenie Historyczne „Szaniec”)
  • Pruszków (fot. fb/Milczący świadkowie)
  • Uczestniczki powstania warszawskiego jako strażniczki po wyzwoleniu z obozu jenieckiego (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • W podwarszawskim Ożarowie Mazowieckim podpisano akt kapitulacji Powstania Warszawskiego (fot. arch.PAP/CAF)
  • Transport mieszkanców Warszawy z obozów przejściowych w Pruszkowie (fot. arch.PAP/CAF)
  • Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)

Od wybuchu Powstania Warszawskiego minęły 73 lata

stempel rp 2X96
Reklamy