Hanna Gronkiewicz-Waltz – Matka chrzestna urzędniczej mafii

TYLKO U NAS!

TYLKO U NAS! Hanna Gronkiewicz-Waltz – Matka chrzestna urzędniczej mafii

– Skala nieprawidłowości w sprawie reprywatyzacji w Warszawie jest znacznie szersza, niż się dotąd wydawało. CBA podejrzewa nieprawidłowości dotyczące procesów reprywatyzacyjnych niemal w 100 przypadkach. Biuro widzi powód do zainteresowania się aż 94 przypadkami spraw reprywatyzacyjnych. Tyle działek i kamienic znajduje się obecnie w zainteresowaniu Biura – mówił dziennikarzom jednego z prawicowych portali oficer CBA zajmujący się sprawą bandyckiej reprywatyzacji w Warszawie. A wiele wskazuje, że to po prostu wierzchołek góry lodowej, bowiem miasto Warszawa (czytaj – urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz) odmawia wydania i ujawnienia dokumentów reprywatyzacyjnych. Nikt nic nie wie, nie ma winnych, a nieprawidłowości można liczyć już w setkach. Straty finansowe dla Warszawy i Skarbu Państwa mogą wynieść nawet 4 mld zł. Politycy prawicy mówią wprost o urzędniczej mafii, politycy PO broniący partyjnej koleżanki i jej urzędników – o politycznej zemście. Sprawa, pomimo wysiłków totalnej opozycji, nie cichnie. Wiele wskazuje, że bardzo dużo miałaby do wyjaśniania w niej, być może nawet w procesie karnym, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Dziwnym trafem osobiście zainteresowana tym, żeby w nielegalnych zwrotach kamienic za mocno nie grzebać. Tymczasem – jest w czym grzebać. I to bardzo.

REKLAMA – KUPUJCIE TYGODNIK POLSKA NIEPODLEGŁA I WSPIERAJCIE NASZE WYDAWNICTWO!

Hoża 25A

Ulica Hoża znajduje się dosłownie w centrum Warszawy. Zdecydowana większość kamienic, jakie przy niej stoją, to budynki jeszcze przedwojenne, które jakimś cudem przetrwały „ubogacanie kulturowe” Warszawy przez Niemców albo zostały odbudowane z ruin. Oprócz tego znajduje się tam kilka „plomb” – dość szpetnych budynków wciśniętych pomiędzy stare. Kilka lat temu do mieszkanki jednej z takich kamienic pod numerem 25 a – ponad 80-letniej staruszki – zawitał elegancki pan – Marek M. – biznesmen zajmujący się skupowaniem roszczeń do nieruchomości. Staruszka oczywiście nie miała o tym pojęcia. M. zaproponował jej odkupienie praw do kamienicy, w której mieszkała i o odzyskanie której mogła wystąpić, tyle że nie wiedziała jak. Zapłacił jej… 500 zł za prawa do połowy kamienicy. Nikt nie powiedział staruszce, że jest oszukiwana. Nikt. Nawet wykonujący zawód zaufania publicznego notariusz, do którego biznesmen zawlókł starszą panią. Biznesmen wystąpił do miasta o zwrot budynku. Prezydentem był wówczas Lech Kaczyński. Jego urzędnikom biznesmen kupujący roszczenia, szczególnie chętnie od starszych osób, bardzo się nie podobał. Miasto nie zwracało kamienicy, M. szalał i zarzucał urzędnikom szykanowanie.

Kiedy prezydentem Warszawy została Hanna Gronkiewicz-Waltz, sprawy reprywatyzacji nabrały biegu. Wielu handlarzy roszczeniami, którzy nie mogli przejąć kamienic za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, właśnie wtedy weszło w ich posiadanie. Także M. W 2008 r. został współwłaścicielem kamienicy. Drugim współwłaścicielem była 84-letnia staruszka. M. zaciągnął ją do notariusza i odkupił od niej prawa do budynku za… 50 zł. Pięćdziesiąt złotych. Urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz nie widzieli w tym nic złego, a M. rozpoczął pozbywanie się lokatorów. Podobno jedną z ostatnich osób wyniesiono z jej mieszkania na noszach.

Ale kamienica za 550 zł to jeszcze nie wszystko. M. zażądał od Warszawy 5,5 mln za… korzystanie z kamienicy w czasie, gdy „walczył o jej zwrot”. Sąd, do którego wystąpił z roszczeniem, najpierw zwolnił go z ponoszenia kosztów procesu z powodu… ubóstwa. M. wygrał. Prawniczka miasta złożyła odwołanie. Sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Ten uchylił wyrok sądu nakazujący zapłacić kupcowi roszczenia przez miasto na ponad 1,5 mln zł. Prawniczka miasta, która kasację złożyła i uzyskała korzystny wyrok… została zwolniona z pracy jako zbyt mało dyspozycyjna. Tuż przed końcem wypowiedzenia poradziła urzędnikom, by szybko wystąpili do M. o zwrot pieniędzy. Urzędnicy przez trzy miesiące nie robili nic. To lokatorzy kamienicy przy Hożej 25 a odkryli, że nigdy nie powinna ona być reprywatyzowana. Dlaczego? Ponieważ zwracając ziemię wraz z odbudowanym po wojnie blokiem, urzędnicy oddali M. także fragment ulicy (odbudowany po wojnie budynek wychodził poza obrys przedwojennego). Oczywiście wszystkie protesty mieszkańców pozostawały bez odpowiedzi. Dopiero w wyborczym roku 2014 miasto… wystąpiło do Samorządowego Kolegium Odszkodowawczego o unieważnienie decyzji urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Jolanta z Nabielaka 9

Pamiętać trzeba, że kamienica przy ulicy Hożej to niejedyny budynek przejęty przez M. Został on także właścicielem kamienicy przy ulicy Nabielaka 9 – tej samej, w której mieszkała słynna z walki o prawa lokatorów Jolanta Brzeska. M. przejął tę kamienicę w 2006 r. i od razu podniósł czynsz. Drastycznymi podwyżkami zmusił większość lokatorów do opuszczenia budynku. Jolanta Brzeska walczyła. Założyła Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, procesowała się z właścicielem. Życia w nieustannym stresie nie wytrzymał jej mąż – zmarł na serce. Urzędnicy oczywiście mieli Brzeską i ludzi takich jak ona w tzw. głębokim poważaniu. W końcu za niezapłacony czynsz komornik zajął emeryturę Brzeskiej, a ona sama dostała nakaz eksmisji. 1 marca 2011 wyszła z domu. Kilka godzin później przechodzień znalazł w Lesie Kabackim jeszcze płonące ludzkie zwłoki. Spalone do połowy ciało było praktycznie pozbawione twarzy. W torbie przy zwłokach były tylko klucze i charakterystyczne okulary. Okulary Jolanty Brzeskiej. Wszystko wskazuje, że gdy przywieziono ją na skraj Warszawy, jeszcze żyła. Nie wiadomo, kto ją tam przywiózł. Wiadomo za to, że jeszcze ok. godz. 13 Jolanta Brzeska była w swoim mieszkaniu. Wszystko wskazuje, że opuściła je nagle, zostawiając torebkę z dokumentami, bez której nigdzie się nie ruszała. Czy ktoś do niej przyszedł? Wyciągnął ją z domu? Wpuściła kogoś do mieszkania? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że… spłonęła żywcem. W Lesie Kabackim została po prostu oblana łatwopalną substancją i podpalona. Śledczy uznali, że było to samobójstwo. Dlaczego kobieta miała wybrać tak strasznie bolesną śmierć, gdy jest tyle łatwiejszych sposobów skończenia ze sobą, nikt nie odpowiedział. Tak samo jak na pytanie, dlaczego młodzi ludzie, którzy nieopodal rozpalili grilla, nic nie usłyszeli. Śledczy nie podjęli wątku, co stało się aparatem słuchowym Brzeskiej. W 2013 r. prokuratura ostatecznie umorzyła śledztwo, uznając, że Brzeska popełniła samobójstwo. Dopiero teraz Zbigniew Ziobro zapowiedział wznowienie śledztwa pod kątem zabójstwa.

Symbol

W miejscu, gdzie dziś stoi Pałac Kultury, przed wojną było wiele kamienic i wiele działek. Dziś każdy kawałek ziemi w tym miejscu wart jest grube miliony. I właśnie jedna z tych działek, konkretnie przy ulicy Chmielnej 70, stała się symbolem dzikiej reprywatyzacji, jaka miała miejsce w Warszawie za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz. Na działce można postawić 245-metrowy wieżowiec. Jakub R. – bliski współpracownik Hanny Gronkiewicz-Waltz, przez wiele lat dyrektor Biura Gospodarowania Nieruchomościami (ten sam, który podpisał decyzję o „zwrocie” kamienicy przy Hożej 25 panu M.) – zdecydował o zwrocie tej atrakcyjnej działki trzem działającym wspólnie osobom – urzędniczce Ministerstwa Sprawiedliwości (i zarazem siostrze mecenasa Roberta N., który prowadził postępowanie zwrotowe), jego współpracownikowi oraz znanemu warszawskiemu adwokatowi.

Podstawą było przedłożenie przez nich dokumentów o wykupieniu roszczeń do tej działki. Tyle tylko, że żadnych roszczeń nie było. Działkę tę kupił w czasie wojny obywatel Danii, a Dania to jedno z państw, które dostało od rządu PRL odszkodowanie za znacjonalizowane grunty. Duńczyk mógł więc wystąpić z roszczeniami, ale nie do Warszawy, tylko do swojego rządu. Stąd też cała transakcja była bezpodstawna i nie mogła stać się podstawą do postępowania o zwrot nieruchomości. Trudno uwierzyć, żeby znakomici adwokaci i urzędniczka o tym nie wiedzieli.

Raczej wiedzieli, że mogą liczyć na zwrot i pozytywną decyzję urzędnika. Był nim – przypomnijmy – bliski współpracownik Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nawiasem mówiąc, z racji swej funkcji przez wiele lat świetnie wiedział, kto ubiega się o zwrot nieruchomości, jaki jest jej status, na jakim etapie znajduje się każde z postępowań. Musiał też wiedzieć, które kamienice są do odzyskania. Tak się jakoś złożyło, że roszczenia do jednej z kamienic odkupili od jego przyjaciółki… jego rodzice. W 2013 r. sam R. odszedł z Biura, którym kierował, przejął roszczenia od rodziców, a pół roku późnej został właścicielem kamienicy na Mokotowie. Nie ma sobie nic do zarzucenia.

Handel wymienny

Niemal równie świetną lokalizacją jest ulica Foksal. Oprócz kilku drogich restauracji znajduje się przy niej… boisko szkolne. Prawa do tej działki wykupił inny biznesmen – Maciej M. O jej zwrot wystąpił w 2014 r., kiedy z racji wyborów PO zajęło się „ochroną szkół”. M. wykazał „dobrą wolę” i zaproponował wymianę gruntów – on zrzeknie się na rzecz miasta „swojego” przy Foksal, w zamian dostanie od miasta inny. Następca R. na stanowisku dyrektora Biura Gospodarowania Nieruchomościami Marcin B. uznał, że to najlepsze rozwiązanie. Zdominowana przez Platformę Rada Warszawy w specjalnym głosowaniu zgodziła się wymienić boisko przy Foksal na dwie działki przy placu Defilad i na jeszcze jedną (bez podanej nawet orientacyjnej lokalizacji). Warto odnotować, że głosując „za”, Rada w ogóle nie wiedziała (przynajmniej formalnie), jakie działki miasto odda Maciejowi M. No, może poza tym, że przynajmniej dwie będą w samym centrum. A powinna znać dokładnie ich położenie, numery, status – wszystko. Trzecią działką wybraną przez M. do wymiany okazał się… parking przy pomniku Kopernika. Biorąc pod uwagę lokalizację – żyła złota. Oczywiście trzy działki były więcej warte niż boisko przy Foksal, więc M. zaproponował dopłatę. I pewnie cały „deal” zostałby zawarty, gdyby na jaw nie wyszły fakty, które to uniemożliwiły. W kwietniu 2015 r. okazało się, że także za boisko przy Foksal jego większościowy przedwojenny właściciel dostał odszkodowanie, nie można więc było kupić jego roszczeń. Do tego momentu urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz twierdzili, że roszczenia Macieja M. są doskonale udokumentowane.

Nie tylko Centrum

W Warszawie, jak w każdym mieście, pożądane są mieszkania z ładnym widokiem, najlepiej na jakąś przyrodę. Na przykład taką jak Jeziorko Gocławskie na Pradze. Obrotni biznesmeni wykupili roszczenia do terenów wokół jeziorka już w latach 90, a w roku 2000 – „odzyskali” grunt od urzędników gminy Warszawa-Centrum. Wystąpili też o przekształcenie użytkowania wieczystego gruntu pod jeziorkiem we własność. Pozytywna decyzja oznaczałaby stworzenie w Warszawie prywatnego jeziorka, niebezpieczny precedens dla dewelopera, który rozpoczął tam budowę – gigantyczny zysk (kto by nie chciał mieszkać na zamkniętym osiedlu z własnym jeziorem w środku, nawet tak małym jak na Gocławiu).

I tak w 2014 r. pojawiło się pytanie o charakter wód jeziorka. Chodzi o to, że wody płynące i grunty pod nimi nie mogą być prywatne. Ministerstwo Środowiska uznało, że o wodach jeziorka powinien rozstrzygnąć sąd. Za takim rozstrzygnięciem opowiadali się też urzędnicy dzielnicy Praga. Niestety podlegali urzędnikom prezydent miasta, a współpracownicy Hanny Gronkiewicz-Waltz dziwnym trafem nie byli zainteresowani sprawą. Ciekawe, czemu?

Majstersztyk przekrętu

Przy opisie afer reprywatyzacyjnych nie sposób pominąć też samej zainteresowanej, a ściśle rzecz biorąc – jej małżonka. Chodzi o słynną kamienicę przy Noakowskiego 16. Waltzowie odziedziczyli ją po wuju (według innych źródeł – mężu ciotki) męża prezydent Warszawy – Romanie Kępskim. Odzyskali ją od miasta w tempie iście ekspresowym. W tej sprawie jest wszystko – ludzka podłość, oszustwo, kłamstwo i kryminalne przestępstwo. Nic dziwnego, że radny Piotr Guział nazwał sprawę zwrotu tej działki „matką afer reprywatyzacyjnych”. Jaka jest prawdziwa historia kamienicy przy Noakowskiego 16?

Przed wojną budynek ten należał do zamożnej żydowskiej rodziny Oppenheimów i Regirerów. W czasie wojny zarówno ten budynek, jak i dwa sąsiednie (pod numerami 10 i 12), również należące do Oppenheimów i Regirerów, zajęli Niemcy. Budynki przetrwały powstanie. W styczniu 1945 r. państwo polskie przejęło administrowanie nimi i podpisało umowy z lokatorami. Tymczasem w sierpniu 1945 r. służbę w SB w randze, jak sam to stwierdzał w zeznaniach sądowych, majora rozpoczął Leon Kalinowski, syn Bonifacego i Leonardy z d. Keller, urodzony w roku 1902 w Warszawie. Jego ojciec, Bonifacy, był woźnym Sądu Hipotecznego w Warszawie. W tym samym miesiącu Kalinowski, działając wspólnie z byłym notariuszem z Brzezin Łódzkich, Janem Norbertem Wierzbickim, dokonał fałszerstwa pełnomocnictwa (na swoje nazwisko) do pełnego dysponowania majątkiem rodziny Oppenheimów i Regirerów. Pełnomocnictwo miało klauzulę nieodwoływalności nawet w razie śmierci mocodawców. Zostało ono antydatowane na dwa dni przed wybuchem wojny (30 sierpnia 1939 r.).

W oparciu o to pełnomocnictwo w grudniu 1945 r. Leon Kalinowski sprzedał kamienicę przy Noakowskiego 16 właśnie Romanowi Kępskiemu i Zygmuntowi Szczechowiczowi, a ci błyskawicznie uzyskali wpis do księgi wieczystej.

Tymczasem na jesieni 1946 r. do Warszawy wróciła Maria Oppenheim – prawowita właścicielka kamienicy. W księgach hipotecznych nieruchomości przy Noakowskiego 16, 12, 10 złożyła zapisy o toczącym się postępowaniu spadkowym po jej zmarłym w 1940 r. mężu oraz o wszczętym na jej wniosek przez prokuraturę dochodzeniu przeciwko Leonowi Kalinowskiemu w sprawie sfałszowania pełnomocnictwa. Chociaż był esbekiem, Leon Kalinowski trafił do aresztu śledczego.

Rok później – w 1947 r. Skarb Państwa pozwał Romana Kępskiego i Zbigniewa Szczechowicza o wykreślenie ich z hipoteki.

26 lipca 1948 r. Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował o uznaniu rzekomego pełnomocnictwa z 30 sierpnia 1939 r. za nieważne. Siłą rzeczy za nieważne uznał też akty sprzedaży kamienic dokonane w oparciu o to fałszywe pełnomocnictwo, w tym oczywiście – akt sprzedaży kamienicy przy Noakowskiego 16 Romanowi Kępskiemu – przypominamy, wujowi męża Hanny Gronkiewicz-Waltz – i Zygmuntowi Szczechowiczowi. Fałszerstwo zostało udowodnione ponad wszelką wątpliwość i to należy bardzo wyraźnie podkreślić.

W lipcu 1948 r. rozpoczął się proces Leona Kalinowskiego o fałszerstwo, a już w październiku został on skazany na cztery lata pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny podtrzymał wyrok i Kalinowski odsiedział całość wyroku. W tym czasie toczyło się jeszcze postępowanie z wniosku Romana Kępskiego i Zygmunta Szczechowicza o przyznanie im prawa do wieczystej dzierżawy gruntu pod budynkiem. Decyzja była oczywiście odmowna. Kamienica przy Noakowskiego 16 przeszła na rzecz Skarbu Państwa.

Kiedy zmienił się system, w 1997 r. Roman Kępski postanowił upomnieć się o nie swoje. Udał się Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast i tam, ukrywając fakt, że nigdy nie był prawowitym właścicielem kamienicy, za to prawdopodobnie posługując się uchylonym aktem notarialnym, wystąpił o zwrot budynku wraz z gruntem, który, przypomnijmy, nigdy do niego nie należał (nawet na podstawie fałszywego dokumentu). Było to złamanie prawa, bowiem zgodnie z nim „tytuł do rewindykacji przysługuje tylko przedwojennym właścicielom gruntów lub ich spadkobiercom”. Roman Kępski zaś nabył kamienicę bez gruntu, dwa miesiące po tzw. dekrecie warszawskim. Ale postępowanie zostało wszczęte.

W 1999 r. Kępski przeniósł się na tamten świat, a jego spadkobiercą został m.in. Andrzej Waltz – mąż Hanny Gronkiewicz,  prezydent Warszawy (oraz ich córka). Spadkobiercy Kępskiego, pomimo braku jakichkolwiek podstaw, odzyskali kamienicę. Sam zainteresowany mówił o niej: „To była przedwojenna kamienica drugiego męża mojej cioci”. I chociaż brzmi to równie zawile jak przysłowiowy „stryjeczny wuj szwagra drugiego męża”, jest zwykłym kłamstwem – Waltzowie żadnych kamienic nie mieli i nie byli rodziną ani Oppenheimów, ani Regirerów.

Widocznie Andrzej Waltz i jego krewni (m.in. córka Waltzów) czuli, że pewnego dnia ktoś może sprawdzić archiwa, bo jeszcze zanim przejęli nienależny im budynek… podpisali umowę przedwstępną ze szwajcarsko-francuską spółką. Ta nabyła kamienicę, pozostając „w dobrej wierze”, więc od razu mogła zacząć czerpać z niej zyski, wyzyskując lokatorów. Fakt, że w tym czasie żyli jeszcze prawowici spadkobiercy prawdziwych właścicieli kamienicy przy Noakowskiego 16, ani prezydent Warszawy, ani jej mężowi jakoś nie przeszkadzał. „Bufetowa” chętnie podkreśla za to, że kamienica została zwrócona w 2003 r., kiedy prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński. Niby tak, tyle tylko że wtedy zapadła decyzja o zwrocie, w dodatku została podjęta niezwyrefikowanymi o wyroki sądu zapisami z ksiąg wieczystych.

Kilka lat później, kiedy stolicą rządziła już Hanna Gronkiewicz-Waltz, zwrotem kamienicy przy Noakowskiego 16 zainteresowała się prokuratura. Śledczy poprosili miasto o dokumenty. Hanna Gronkiewicz-Waltz ponoć o tym nie wiedziała. Ustalenia prokuratury były jednoznaczne – Kępski nie miał do kamienicy żadnych praw. Prokuratorzy zaskarżyli więc decyzję o „zwrocie” kamienicy Andrzejowi Waltzowi do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, ale ono zażalenie prokuratury oddaliło.

I wszystko grało do 2012 r., kiedy do Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej kierowanego przez partyjnego kolegę „Bufetowej” Sławomira Nowaka trafił wniosek spółki Plater (notabene reprezentowanej przez mecenasa Roberta N.) o przyznanie praw do gruntu pod adresem Noakowskiego 12 według stanu na 1946 r. Warto wiedzieć, że sytuacja budynku przy Noakowskiego 12 była identyczna jak przy Noakowskiego 16. O dziwo – resort Nowaka tym razem dokładnie zapoznał się ze sprawą i umorzył postępowanie, a decyzja o tym wraz ze szczegółowym opisem sytuacji dosłownie trafiła na biurko Hanny Gronkiewicz-Waltz. Tym samym więc od 2012 r. prezydent Warszawy musiała wiedzieć, że jej mąż „odzyskał” budynek, do którego nie miał żadnych praw. No, chyba że decyzji tej nie czytała, co jest kolejnym dowodem, że jest niewłaściwą osobą na niewłaściwym miejscu. Sprawa znowu przycichła. Zresztą póki rządziła Platforma, Hanka mogła czuć się pewnie i bezpiecznie niezależnie od tego, co wyczyniali jej urzędnicy. Dopiero gdy afera reprywatyzacyjna wstrząsnęła całą Polską i na jaw zaczęły wychodzić dziwne decyzje i powiązania jej podwładnych, w 2016 r. Gronkiewicz-Waltz napisała w piśmie do SKO, że postępowania zakończone decyzją zwrotową z 2003 r. „mogły zostać przeprowadzone na podstawie dokumentów, co do których istnieje możliwość, iż zostały sfałszowane”. Ale generalnie nie ma sobie nic do zarzucenia i na temat kamienicy rozmawiać nie chce.

Na temat reprywatyzacji w Warszawie także nie. Na razie zapowiada, że nie stawi się przed specjalną Komisją Weryfikacyjną ds. Reprywatyzacji w Warszawie. Czy dlatego, że komisja ta ma zająć się także kamienicą „odzyskaną” przez jej męża? Nie zamierza także składać wyjaśnień w innych sprawach.

Jasna cela „Bufetowej”

Tymczasem to, co działo się w sprawach reprywatyzacji w Warszawie, woła o pomstę do nieba. Urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz nie dziwiło, gdy z roszczeniami występował np. właściciel kamienicy liczący sobie 120 lat. Nikt nie słuchał starych mieszkańców kamienic, gdy mówili, że właściciel nie miał dzieci, a cała jego dalsza rodzina wraz z nim zginęła w getcie lub komorach gazowych Treblinki. Nikt nie sprawdzał oryginalności dokumentów przedstawianych jako podstawa żądań zwrotu kamienic. Warto też dodać, że przez ostatnie lata odpowiednią atmosferę wokół mieszkańców oddawanych kamienic czyniły… media. Pełno było „reportaży” o właścicielach kamienic, którzy odzyskali „swoją” własność i muszą walczyć z lokatorami niepłacącymi czynszu, niechlujnymi, patologicznymi, niszczącymi budynki i mającymi jedynie wysokie wymagania, a właściciel nie może rozporządzać swoją własnością, tylko musi utrzymywać darmozjadów, dbając, żeby przypadkiem nie stała im się krzywda. Itd., itp. Do wyboru. Lokatorów – nie słuchał nikt. Na ogół biedni ludzie (kamienice były wszak mieszkaniami komunalnymi), zwykle starsi, nie pasowali do eleganckiego świata mecenasów, biznesmanów i urzędników. Nie byli wystarczająco eleganccy, by załatwić sobie program w tej czy innej telewizji, nie radzili sobie z procedurami. Byli tylko przeszkodą, której trzeba się było pozbyć. No i pozbywano.

Ktoś zarobił na tym miliony. Na razie CBA dokonuje kolejnych zatrzymań. W połowie maja wrocławski sąd wydał decyzję o tymczasowym aresztowaniu adwokata Andrzeja M., dwójki adwokatów występujących jako kuratorzy spadkobierców nieruchomości – Grażyny K.-B. i Tomasza Ż. oraz wobec zajmującego się skupowaniem roszczeń do nieruchomości Macieja M. Sąd aresztował też urzędnika warszawskiego ratusza Jakuba R. (podejrzanego o przyjęcie od adwokata Roberta N. korzyści majątkowych w postaci wartych 2,5 mln zł udziałów w nieruchomości w Kościelisku oraz o udział w oszustwie, jakim było przejęcie własności tej nieruchomości należącej do spadkobierców polskiego generała Tadeusza Kasprzyckiego) i jego rodziców oraz samego Roberta N. (podejrzanego właśnie o wręczanie tych korzyści).

Prawdopodobnie będą kolejne zatrzymania. Śledztwa prowadzone we Wrocławiu dotyczą przede wszystkim nieruchomości przy ulicach Nowogrodzkiej 18, Smolnej 17, Foksal 179, Brackiej 23, placu Defilad 1 (dawna Chmielna 70), Kazimierzowskiej, Narbutta 60, Puławskiej 141, Schroegera 72 i 74 oraz Książęcej. A to, jak już zaznaczono – dopiero początek. Jaki będzie finał? Cóż, być może ziści się popularny mem, na którym Grzegorz Schetyna obiecuje Hannie Gronkiewicz-Waltz „jasną celę”. Szkoda tylko, że Jolancie Brzeskiej życia to nie przywróci. A i pieniędzy z odszkodowań wypłaconych przez miasto pewnie odzyskać się nie da. Ot, rządy Platformy i jej „Bufetowej”.

Źródło:

http://www.miastojestnasze.pl

JB  LOGO-11a

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s