Koniec sądokracji! Dlaczego Polacy nie będą umierać za przywileje sędziowskie

 

fot: pixabay.com fot: pixabay.com

Sędziowie przyzwyczaili się, że ich przywileje są nienaruszalne. Podobnie myśleli oligarchowie i magnaci w I RP, gdy oni balowali, a lud pracował i zbierał baty od swoich panów. Podobnie jest w przypadku wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie jako korporacja przez ostatnie  27 lat transformacji ustrojowej pokazali, że nie spełniają tej roli, jaką sądy powinny pełnić w demokracji. Nie bronili obywateli, jako słabszych, przed państwem, ale stawali po stronie silniejszego, wbrew prawu.

– Sędziowie stworzyli w Polsce niemal wzorcową kritarchię, czyli ustrój, w którym realna władza należy do nich. Świadectwem tego ustroju była przede wszystkim bezkarność kasty rządzącej. Sędziowie przyłapani na pospolitych przestępstwach często karani są tylko… przeniesieniem do innego sądu. Mamy aż 10 tys. sędziów, chociaż blisko dwa razy większa Francja ma ich połowę mniej. Wydajemy również prawie najwięcej na sądownictwo (proporcjonalnie do zamożności państwa). Ale wynik jest żałosny, bo pod względem oczekiwania na wyrok jesteśmy też na drugim miejscu, tyle że od końca. Nasi sędziowie rzeczywiście byli niezawiśli, ale od pracy i odpowiedzialności. Oczywiście nie wszyscy, bo duża część sędziów wykonuje swój zawód zgodnie z powołaniem. Jednak nie ma narzędzi ani woli korporacji sędziowskiej jako całości, aby pozbyć się „czarnych owiec”. W Polsce wciąż w kluczowych sprawach liczy się nie sprawiedliwość czy znajomość prawa, ale układy towarzyskie i finansowe. Ludzie to doskonale rozumieją. Sędziowie, którzy wezwali na pomoc społeczeństwo do obrony ich przywilejów, są poniekąd jak książątka i magnateria, która w obliczu rozbiorów Rzeczpospolitej przypomniała sobie o chłopie pańszczyźnianym i zaczęła apelować do patriotycznych uczuć tego stanu, aby bronił ojczyzny przed zaborcami. Chłopi jednak niespecjalnie się tym apelem przejęli, bowiem pod rządami magnaterii I RP byli de facto niewolnikami.
Podobnie dziś zwykli ludzie kompletnie w nosie mają jęki kasty sędziowskiej, że ktoś dokonuje zamachu na ich przywileje. Z kolei dla PiS-u, głoszącego potrzebę sanacji państwa i zniszczenia quasi-mafijnych układów rządzących naszym krajem, kasta sędziowska stała się symbolem owej „zaukładzionej” Polski, łączącej czasy pookrągłostołowe z obecnymi. Zepchnięcie ich w niebyt i podważenie resztek autorytetu Jarosław Kaczyński traktuje jako historyczną konieczność, tak jak francuscy jakobini traktowali zgilotynowanie Ludwika XVI w 1793 r. I zrobi to.

Trybunał na szafot

Za pierwszy „rozbiór sądowy” w polskiej sądokracji uważane jest przejęcie przez polityków PiS-u kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym. Niesłusznie. Utworzony w schyłkowym PRL-u (działalność rozpoczął w 1986 r.), miał być w założeniu bezpiecznikiem komunistów dzielących się władzą z koncesjonowaną opozycją. Chodziło o to, że jakby coś poszło nie tak w parlamencie, to była jeszcze instytucja, która mogła bronić system. Stabilności miały strzec 9-letnie kadencje sędziów TK. Gdy w Konstytucji z 1997 r. stwierdzono, że orzeczenia TK są ostateczne, dla politologów stało się jasne, iż powstała
III izba parlamentu wybierana przez polityków. Ponieważ wybory parlamentarne odbywały się co 4 lata, a kadencje sędziów trwały 9 lat, to aby faktycznie zmieniać coś w Polsce, trzeba było rządzić 3 kadencje. Było to mało realne i właśnie o to chodziło. Pretekst do obalenia TK dała jednak sama Platforma Obywatelska, która mając w 2015 r. świadomość, że traci władzę, postanowiła wybrać kilku sędziów „na zapas”, tak aby nowy parlament, w którym spodziewano się, że rządzić będzie PiS, miał przeciwko sobie zdecydowaną większość sędziów TK. Gdyby środowisko sędziów nie pozwoliło PO na bezczelną próbę zawłaszczenia TK, to zadanie Kaczyńskiego i PiS-u byłoby znacznie trudniejsze.

Nie pomogły noty dyplomatyczne czy próby pozyskania pomocy z zagranicy. TK został przejęty skutecznie przez PiS. Sędziowie naiwnie liczyli, że PiS się tym zadowoli, że dadzą radę jego rządy przeczekać. Można nie lubić PiS-u, ale przecież kiedyś każda większość się kończy. Nasza „oligarchia” sędziowska liczyła na to, że kolejny rozbiór nie nastąpi, a za 4 lata znów poleje się szampan.

II rozbiór sądowy

Prawdziwym szokiem dla środowiska sędziowskiego jest reforma Sądu Najwyższego, sądów powszechnych oraz Krajowej Rady Sądownictwa. Sędziowie przyzwyczaili się, że ich przywileje są nienaruszalne. Podobnie myśleli oligarchowie i magnaci w I RP, gdy oni balowali, a lud pracował i zbierał baty od swoich panów. Podobnie jest w przypadku wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie jako korporacja przez ostatnie 27 lat transformacji ustrojowej pokazali, że nie spełniają tej roli, jaką sądy powinny pełnić w demokracji. Nie bronili obywateli, jako słabszych przed państwem, ale stawali po stronie silniejszego, wbrew prawu. Dlaczego w Polsce nie było reprywatyzacji i prawowici właściciele sprzedawali za bezcen swoje roszczenia? Bo gdy zwykli ludzie szli do sądu, to na ogół zamiast sprawiedliwości, czekało na nich szyderstwo i kpina. Dla kasty sędziowskiej podsądny czy też strona sporu to kłopotliwy petent, którego trzeba się pozbyć, bo zajmuje czas.

Dopiero teraz, gdy politycy PiS-u na polecenie Jarosława Kaczyńskiego sięgają po ich przywileje, przypomnieli sobie o narodzie. Nie ma końca apeli o walkę o wymiar sprawiedliwości czy niezawisłość i niezależność sędziowską. Ewidentnie bowiem brakuje szabel do obrony jedynego słusznego zastanego stanu.
Na pomoc sędziowskiej magnaterii (bo wbrew pozorom część zwykłych sędziów popiera po cichu zmiany) pośpieszyli prawnicy (coś w rodzaju mieszczaństwa, gdyby trzymać się porównań do I RP), którzy ochoczo przyszli pod siedzibę Sądu Najwyższego z świeczkami lub aplikacjami mobilnymi imitującymi świeczki (sic!). Stawili się mecenasi i aplikanci. Słowem – ludzie prawa.

Jednak i do nich zwykli Kowalscy chowają urazę i niechęć. Radcy prawni, adwokaci, prokuratorzy, komornicy i notariusze przez lata brali wzór z sędziów i podobnie jak oni wyciskali Polaków niczym cytrynę. Stale podnosili swoje dochody i liczyli na to, że takie czasy nigdy się nie skończą. Ale połączone siły sędziów i prawników to za mało na powstrzymanie rozbiorów zaplanowanych przez Kaczyńskiego. Ostatnie manifestacje zjednoczonej opozycji zgromadziły niecałe 5 tys. ludzi. Czyli aż 12 razy mniej niż skromne wojsko I RP czasów rozbiorowych, które nie miało szansy na powstrzymanie rozbiorów. Pytanie, jaki apel do ludu przygotują sędziowie dla obywateli, gdy w końcu zrozumieją, że bez poparcia mas ich walka nie ma sensu i należy jakoś chłopstwo przekupić. Jak pokazał Uniwersał Połaniecki, wydany przez Tadeusza Kościuszkę i nadający chłopom pańszczyźnianym pewne prawa i wolności, gdy trwa wojna, to takie granty są mało wiarygodne i traktowane tak, jak być powinny, jako nieszczere.

Sędziowie otwarcie włączyli się w rozgrywkę polityczną, porzucając resztki dobrego smaku w szufladach sądowych ław. Kurtyna opadła i już nikt nie ma wątpliwości, kto z nami, a kto przeciw nam.

Panowie życia i śmierci w togach przez lata decydowali o losach polskich rodzin. Rozdzielali je, skazywali na więzienie niewinne osoby, a morderców i pedofilów wypuszczali na wolność. Chronili oszustów i kanciarzy. Nic dziwnego, że zwykły Kowalski nie chce umierać za kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznej pensji prezes Sądu Najwyższego. Podobnie jak polskich chłopów w XVIII w. nie obchodziły rozbiory, tak dziś społeczeństwa nie obchodzi, co PiS robi z sądami.

Mało tego. Działania PiS-u wobec sądów są traktowane jako przejaw dziejowej sprawiedliwości i obserwowane z przyjemnością (jak wspomniana egzekucja Ludwika XVI). Rozbiory polskich sądów są bowiem szansą na normalizację wymiaru sprawiedliwości. W najgorszym wypadków sędziów sympatyzujących z PO i z salonem zastąpią sędziowie sympatyzujący z PiS-em. Tak więc, Panowie i Panie Sędziowie, czy chcecie, czy nie, wypijecie piwo, które ważyliście przez ostatnie 27 lat.

PN.PL/JB

stempel rp 2X96

Reklamy