Miesiąc: Lipiec 2017

Skończą z awanturami? Obywatele RP zostali wezwani przez MSWiA do zaprzestania naruszania prawa

autor: fot. wPolityce.pl
autor: fot. wPolityce.pl
Związana z organizacją Obywatele RP Fundacja Wolni Obywatele RP została wezwana do zaprzestania naruszania prawa oraz swojego statutu; w innym razie fundacji może grozić sprawa w sądzie o zawieszenie zarządu i wyznaczenie zarządcy przymusowego – poinformowało w poniedziałek MSWiA.

PATRIOCI, PATRIOTY i PROCA DAWIDA

Zamiast szumnie reklamowanych Patriotów w rzeczywistości zamawiamy dyskretnie przemilczaną Procę Dawida – zamiast amerykańskiego kupujemy izraelskiego kota w worku. A warszawskie władze i media podtrzymują w tej sprawie wielkie i kosztowne iluzje.

Z każdym zdaniem wypowiadanym przez prezydenta Donalda Trumpa na placu Krasińskich, z każdym wybuchem aplauzu ze strony wdzięcznej publiki narastała autentyczna groza tamtej chwili. Bo skoro Amerykanie uznali za stosowne tak bardzo nas dowartościować – to czego teraz będą chcieli za te wszystkie miłe polskim sercom słowa? Sprawa zaczyna się wyjaśniać znacznie szybciej, niż mogli spodziewać się najwięksi nawet sceptycy. Że Waszyngton nie jest wobec nas szczery w swoich komplementach, to jednak tylko pół biedy – cały problem w tym, że Polaków równie konsekwentnie dezinformuje Warszawa. Politycy dobrej zmiany i działający w ich otulinie propagandowej publicyści w tej sprawie nadal uporczywie oszukują samych siebie albo polską opinię publiczną – co wychodzi na jaw w toku żenującego festiwalu egzaltacji i manipulacji w sprawie strategicznych inwestycji zbrojeniowych.

Oto okazało się, że po tryumfalnym ogłoszeniu bliskiej finalizacji kontraktu na zakup amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej ostatecznie Wojsko Polskie ma zaopatrywać się w antyrakiety izraelskie. Szczegół ten (ładny szczegół, raty liczone w miliardach dolarów!) został tradycyjnie przemilczany przez wszystkie media polskojęzyczne, które wcześniej tak chętnie i wydajnie zaangażowały się w festiwal dezinformacji, gdzie jako główny wabik na naiwnych patriotów posłużyły właśnie legendarne Patrioty. Kiedy Air Force One z prezydentem Trumpem na pokładzie lądował na Okęciu, puszczona została w obieg tryumfalna wieść o tym, że „jeszcze tej nocy” podpisana zostanie „umowa na zakup” sprzętu, którego posiadanie będzie skuteczną „gwarancją bezpieczeństwa Polski”.

Szybko okazało się, że nie umowa, lecz raczej wstępna promesa, że Amerykanie w istocie do niczego się jeszcze nie zobowiązali, że terminy pierwszych dostaw przewidziane są na rok 2022/23, a w ogóle o pełnej zdolności operacyjnej można będzie mówić za 10 lat (jak przyznał kilka dni później wiceminister obrony narodowej Kownacki). Ale te konkretyzujące informacje (składające się na czytelny przekaz, że na razie mowa o gruszkach na wierzbie przyobiecanych w grudniu po południu) w niczym jakoś nie zmniejszyły patriotycznego zapału na fali trumpoentuzjastycznej propagandy. Jeszcze tydzień później sam minister Macierewicz utrzymywał, że kupujemy rakiety najnowszego typu i że dzięki temu otrzymamy wreszcie dostęp do amerykańskiej technologii. I otóż wszystko wskazuje na to, że pierwszą ratę, około miliard dolarów, zainkasują najprędzej nie Amerykanie, lecz Izraelczycy.

Ale czemu znów tak ciekawe i ważne wiadomości pojawiły się wyłącznie na obcojęzycznych portalach (patrz np.: http://www.jpost.com/Israel-News/ Poland-to-buy-Israeli-made-Patriot-missiles-499233, albo: https://www.ynetnews.com/articles/0,7340,L-4986 597,00.html)? Informacje tam publikowane zdają się mocno skonkretyzowane: „Poland to buy US Patriot system with Israeli-made missiles” („Polska ma zakupić amerykański system Patriot z rakietami produkowanymi w Izraelu”) – i dalej: „Warszawa nalega [sic!] na zakup pocisków systemu przechwytującego Proca Dawida ze względu na ich znacząco niższą cenę i lepsze osiągi. Izraelski koncern Rafael, który opracował ten system wspólnie z amerykańskim koncernem Raytheon, może się spodziewać zarobku w wysokości miliarda dolarów od tego kontraktu”.

A może to istotnie najlepsze rozwiązanie? Może rzeczywiście nasze bezpieczeństwo ma się radykalnie zwiększyć, a budżet tyle zaoszczędzić na zakupie tańszego sprzętu z państwa położonego w Palestynie? Cóż za niespotykanie korzystny interes: za cenę jednego pocisku typu Patriot można podobno kupić aż dziesięć Dawidów (po 450 tys. dolarów sztuka). Ale jeśli to wszystko tak pięknie się układa, to czemu MON nie reklamuje tak wielkiego sukcesu – nie chwali się swą przezornością i gospodarnością?

I czemu milczą o tym media polskojęzyczne – całkiem zgodnie i solidarnie, zarówno te pro-, jak i antyrządowe? Ba, nawet portale specjalizujące się w militariach i technikaliach – wszystkie w tej akurat sprawie nabrały wody w usta. Jest, owszem, jeden sprawiedliwy – niezawodna „Bibuła” odnotowała: „Izraelskie rakiety dla Polski w nowej umowie z USA” (patrz: http://www.bibula.com/?p=96 676). Ale poza tym – kompletna cisza w eterze. A przecież jest co rozważać – i to nie tylko mając na uwadze kolosalny wymiar finansowy tej transakcji, ale także, a może przede wszystkim jej wymiar geostrategiczny.

Czy rzeczywiście system obrony antyrakietowej z importu uczyni Polskę bezpieczną od zagrożenia atakiem rakietowym ze Wschodu – to jedna kwestia w najwyższym stopniu problematyczna. Nie tylko ze względu na bliskość położenia ewentualnych nieprzyjacielskich wyrzutni, ale także i z tego względu, że żaden z tych kosztownych sprzętów nie przeszedł jeszcze takiej akurat próby ogniowej na realnym polu walki. Więc co do możliwości strącania rakiet rosyjskich przez amerykańskie czy żydowskie antyrakiety – to pozostaje ona czysto teoretyczna. Żadnego Iskandera nie trafił jeszcze żaden Patriot ani tym bardziej żaden Dawid – bo po prostu nie było jeszcze, chwała Bogu, takiej wojennej potrzeby. Ale nawet jeśli w tej sprawie uwierzymy naszym kontrahentom na słowo, to poważna różnica jest taka, że amerykańskie Patrioty są w obiegu już ponad cztery dekady (projektowane w latach 60., testowane w latach 70., zdolność bojową uzyskały w połowie lat 80.) – więc przynajmniej wiadomo, że w ogóle istnieją i działają. Tymczasem izraelski system obrony przeciwpowietrznej Proca Dawida wciąż jeszcze nie osiągnął fazy operacyjnej – jest nadal testowany. Czyżby Izraelczycy wpadli na doskonały biznesowy pomysł dokończenia tego projektu w sposób „samofinansujący się” – na nasz koszt? Stąd nie jest wcale oczywiste, czy naprawdę należy się cieszyć się, że to my jako pierwsi nabędziemy tego kota w worku (patrz np.: http://www.defconwarningsystem.com/phpBB3/viewtopic.php?t=10 266): „Poland to Become First Importer of Israel’s David’s Sling Missile Defense” („Polska ma się stać pierwszym importerem izraelskiego systemu obrony Proca Dawida”).

Gdyby nawet Proca Dawida miała okazać się naprawdę tak skuteczna w działaniu, a jej zakup tak nieprawdopodobnie okazyjny, to i tak są poważne powody, by zawarcie tego kontraktu uznawać za pomysł najgorszy – wręcz groźny dla bezpieczeństwa państwa. Warto w tym kontekście przypomnieć, jak przykrą niespodziankę sprawili izraelscy kontrahenci Gruzinom w połowie poprzedniej dekady, sprzedając im najpierw sprzęt bojowy, czym skutecznie przyczynili się do eskalacji wojennej – a następnie, jak wieść niesie, przekazując klucze elektroniczne Rosjanom. W rezultacie skuteczność izraelskich cudów techniki w konfrontacji z Moskalami okazała się zerowa. Być może to właśnie ten mały psikus kosztował Gruzinów przegraną wojnę w 2008 r. zakończoną zaborem części terytorium.

Być może nasz minister obrony narodowej naprawdę wierzy, że poprzez ten polsko-izraelski kontrakt stulecia otwiera Polskę na amerykańską technologię – byle nie na przestrzał…

Grzegorz Braun • polskaniepodlegla.pl
fot. youtube

stempel rp 2X96

Niemcy drżą. Te media dotknie repolonizacja

Oto lista prezesa Kaczyńskiego

Niemieckie wpływy na polską opinię publiczną są bardzo poważnie zagrożone. Prezes partii rządzącej, Jarosław Kaczyński, jest bardzo zdeterminowany w kwestii repolonizacji mediów. Nasz rynek prasy w ostatnich dekadach był stopniowo opanowywany przez kapitał niemiecki i szwajcarski. 

Wiemy już, które wydawnictwa najprawdopodobniej w największym stopniu dotknie repolonizacja, którą Prawo i Sprawiedliwość planuje już od początku kadencji, a politycy ugrupowania rządzącego zapowiadali już w kampanii wyborczej.

Po pierwsze – wydawcy z dominującym kapitałem zagranicznym. Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał, że jego zdaniem kapitał ma narodowość, a właściciele mediów z zagranicznym kapitałem używają ich do walki politycznej w Polsce. Innego zdania jest opozycja, która stara się przekonać Polaków, że Niemcy – mając w rękach ogromne siły masowego przekazu – nie wykorzystują tego.

Największymi wydawcami z przeważającym udziałem kapitału zagranicznego są: szwajcarsko-niemiecka grupa Ringier Axel Springer, czyli RASP (właściciel Onetu, Faktu, Newsweeka, Przeglądu Sportowego), niemieckie Bauer Media (RMF, Interia, prasa kolorowa) i grupa Polska Press (prasa lokalna i regionalna). Na rynku telewizyjnym dominuje należąca do Amerykanów ze Scripps Networks Interactive Grupa TVN. Na rynku radiowym mamy francuski Eurozet, nadający Radio Zet i Antyradio.

Szczególnie zawłaszczony jest rynek prasy lokalnej i regionalnej. Internauci coraz poważniej zastanawiają się, jaki wpływ takie media miały na wybory samorządowe. Przypomnijmy, że w większości regionów w Polsce rządzi PO, która przecież od lat jest kompromitowana informacjami o kolejnych aferach, nagraniami itp.

W maju zeszłego roku prezes Kaczyński mówił, że media powinny „być polskie w możliwie największym procencie”. – Nawet i 100 proc. byłoby dobre, ale kilkuprocentowy udział (kapitału zagranicznego – red.) nie byłby niczym zagrażającym – mówił podczas chatu z internautami.

Przypomnijmy, że niemieckie prawo zabrania przejmowania wysokonakładowych tytułów przez kapitał nieniemiecki.

Marcin Palion • newsweb.pl

JB – stempel rp 2X96

„Wyzwolenie stolicy własnym, polskim wysiłkiem zbrojnym miałoby donośne znaczenie”!

fot

Podjęcie Walki o Warszawę było według Okulickiego ostatnią może okazją stoczenia walki z Niemcami (fot. arch.PAP/CAF)

– Gdybyśmy zachowali się biernie, Warszawa nie uniknęłaby zniszczeń i strat. Musieliśmy się liczyć z tym, że jeśli stolica stanie się polem bitwy i walk ulicznych między Niemcami a Sowietami, może ją czekać los Stalingradu – mówił na antenie Radia Wolna Europa gen. Tadeusz Bór-Komorowski.

„ŻOŁNIERZE STOLICY! Wydałem dziś upragniony przez Was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim. Po pięciu blisko latach nieprzerwanej walki, prowadzonej w podziemiach konspiracji, stajecie dziś otwarcie z bronią w ręku, by ojczyźnie przywrócić wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie dokonane na ziemiach Polskich.”

Tak brzmiała decyzja o wybuchu powstania warszawskiego opublikowana w „Biuletynie Informacyjnym”. Powstania, którego nie było w pierwotnym planie „Burzy”. – W drugiej połowie lipca, 21 względnie 22, szef operacji generał Okulicki referując dowódcy i szefowi sztabu Armii Krajowej sprawy dotyczące jego działu wysunął wniosek zmiany zadania dla okręgu Warszawa-Miasto w ramach akcji „Burza”. Pierwotny plan przewidywał przegrupowanie oddziałów okręgu poza miastem celem wykonania uderzenia na tylne straże sił niemieckich ustępujących z Warszawy. Zmiana zadania, którą zaproponował generał Okulicki, polegała na powierzeniu okręgowi Warszawa-Miasto wykonania w ramach planu „Burza” zadania przewidzianego na wypadek powstania powszechnego, to jest opanowania stolicy uderzeniem wykonanym od wewnątrz. Plan tej akcji przygotowany od lat i utrzymywany w stałej aktualności znany był w szczegółach wszystkim dowódcom i jednostkom – opowiadał generał Tadeusz Bór-Komorowski. Był 1964 rok, Boże Narodzenie. Generał Tadeusz Bór-Komorowski na co dzień mieszkający w Wielkiej Brytanii, przyjechał do Monachium. Pojawił się wtedy w studiu Radia Wolna Europa. Tam tłumaczył okoliczności wybuchu Powstania Warszawskiego. Relacjonował, że generał Leopold Okulicki rekomendował wprowadzenie zmian w pierwotnym planie akcji „Burza”, tak by znalazło się tam miejsce dla powstania w Warszawie. To wówczas niemieckie przygotowania miały wskazywać, że Niemcy będą bronić Warszawy.

„Walka o Warszawę”

– Jeżeli jednocześnie z uderzeniem rosyjskim z zewnątrz podjęta będzie walka wewnątrz miasta, przyspieszy to jej koniec i uchroni stolicę od nadmiernych strat i zniszczeń. Okulicki również sądził, że w ówczesnych warunkach zadania pierwotne stawały się niewykonalne – przekonywał generał.

– Składów broni, amunicji, zaopatrzenia i żywności ukrytych na terenie miasta i stanowiących wyposażenie wyjściowe dla oddziałów, nie dałoby się przerzucić w krótkim stosunkowo czasie do rejonu przewidzianej koncentracji poza miastem. Oddziały musiałyby zatem pobrać broń i zaopatrzenie na obszarze miasta i uzbrojone wychodzić z Warszawy. Uwikłałoby to je niezawodnie w walki, nim zdołałyby opuścić mury miasta i uniemożliwiłoby wykonanie powierzonego im zadania – opowiadał Bór-Komorowski – dodał. W tym czasie w mieście panował nastrój odprężenia, mimo że na ulicach widziało się piesze i zmotoryzowane niemieckie patrole policyjne i oddziały wojskowe. Jednocześnie jednostki korpusu sowieckiego docierały na dalekie przedpola Pragi, w rejon Radzymina, Wołomina i Okuniewa.

– Podjęcie „walki o Warszawę” było według Okulickiego ostatnią może okazją stoczenia walki z Niemcami. Ze względu na to, że w grę wchodziła stolica, wyzwolenie jej własnym polskim wysiłkiem zbrojnym miałoby donośne znaczenie – wspominał na falach RWE generał.

„Nadszedł czas, by podjąć działania”

Był 31 lipca, popołudniowa odprawa sztabowa. To wtedy do dowódców dotarły informacje, że dowódca 73. dywizji niemieckiej, broniącej przedmościa, dostał się do niewoli, wojska sowieckie, okrążają Warszawę, a na Pragę przerzucona została niemiecka dywizja pancerna „Hermann Goering”. – 31 lipca, tuż przed godziną 18, wydałem rozkaz do podjęcia walki w dniu następnym, to jest 1 sierpnia o godzinie 17. Odprawa sztabu w dniu 31 lipca miała się odbyć o godzinie 18. Przybyłem wcześniej i zastałem już na miejscu szefa sztabu generała Pełczyńskiego i szefa operacji generała Okulickiego – opowiadał Bór-Komorowski.

– Niespodziewanie o godzinie 17 zjawił się komendant okręgu pułkownik Chruściel „Monter” z meldunkiem, że sowieckie oddziały pancerne wdarły się na przedmoście niemieckie na wschód od miasta i zdezorganizowały jego obronę, że sowieckie czołgi są już na peryferiach Pragi – wspominał generał. To wtedy płk Antoni Chruściel „Monter” zasugerował, że walki o Warszawę powinny się rozpocząć niezwłocznie, zanim będzie za późno. Po przeanalizowaniu sytuacji gen. „Bór” uznał, że nadszedł czas by rozpocząć działania. Wysłał adiutanta po Delegata Rządu RP na Kraj, wicepremiera Jana Stanisława Jankowskiego „Sobola”. – Napotkaną po drodze rikszą, adiutant pojechał i przywiózł niebawem delegata rządu. W obecności oficerów sztabu i komendanta okręgu przedstawiłem delegatowi rządu sytuację i oświadczyłem, że zdaniem moim nadszedł czas, by podjąć działania – wspomina. Wydanie rozkazu Generał uzależnił jednak od decyzji Delegata, a następnie wydaje płk. „Monterowi” rozkaz rozpoczęcia akcji zbrojnej w Warszawie następnego dnia o godz. 17.

JB – stempel rp 2X96

„Wojnę dziedziczy się z genami”. Pocztówki z Powstania znanych i lubianych

fot

Cezary Harasimowicz, Zofia Czerwińska i Adam Fidusiewicz (fot. arch.PAP/Stach Leszczyński/Krzysztof Kurek/Ireneusz Sobieszczuk)
(fot. arch.PAP/Alamy)

Choć od dramatycznych wydarzeń Powstania Warszawskiego minęły już 73 lata, co roku przeżywają je nie tylko ich uczestnicy. Okazuje się bowiem, że trauma wojny niczym choroba genetyczna przechodzi z pokolenia na pokolenie. – Moja córka zauważyła, że to piętno jest nawet w niej, choć od zakończonej walki dzieli ją kilkadziesiąt lat – przyznaje scenarzysta Cezary Harasimowicz. O tym, dlaczego ten fragment naszej historii budzi tak silne emocje świadczą losy bohaterów i ich rodzin w książce Wiktora Krajewskiego „Pocztówki z powstania”.

Stres, niepewność i bezsilność, ale też wielka wiara oraz sprzeciw wobec ciągłego upokarzania ze strony okupanta łączyły tych wszystkich ludzi, którzy 1 sierpnia w godzinę „W” stawili opór, narażając życie swoje i swoich bliskich. To pokolenie tzw. Kolumbów, które dorosłość osiągało już w trakcie wojny, przez co uważane było za stracone, tchnęło ducha i nadało sens powstańczemu zrywowi.

Jedną z przedstawicielek tej licznej i odważnej grupy jest Krystyna Królikiewicz-Harasimowicz, córka majora Adama Królikiewicza, brązowego medalisty igrzysk olimpijskich w Paryżu w 1924 roku oraz matka Cezarego Harasimowicza, scenarzysty, aktora i pisarza. Jej bogatą wojenną historię w książce Krajewskiego przytacza ten ostatni. – Mama aż trzy razy uniknęła śmierci, w tym dwa razy udało jej się uniknąć rozstrzelania – podkreśla.

Młody Cezary Harasimowicz z mamą Krystyną Królikiewicz-Harasimowicz (fot. Cezary Harasimowicz/fb)

Fałszywa pianistka i połknięty meldunek

Aresztowano ją wraz z rodzicami niedługo po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich i tylko dzięki trzeźwej głowie i kłamstwu matki cała trójka uniknęła rozstrzelania. – Babcia zeznała, że jest nauczycielką gry na fortepianie, a Rosjanie mieli i nadal mają wielki szacunek do artystów. Tak uratowała ich przed śmiercią – wspomina Harasimowicz. W latach 1942-1944 Krystyna Królikiewicz była łączniczką i kursowała pociągami na linii Kraków-Warszawa, przewożąc meldunki oraz prasę podziemną.

Udawało się to aż do momentu, gdy gestapo wkroczyło do jej domu i zabrało na przesłuchanie. – Dopiero w samochodzie mama przypomniała sobie, że ma w torebce meldunek, a na nim adresy, kontakty i nazwiska. Wykorzystała chwilę nieuwagi i połknęła kartkę – opowiada jej syn. W więzieniu na Montelupich w Krakowie doświadczyła okrutnych przesłuchiwań oraz zamknięto ją w celu z kilkudziesięcioma innymi kobietami. Udało się ją uwolnić dzięki przypadkowemu spotkaniu jej ojca z esesmanem von Felendem, który pamiętał go jeszcze z zawodów sportowych przed wojną i postanowił wyświadczyć mu przysługę.

Z poświeceniem zdrowia i życia walczono o każdy metr okupowanej stolicy (fot. arch.PAP/CAF)

Bomba, gwałt i egzekucja

1 sierpnia 1944 roku 23-letnia Krystyna, podobnie jak reszta młodych była gotowa do walki i miała przekazać tajną wiadomość o godzinie „W” swojemu zgrupowaniu „Odwet”. Niestety nie miała dostępu do telefonu. Spróbowała skorzystać z aparatu swojej przyjaciółki sanitariuszki, ale łączność była już zerwana. Wówczas to zetknęła się z pierwszą ofiarą Powstania, którą był młody jasnowłosy chłopak. – Kiedy wbiegała do klatki, stał i spokojnie przeczesywał się srebrnym grzebieniem. Gdy wybiegła, leżał już martwy – przytacza jej relację Harasimowicz.

W czasie walk ukrywała się, podobnie jak setki warszawiaków w schronie pod ziemią, niekiedy opuszczając go. Gdy raz poszła odwiedzić koleżankę, żeby choć przez chwilę przespać się w „ludzkich warunkach”, w kamienicę, gdzie przed chwilą przebywała, trafiła bomba.

Niemcy w czasie Powstania wypędzali mieszkańców Warszawy z ich mieszkań, więc Krystyna Królikiewicz nie czekała dłużej i skierowała się w stronę obozu przejściowego. Po drodze natknęła się na pijanych własowców, którzy próbowali ją zgwałcić. Uratował ją… kolejny esesman, a nawet odprowadził we wskazanym kierunku. Na tzw. Zieleniaku znów cudem uniknęła śmierci, gdy postawiono ją pod ścianą do rozstrzelania. – Uratował ją pijany Ukrainiec, który zauważył medalion na łańcuszku. W trakcie szarpaniny udało jej się uciec spod linii strzału – opisuje z przejęciem syn. Potem trafiła do obozu w Pruszkowie, skąd wywieziono ją do Niemiec.

Zofia Czerwińska w czasie Powstania była 11-letnią dziewczynką (fot. arch.TVP/Jan Bogacz)

Niemiecki pies uratował jej życie

W obozie w Pruszkowie finał swojej powstańczej gehenny miała również Zofia Czerwińska, aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. Losy Powstania pamięta z perspektywy dziecka, ponieważ w momencie wybuchu miała 11 lat i przebywała na wakacjach w Józefowie. 1 sierpnia, zupełnie nieświadoma, co może się wydarzyć tego dnia, została przez matkę wyprawiona do stolicy na lekcję gry na pianinie. Towarzyszył jej jedynie pies Ihr. Znalezione przez ojca ranne zwierzę, tresowane było przez Niemców przeciwko Żydom. – Nie przypuszczałam wtedy, że przez długi czas nie zobaczę ani mamy, ani taty, tylko wpadnę w wir tragicznych wydarzeń – wspomina po latach.

Dodaje też, że „nieważne, czy była wojna, czy też nie, ale psa wyprowadzić należało”. – Pewnego dnia, gdy na ulicy Piusa odbywały się wzmożone walki powstańcze, niespodziewanie Ihr rzucił się na mnie, powalił na ziemię i przykrył sobą. Poczułam tylko lekki ból, bo zostałam draśnięta odłamkiem kuli w prawą rękę. Mój pies przyjął na siebie nabój, który prawdopodobnie zabiłby mnie – opisuje zdarzenie Czerwińska.

Gdy ostrzał ustał, wydostała się spod martwego psa i zauważyła kawał skóry zwisający bezwładnie z prawej ręki. Szkolona przez ojca lekarza przemyła i opatrzyła ranę. Choć zmieniała opatrunki codziennie, to po miesiącu postrzał zaczął ropieć. Przed głodem ją oraz lokatorów kamienicy uratowały babcine weki, które piętrzyły się w ich mieszkaniu aż po sufit.

Powstańcy spożywający posiłek (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)

Cudowne spotkanie w obozie

Gdy Powstanie padło spakowała plecak z jedzeniem, biżuterię oraz wszystkie pieniądze i wraz z babcią, wiezioną przez syna dozorcy na taczce, ruszyły do Pruszkowa. – Jedzenia wystarczyło na 2,5 dnia, dzięki czemu żadne z nas nie zaznało głodu w czasie drogi – podkreśla aktorka. Tej podróży nie wspomina jednak dobrze, ponieważ upał lał się z nieba, bolała ręka, miała gorączkę i była ledwo żywa. – Miałam 11 lat, siwe włosy na głowie, ułamany ząb, chuda jak patyk, a na całym ciele pojawiły się wrzody – wylicza.

W kolejce do selekcji musiała stać aż cztery dni, cały czas nie wiedząc, co ją czeka, ani jaki los spotkał jej rodziców. – Wtedy zobaczyłam mojego tatę. Mimo ogromnej chęci rzucenia się mu w ramiona, powstrzymałam się, bo byłby to nasz koniec. On z kamienną twarzą udał, że mnie nie zna, bo miał już genialny pomysł w głowie – opowiada Czerwińska. Wymyślił, że żona jest ciąży i za chwilę rodzi, więc taka dziewczynka przyda im się do pomocy. Niemiec spojrzał na małą Zofię, machnął ręką i pozwolił mu ją zabrać ze sobą. – W obozie w Pruszkowie odegrałam swoją pierwszą dramatyczną rolę aktorską – chwali się po latach.

Adam Fidusiewicz bardzo chęnie przyjmuje role w historycznych produkacjach (fot. arch.TVP/Ireneusz Sobieszczuk)

Wyrok na całą rodzinę

– Jako małe dziecko cały czas zadręczałem rodziców i wujka Leszka pytaniami: „Gdzie jest mój dziadek?”, „Co się z nim stało?”. Za każdym razem słyszałem jedną i tę samą odpowiedź: „Dziadek zginął na wojnie” – przyznaje Adam Fidusiewicz, aktor i muzyk. Żałuje on bardzo, że nie miał okazji poznać dziadka Stefana, o którym pamięć w rodzinie jest pielęgnowana w każdy możliwy sposób. Ojca nie pamiętają nawet jego synowie, bliźnięta Jerzy i Leszek. – Gdy Niemcy pozbawili mojego tatę życia, miałem półtora roku – mówi ten drugi.

Gdy wybuchła wojna Stefan Fidusiewicz wraz z żoną nie chcieli siedzieć bezczynnie i rzucili się w wir pracy w Armii Krajowej. Nieraz w związku z tym narażali życie, jak wtedy gdy ojciec Jerzego i Leszka uciekł ścigającym go Niemcom, wsiadając w ostatniej chwili do tramwaju. – Z czasem okupant wydał wyrok na całą naszą rodzinę, łącznie z nami – zauważa Leszek Fidusiewicz. Dlatego też bardzo często zmieniali adres zamieszkania, zawsze po praskiej, bezpieczniejszej stronie Warszawy.

Leszek Fidusiewcz uchodzi za najlepszego fotografa sportu (fot. fb/Leszek Fidusiewicz)

Poległ w walce czy uciekł od żony?

Stefan Fidusiewicz o wybuchu powstania wiedział znacznie wcześniej, dlatego że w Puszczy Kampinoskiej szkolił żołnierzy AK. Przed samą godziną „W” kazał żonie z synami wyjechał na wieś między Mogielnicą a Brzostowcem, gdzie pod swój dach przygarnął ich miejscowy chłop. Przez 63 dni nie mieli oni żadnej wiadomości, co się z nim dzieje. – Matka, jadąc do stolicy, przygotowywała się, że prawda może okazać się bardzo dotkliwa. I nie myliła się. Ojciec poległ w walce – przyznaje syn Leszek.

Chociaż rodzina bardzo pragnęła dowiedzieć się, gdzie tak naprawdę zginął, żadne organizacje, nawet Czerwony Krzyż, nie potrafiły pomóc. – Zawsze później razem z bratem staraliśmy się rozładować atmosferę w domu i żartowaliśmy, że tata prysnął od mamy, bo miał dosyć już tego wszystkiego i ukrywa się pod zmienionym nazwiskiem – żartuje Leszek Fidusiewicz. Wojenni świadkowie po latach wyznali, że jego ojciec przeprawiał się ze swoim oddziałem na praską stronę z Cypla Czerniakowskiego i pech chciał, że trafiły go kule z ostrzału. Później w szpital, do którego go przewieziono trafiła bomba. Zagadki z miejscem jego pochówki nie da się już rozwikłać.

  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • Udzielanie pomocy rannemu na ulicy (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • płonący gmach PAST-y (fot. arch.PAP/Alamy)
  • Zdobyty przez powstańców transporter opancerzony, zwany później „Szarym Wilkiem” (fot. arch.PAP/CAF)
  • (fot. arch.PAP/CAF)
  • Ludność cywilna opuszcza gruzy Warszawy po ustaniu walk powstańczych (fot. arch.PAP/CAF)
  • (fot. NAC/Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji)
  • Rozdawanie chleba dla wypędzonych mieszkańców Warszawy (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • Wizyta biskupa Antoniego Szlagowskiego i nuncjusza apostolskiego Filippo Cortesiego w obozie przejściowym Durchgangslager (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • Transport do Pruszkowa (fot. fb/Powstańcze Biogramy Muzeum Powstania Warszawskiego)
  • Pruszków (fot. fb/Milczący świadkowie)
  • Pruszków (fot. fb/Warszawskie Stowarzyszenie Historyczne „Szaniec”)
  • Pruszków (fot. fb/Milczący świadkowie)
  • Uczestniczki powstania warszawskiego jako strażniczki po wyzwoleniu z obozu jenieckiego (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • W podwarszawskim Ożarowie Mazowieckim podpisano akt kapitulacji Powstania Warszawskiego (fot. arch.PAP/CAF)
  • Transport mieszkanców Warszawy z obozów przejściowych w Pruszkowie (fot. arch.PAP/CAF)
  • Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)
  • Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji (fot. NAC/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji)

Od wybuchu Powstania Warszawskiego minęły 73 lata

stempel rp 2X96

Prezydent spotkał się z abp. Gądeckim. Chodzi o podwójne weto?

a.duda-2

Arcybiskup Stanisław Gądecki był jednym z duchownych, którzy pozytywnie oceniają postawę prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie dwóch ustaw dotyczących sądownictwa.

 

Dziś współpracownik prezydenta, Marcin Kędryna zamieścił na swoim profilu na Twitterze zdjęcie z Pałacu Prezydenckiego, na którym widać głowę państwa w towarzystwie przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.

Arcybiskup Gądecki podziękował prezydentowi za postawę przyjętą w sprawie ustaw o Sądzie Najwyższym oraz Krajowej Radzie Sądownictwa.

Ciekawe, czego mogło dotyczyć to spotkanie.

Twitter.com

JB – stempel rp 2X96

Paderewski – premier, pianista i mąż stanu!

W Ameryce, swojej drugiej Ojczyźnie, zmarł 70 lat temu, 29 czerwca 1941r., Ignacy Paderewski – wybitny artysta, kompozytor, pianista, a zarazem wielki patriota, mąż stanu, premier i minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej.

Był postacią absolutnie wyjątkową w całej naszej historii. Był symbolem Polonii Amerykańskiej, a zarazem symbolem sojuszu i przyjaźni między Polską a Stanami Zjednoczonymi. Został pochowany z najwyższymi honorami wojskowymi w alei zasłużonych na Narodowym Cmentarzu Arlington w Waszyngtonie, wśród prezydentów, wybitnych polityków i dowódców amerykańskich, nieopodal Grobu Nieznanego Żołnierza US Army. Po 1990 r. doczesne szczątki Paderewskiego przywieziono do Polski i złożono w podziemiach katedry św. Jana na warszawskim Starym Mieście, ale wspaniały grób artysty-polityka na Arlington pozostał i nadal zwraca uwagę milionów Amerykanów.

Światowy wirtuoz

Paderewski był jednym z najsłynniejszych artystów w USA, dawał niezliczone koncerty w Ameryce i na całym świecie. Był zamożny nawet jak na Amerykę. Swoją znakomitą kolekcję obrazów, rzeźb, medali, monet i rysunków przekazał w testamencie Muzeum Narodowemu w Warszawie. W testamencie napisał znamienne słowa, godne wielkiego człowieka: „…Przyjaciołom serdecznie wdzięczny, do wrogów nie mam żalu. Krzywdy doznawane po chrześcijańsku przebaczam. Nie mogę tylko przebaczyć tym pysznym, co myśląc tylko o krzywdach osobistych i wywyższaniu własnym prowadzili i prowadzą Ojczyznę do zguby, a naród do upodlenia…”.
Paderewski był wirtuozem, jego gra na fortepianie fascynowała publiczność w salach koncertowych całego świata. Wtedy, na początku XX wieku, nie było nie tylko telewizji, ale nawet radia, dlatego musimy zaufać pisemnym relacjom z występów tego największego polskiego artysty tamtej epoki. Paderewskiego słuchał w 1919 r.w Warszawie słynny włoski pisarz, publicysta i korespondent wojenny Curzio Malaparte, który przekazał niezwykle sugestywny opis koncertu na Zamku Królewskim:
„Dokoła mnie wszyscy słuchali w milczeniu, wstrzymując oddech. Tony preludium, czyste i lekkie, unosiły się w powietrzu niby propagandowe ulotki zrzucane z samolotu. Każda nuta miała na sobie wybity dużymi czerwonymi literami napis: «Niech żyje Polska!». Patrzyłem na płatki śniegu miękko opadające za oknem na ogromną białą płaszczyznę placu, pustą w księżycowej poświacie, i na każdym płatku widziałem te same, wypisane czerwonymi literami słowa: «Niech żyje Polska!». (…) Czytałem je w każdej nucie Chopina, czystej i lekkiej, wzlatującej spod białych, szczupłych, bezcennych dłoni Prezesa Rady Ministrów, Ignacego Paderewskiego, kiedy siedział przy fortepianie wielkiej, karmazynowej sali warszawskiego Zamku. Było to wkrótce po wskrzeszeniu Państwa Polskiego. (…) Towarzystwo warszawskie i członkowie korpusu dyplomatycznego zbierali się często wieczorami na Zamku Królewskim dokoła fortepianu premiera. Zjawa Chopina snuła się pośród nas z melancholijnym uśmiechem i chwilami dreszcz przebiegał po nagich ramionach młodych kobiet. Nieśmiertelny, anielski głos Chopina, podobny do dalekich odgłosów wiosennej burzy, głuszył inne, przeraźliwe dźwięki – krzyki buntu i echa krwawych represji. Czyste, lekkie tony unosiły się w powietrzu nad głowami zmizerowanych, wychudłych tłumów niby propagandowe ulotki zrzucane z samolotu, dopóki nie umilkły ostatnie akordy. Paderewski unosił powolnym ruchem pochyloną nad klawiaturą głowę o białych rozwianych włosach, zwracając ku słuchaczom twarz mokrą od łez”.

„Rosyjski ślad” w psychice

Ignacy Paderewski urodził się w 1860 r., w epoce zaborów i niewoli. Jako mały chłopiec głęboko przeżył aresztowanie swego ojca przez Rosjan i osadzenie go w więzieniu. Kiedy w trakcie tego aresztowania wstawił się za ojcem, rosyjscy kozacy pobili kilkuletnie dziecko i wysmagali nahajkami. Ten „rosyjski ślad” pozostał w psychice Paderewskiego do końca życia, podobnie jak u Józefa Piłsudskiego, pobitego ciężko w młodości przez rosyjskich żandarmów. U obydwu wielkich Polaków ta poniewierka i represje zaborcy skutkowały trwałym umiłowaniem wolności, głębokim patriotyzmem, poszanowaniem sprawiedliwości i godności ludzkiej. W 1891 r., kiedy był już sławnym artystą, Paderewski został brutalnie zaatakowany przez gazety niemieckie po koncercie w Berlinie za to tylko, że był Polakiem. Wówczas artysta przyrzekł sam sobie: „Nigdy tu nie powrócę i nigdy nie będę tu grać. Nie będę już grał w Berlinie!”. Tak właśnie się stało. Paderewski nigdy już nie wystąpił w żadnym niemieckim mieście, nawet wówczas, kiedy osobiście zaprosił go cesarz Wilhelm II.

Wygrał Polskę na fortepianie

Grał natomiast przed królową Wiktorią, innymi głowami koronowanymi, a nade wszystko przed kolejnymi prezydentami Stanów Zjednoczonych. Od 1907 r. przez kilkadziesiąt lat (!) koncertował corocznie w Białym Domu. Żaden Polak w historii nie miał takiego dostępu do Białego Domu i do osobistego kontaktu, a nawet przyjaźni z kolejnymi prezydentami Ameryki. Byli to m.in. Theodore Roosevelt, William Taft, Herbert Hoover oraz Thomas Woodrow Wilson. Paderewski wykorzystywał politycznie koncertowanie w Białym Domu, był w USA nieformalnym ambasadorem nieistniejącej Polski. Zawsze podkreślał, że jest Polakiem, a jego Ojczyzna pozbawiona została w XVIII wieku niepodległości przez Rosjan, Niemców i Austriaków. W programie jego koncertów prawie zawsze były utwory Chopina. Tak właśnie dla sprawy niepodległości Polski zjednał prezydenta Wilsona, który proklamując przystąpienie USA do I wojny światowej, jako jeden z warunków Ameryki ogłosił utworzenie wolnej i niepodległej Polski z dostępem do morza. Była to jedna z najbardziej doniosłych decyzji politycznych w sprawie polskiej w całym XX wieku! Stał za nią Paderewski. Później, już w czasach II Rzeczypospolitej, po 1918 r. powszechnie znany kawał głosił, że Paderewski „wygrał” Polskę u Wilsona na fortepianie w Białym Domu. Słówko „wygrał” miało oczywiście podwójne znaczenie.

Powrót do Polski

Wkrótce po 11 listopada 1918 r. Paderewski powraca do wolnej Ojczyzny, powodowany patriotycznymi emocjami, ale też wzywany przez naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego. Przez Gdańsk przybył do Poznania w drugi dzień Bożego Narodzenia, 26 grudnia 1918 r. Entuzjastyczne powitanie wielkiego artysty na poznańskim dworcu przekształciło się w wybuch powstania wielkopolskiego przeciwko Niemcom. Tak właśnie od Paderewskiego rozpoczęło się jedyne zwycięskie powstanie w całej historii Polski!
1 stycznia 1919 r. Paderewski przybył do Warszawy, gdzie Piłsudski jako naczelnik państwa – faktyczny prezydent Rzeczypospolitej powierzył wielkiemu artyście misję utworzenia rządu, co nastąpiło 16 stycznia 1919 r. – Ignacy Paderewski został premierem. Dramatyczna sytuacja polityczna Polski u zarania niepodległości, zagrożenie ze strony Niemiec i Rosji, anarchia wewnętrzna – wszystko to zmuszało Piłsudskiego i Paderewskiego do podziału ról. Paderewski stał się mężem stanu. Był prezesem Rady Ministrów RP, a jednocześnie ministrem spraw zagranicznych i przewodniczącym delegacji polskiej na Konferencję Pokojową w Paryżu. To właśnie Ignacy Paderewski – artysta i polityk złożył swój podpis w imieniu Polski pod tzw. Traktatem Wersalskim. Należy podkreślić, że Paderewski całkowicie popierał koncepcje polityki zagranicznej Józefa Piłsudskiego, szczególnie zaś, tak jak Naczelnik Państwa, widział największe zagrożenie Wschodu – ze strony komunistycznej Rosji.
Mimo intensywnej działalności politycznej, Paderewski nie zaprzestał recitali fortepianowych. Koncertował publicznie w czasie wolnym od prac państwowych. To był jego odpoczynek, ale zarazem patriotyczny obowiązek. Jako premier mieszkał w hotelu „Bristol” na Krakowskim Przedmieściu i tam często też występował, ale dawał też koncerty na Zamku Królewskim i w Filharmonii. Pod koniec grudnia 1919 r., zmęczony fizycznie, nikczemnie atakowany przez politycznych przeciwników, zwłaszcza z PSL-u, Paderewski podał się do dymisji. Piłsudski początkowo nie chciał tej dymisji przyjąć i nalegał, aby Paderewski pozostał nadal premierem. Paderewski jednak zrezygnował. Został ambasadorem RP przy Lidze Narodów w Genewie, ale po dwóch latach ostatecznie wycofał się z polityki. Powrócił do niej pod koniec 1939 r., po klęsce wrześniowej, kiedy stanął na czele Rady Narodowej w Paryżu, a następnie w Londynie. Był to faktycznie emigracyjny Sejm RP, a Paderewski aż do śmierci był jego marszałkiem. Śmierć zastała go Nowym Jorku, kiedy aktywizował Polonię Amerykańską do działań na rzecz okupowanej przez Niemców i Rosjan Polski.

Bóg – Honor – Ojczyzna

Paderewski był poza wszystkim człowiekiem głębokiej wiary. Słowa Bóg – Honor – Ojczyzna nie były dla niego pustymi hasłami, traktował je dosłownie. Był kilkakrotnie z pielgrzymką na Jasnej Górze, w honorowej księdze klasztoru zachowały się jego cztery wpisy.
Przekazał też pokaźne sumy nie tylko Jasnej Górze, ale w ogóle na potrzeby prześladowanego przez zaborców Kościoła w Polsce. Majątek artysty był legendarny. Uzyskał go dzięki swemu talentowi oraz koncertom w Ameryce i na całym świecie. Wspierał materialnie biednych, potrzebujących, sponiewieranych, a zwłaszcza tych, którzy walczyli o wolność Polski. Czynił to cicho i bez rozgłosu. Natomiast dokładał intensywnych starań, aby głosić chwałę Polski. To według koncepcji Paderewskiego, z jego inicjatywy i za jego pieniądze powstał w 1910 r. Pomnik Grunwaldzki w Krakowie.

Prof. Józef Szaniawski

JB – stempel rp 2X96