Dzień: 16 czerwca 2017

Znamy szczegóły wizyty Trumpa w Polsce. Z kim spotka się prezydent USA?

z21430119IE,Donald-Trump
Szef gabinetu prezydenta Dudy, Krzysztof Szczerski informuje o szczegółach wizyty prezydenta USA w Polsce. „Najważniejszym z polskiego punktu widzenia punktem lipcowej wizyty prezydenta USA Donalda Trumpa w Warszawie będą rozmowy dwustronne z prezydentem Andrzejem Dudą” – mówił Krzysztof Szczerski.  Co jeszcze czeka nas w czasie wizyty prezydenta USA w Polsce?

Odnosząc się do szczegółów programu wizyty Trumpa, Krzysztof Szczerski stwierdził, że najważniejsze trzy jego punkty są już znane.

– Punktem numer jeden jest rozmowa dwustronna Trump-Duda, bo to jest wizyta na zaproszenie pana prezydenta Dudy, więc na pewno to jest punkt najważniejszy z punktu widzenia polskiego, to są rozmowy dwustronne polsko-amerykańskie, dwóch prezydentów – podkreślił prezydencki minister.

Najważniejszymi tematami rozmów będą kwestie bezpieczeństwa oraz współpraca ekonomiczna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a regionem Trójmorza.

– Po raz pierwszy od przystąpienia Polski do NATO sojusz polsko-amerykański nie jest sojuszem egzotycznym, tylko sojuszem realnym. Na terenie Polski przebywają amerykańskie wojska, i to zarówno pod flagą amerykańską, w ramach tej dwustronnej współpracy, brygada ciężka, jak i w ramach współpracy NATO-wskiej, pod flagą NATO-wską, w ramach decyzji szczytu NATO w Warszawie. To jest istotne, że możemy rozmawiać w takim razie o polsko-amerykańskiej współpracy wojskowej w zakresie bezpieczeństwa w sposób realny już teraz, a nie tylko o kwestiach będących na papierze – mówił Krzysztof Szczerski.

Drugim punktem, który jest już znany, jest uczestnictwo prezydenta USA jako gościa honorowego w szczycie Trójmorza. Trzecim punktem będzie publiczne wystąpienie prezydenta USA z przesłaniem do Polaków i innych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Krzysztof Szczerski potwierdził także, że pewne jest, że wizyta odbędzie się 6 lipca. Szef gabinetu prezydenta Dudy zaznaczył, że pozostałe szczegóły wizyty Donalda Trumpa są wciąż ustalane.

– Jak wiemy, to jest wizyta zarówno w Warszawie, jak i później na szczycie G20 w Hamburgu, więc to jest też kwestia obowiązków prezydenta Trumpa na tym szczycie. Od tego też zależy długość pobytu w Warszawie, a od długości pobytu w Warszawie zależy też program tej wizyty. To wszystko jest jeszcze w trakcie ustalania, pracujemy teraz bardzo intensywnie z administracją prezydenta Trumpa – powiedział Krzysztof Szczerski.

Jednocześnie szef gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy ocenił, że przygotowanie wizyty – m.in. pod względem bezpieczeństwa – jest dużym wyzwaniem ze względu na to, że czasu na to, że decyzja o odbyciu wizyty zapadła w Białym Domu „stosunkowo późno, jak na tego typu wizyty, czyli na miesiąc przed samym spotkaniem”.

– Polskie służby pokazały swój profesjonalizm i podczas szczytu NATO, i podczas Światowych Dni Młodzieży, i liczymy na to, że także w tym przypadku ten profesjonalizm będzie pokazany – zapewnił Krzysztof Szczerski.

niezalezna.pl
LOGO-11a

73 lata temu pod Bełżcem UPA dokonała masakry Polaków

 
 foto.yt nac.gov.pl
73 lata temu, 16 czerwca 1944 roku siły Ukraińskiej Powstańczej Armii z zimną krwią zamordowały kilkudziesięciu Polaków jadących pociągiem osobowym z miejscowości Bełżec do Rawy Ruskiej.
Do masakry doszło w okolicach wsi Zatyle (dziś województwo lubelskie). Banda ukraińskich zbrodniarzy dowodzonych najprawdopodobniej przez Dmytra Karpenkę ps. „Jastrub” około godziny 7. rano zatrzymała jadący pociąg. Ukraińcy przebrani w niemieckie mundury weszli na tory, a będący z nimi w zmowie ukraiński maszynista Zachariasz Procyk, zatrzymał skład.

Zbrodniarze wtargnęli do pociągu. Najpierw legitymowali wszystkich pasażerów, aby oddzielić Polaków od Ukraińców. Tych pierwszych w bestialski sposób zamordowali nie oszczędzając nawet kobiet i dzieci. Drugich wypuścili. Z zachowanych relacji wynika, że przed dokonaniem mordu Polaków bito kolbami karabinów i okradano ich z posiadanych rzeczy. W swoim morderczym amoku jedną z Polek, która była w ciąży, przybili bagnetami do ziemi, a następnie rozpruli jej brzuch. Zaledwie kilku osobom udało się jakimś cudem przeżyć.

Po masakrze ciała zamordowanych zostały przewiezione drezyną do Bełżca. Tam dokonano identyfikacji części z nich. Kilka dni później odbył się w Tomaszowie Lubelskim pogrzeb części ofiar ukraińskich zbrodniarzy, który ze względu na ogrom bestialstwa i jego skalę, zamienił się w patriotyczną manifestację.

Historycy spierają się co do liczby zamordowanych wówczas Polaków. Ich szacunki wahają się od 41 do 70

 

Źródło: nowahistoria.interia.pl

LOGO-11a

★☭ Bolszewicka agentura

Krótki kurs czerwonej konspiracji

Gdy jest mowa o panowaniu komunizmu w Polsce, na ogół myślimy o okresie po 1944r. Ale skąd się wziął na ziemiach polskich taki kierunek polityczny, kto go stworzył i rozwijał, skąd się brały fundusze na tworzenie i działalność organizacji?

Aby to wyjaśnić, musimy zacząć od początku. Polska odzyskała niepodległość 11 listopada 1918r. Tego samego dnia w rewolucyjnej, bolszewickiej Moskwie doszło do wydarzenia, które wówczas wydawało się nieistotne, ale zaważyło fatalnie na naszej przyszłości. „Polscy” bolszewicy skupieni w Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL) zebrali się, aby debatować nad… przyszłością Polski. Nie mogli pogodzić się z faktem, że powstaje polskie państwo jako organizm niepodległy, niepodlegający kontroli czy wręcz zwierzchności sowieckich komunistów. Usiłowali więc temu zaradzić przez stworzenie partii komunistycznej, która byłaby narzędziem propagandowym i ideologicznym „ojczyzny proletariatu”. Doszło do tego już 16 grudnia 1918 r. przez proklamowanie Komunistycznej Partii Robotniczej Polski jako zjednoczenia SDKPiL oraz PPS-Lewicy (w 1925 r. skrócono jej nazwę do KPP).

Nowo powstała partia komunistyczna nie uznawała niepodległej Polski. Jej celem było utworzenie „Polskiej Republiki Rad” jako części składowej szeroko pojętego imperium sowieckiego. Konsekwencją negowania niepodległości było też negowanie granic państwowych. Już w połowie 1919r. KPRP została zdelegalizowana jako organizacja terrorystyczna, która jawnie występowała przeciwko strukturom państwa, prowadząc działalność szpiegowską, propagandową i sabotażową na rzecz bolszewików. Jawne wystąpienie przeciwko strukturom państwa polskiego podczas wojny z bolszewikami w 1920r. spowodowało, że powszechnie postrzegano komunistów jako sowieckich agentów, a z racji bardzo silnego nasycenia ich instancji kierowniczych przez działaczy pochodzenia żydowskiego powstało pojęcie „żydokomuny”, co miało dodatkowo podkreślać niepolskie pochodzenie tej organizacji. Pewni swego zwycięstwa bolszewicy w lipcu 1920r. utworzyli Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski (Polrewkom), który miał być tymczasowym rządem dla podbitych terenów. W jego skład weszli m.in. Julian Marchlewski (przewodniczący), Feliks Dzierżyński, Feliks Kon i Józef Unszlicht. Polrewkom ogłosił formowanie tzw. Polskiej Armii Czerwonej, ale zgłosiło się do niej zaledwie 176 osób, co świadczyło o braku jakiegokolwiek faktycznego poparcia dla najeźdźców.

Funkowie w akcji

Liczebność partii nie była wówczas znaczna, a podstawowa kadra działaczy centralnych i terenowych składała się głównie z przedstawicieli mniejszości narodowych (Żydów, Ukraińców i Białorusinów). W 1923r. utworzono dwie autonomiczne struktury: Komunistyczną Partię Zachodniej Ukrainy (KPZU) i Komunistyczną Partię Zachodniej Białorusi (KPZB). Oprócz tego od 1920r. istniała Komunistyczna Partia Górnego Śląska (KPGŚ), a na Pomorzu i w Wielkopolsce komórki Komunistycznej Partii Niemiec (KPD).

Partia była bardzo mocno zhierarchizowana. Jej trzon składał się z funkcjonariuszy (zwanych po sowiecku „funkami”), którzy pozostawali na jej wyłącznym utrzymaniu. Trzeba przyznać, że za całkowitą dyspozycyjność i bezwzględne posłuszeństwo komuniści płacili więcej niż polskie państwo swym urzędnikom czy nauczycielom… Partia była też wewnętrznie bardzo rozbudowana, jej komórki organizacyjne miały za zadanie obserwować wszelkie dziedziny życia społecznego i politycznego. Najważniejsze były Wydziały Wojskowe (na szczeblu centralnym i okręgowym), których działalność skierowana była na szpiegostwo, sabotaż i ewentualną demoralizację szeregów armii, wyszukiwanie słabszych ideowo jednostek i werbowanie ich do zadań na rzecz Związku Sowieckiego, choć nie zawsze było to – ze zrozumiałych względów – ujawniane.

Barwy ochronne

Bardziej zaufani, sprawdzeni towarzysze, działający we wszystkich odłamach partii, kierowani byli nielegalnie do Moskwy (przez tzw. zieloną granicę między II RP i Związkiem Sowieckim, ale częściej drogą okrężną, przez inne kraje) na szkolenia. Swym zakresem obejmowały one sprawy ideologiczne, a także były to kursy z zakresu wojskowości, szpiegostwa, tajnej łączności. Dla komunistów kontakt z Kominternem, z Moskwą, był przeżyciem jakby religijnym. Towarzyszka Ester Rozental-Szneiderman po przybyciu do Moskwy w 1926r. wspominała: „Któż może pojąć i opisać święty dreszcz, jaki mnie przejął, gdy weszłam do gmachu Kominternu znajdującego się nieopodal Kremla… Wątpię, czy młody czytelnik naszych czasów potrafi to sobie uprzytomnić”. Faktycznie, trudno to zrozumieć.

Jedną z pierwszych czynności było dostosowanie nazwisk do specyfiki kraju przeznaczenia. I tak, towarzysze żydowscy z Polski przybierali masowo nazwiska „słowiańskie”. Z tego samego kursu, w którym uczestniczyła wspomniana wyżej tow. Estera, „Lea Kantorowicz przeobraziła się w Jelenę Kamińską; jej mąż Icchak Gordon – w Aleksandra Leonowicza; Nechama i Józef Feigenbaum stali się Natalią i Osipem Krawczyńskimi; Chana Milsztajn jest tu Hanną Turską; Motke Hajman to teraz Mikołaj Wojnarowicz; z jednego Rapaporta zrodził się Krawiecki, z drugiego, częstochowskiego – Józef Karpiński”.

Po solidnych przeszkoleniach towarzysze rozsyłani byli dosłownie po całym świecie, aby propagować rewolucję jako lekarstwo na wszelkie zło i wspomagać miejscowe, na ogół rachityczne struktury konspiracji komunistycznej. Rekordziści byli członkami nawet dziesięciu partii! Ale największym marzeniem każdego z nich było przyjęcie w szeregi WKP(b), czyli bezpośrednio do partii sowieckiej. To dopiero oznaczało otwarcie drogi do największej kariery i było szczególnym objawem zaufania ze strony sowieckich towarzyszy.

Ojcowie i dzieci

Przez szeregi wszystkich odłamów komunistycznych oraz ich wspólnego pionu młodzieżowego (Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej) przewinęło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wydaje się to niedużo, ale w zasięgu ich agitacji był ponad milion wyborców, a to już było zjawisko groźne nawet dla tak dużego państwa, jakim była II RP. Olbrzymia większość ich członków oraz sympatyków rekrutowała się z mniejszości narodowych.

W 1938r. partie komunistyczne w II RP zostały rozwiązane decyzją Stalina, dużą część ich działaczy wzywano do Moskwy „na konsultacje” i tam byli eksterminowani. Przeżyli przede wszystkim ci, którzy siedzieli w więzieniach II RP lub byli rozsiani po całym świecie. To oni byli później podstawą formowania tzw. Polskiej Partii Robotniczej, która w 1944r. otrzymała od Moskwy mandat na stworzenie „dyktatury proletariatu” w Polsce Ludowej.

Po walkach frakcyjnych w ramach PZPR w 1968r. znaczna część komunistów pochodzenia żydowskiego przeszła do opozycji, aby współtworzyć z czasem „opozycję demokratyczną”. To oni (oraz ich dzieci) w znacznym stopniu uzyskali ogromny wpływ na struktury „Solidarności”, a po 1989r. na władzę polityczną, gospodarczą i medialną.

Leszek Żebrowski • naszdziennik.pl

LOGO-11a

GRUDZIEŃ 70 – ZBRODNIA BEZ KARY

Znalezione obrazy dla zapytania grudzień 70
Publikujemy rozdział z książki Wojciecha Roszkowskiego NAJNOWSZA HISTORIA POLSKI, przedstawiający prawdziwy obraz masakry, która miała miejsce na Wybrzeżu w grudniu 1970 r.

Znalezione obrazy dla zapytania grudzień 70

KRWAWY GRUDZIEŃ

PODWYŻKA CEN. WYBUCH PROTESTU NA WYBRZEŻU. MASAKRA. STRAJKI W TRÓJMIEŚCIE I SZCZECINIE. PRZEWRÓT PAŁACOWY: UPADEK GOMUŁKI. ROZŁADOWANIE NAPIĘCIA.

W pierwszych dniach grudnia 1970 r. sytuacja gomułkowskiego kierownictwa PZPR była dość szczególna. Z trudem załago­dzone walki frakcyjne, fatalny stan rynku, niezadowolenie robot­ników i mas partyjnych napotykające mur milczenia lub wymija­jące slogany władz wyższych szczebli, a także niezaspokojenie aspiracji konsumpcyjnych aparatu partyjnego – wszystko to skła­dało się na prawdziwą mieszankę wybuchową zdolną rozsadzić pozornie stabilną machinę partyjno-państwową. Sześćdziesięciopięcioletni Gomułka tracił szybko resztki popularności, gdyż w coraz trudniejszym położeniu powtarzał monotonnie frazesy o potrzebie wyrzeczeń i uczciwej pracy. Sam zresztą prawdopo­dobnie mało orientował się w nastrojach ludności, otoczony szczel­nie gronem manipulatorów, którzy dla własnej korzyści podsuwali mu mylne nieraz doniesienia i nie dopuszczali żadnych złych wia­domości, których, notabene, Gomułka nie znosił i na które reago­wał wybuchami furii. Gomułka sądził być może, iż układ z RFN przysporzy mu popularności. Tymczasem gdy po raz ostatni poja­wił się w TV podczas uroczystości podpisania układu o normali­zacji stosunków z Bonn, jego dni były policzone, gdyż sukcesem tym chciał osłodzić społeczeństwu przygotowywaną podwyżkę cen.

12 XII 1970 r. Rada Ministrów podjęła decyzję, ogłoszoną nazajutrz w niedzielę w środkach masowego przekazu. „Regulacja cen” objąć miała obniżkę cen mydła, radioodbiorników, pralek, lodówek i niektórych innych artykułów przemysłowych, natomiast wzrosnąć miały ceny 45 grup artykułów, głównie spożywczych. Ceny mięsa podniesiono przeciętnie o 18%, mąki – o 17%, ma­karonu – o 15%, ryb – o 12%, węgla – o 10%, a koksu – o 12%. Podwyższono również ceny materiałów budowlanych, na przy­kład drewna o 20% i cegły o 37%, a także wyrobów włókienni­czych i wielu innych towarów. Propaganda przedstawiła podwyżki jako niewinną „regulację”, próbując ukryć jej wpływ na obniżenie stopy życiowej społeczeństwa.

Kierownictwo gomułkowskie nie spodziewało się zapewne ostrzejszej reakcji mas. 14 XII 1970 r. zebrało się w Warszawie VI plenum KC PZPR, by zatwierdzić informację o układzie z RFN oraz omówić sytuację ekonomiczną i zadania na następny rok. Gomułka wygłosił przemówienie, w którym w somnambulicznym tonie bronił podjętych decyzji cenowych. Rozwodził się o prze­chodzeniu „starego etapu” rozwoju gospodarczego w etap „no­wy”, o „kompleksowym charakterze” polityki ekonomicznej partii i rządu, o „pomyślnej realizacji zadań” oraz konieczności „zmiany cen detalicznych”, która, jego zdaniem, nie pociągnęła „głębokich przeobrażeń w strukturze spożycia”. W podobnym duchu prze­mawiał też Jaszczuk.35 Natomiast z poważnymi zaburzeniami li­czyły się prawdopodobnie grupy partyjno-policyjnego aparatu wyż­szych szczebli, skupione głównie wokół Moczara i Gierka. To prawdopodobnie na polecenie jednego z nich oddziały MO i funk­cjonariusze SB czynili przygotowania do przejęcia inicjatywy w mo­mencie społecznego wybuchu.

Gdańsk – stoczniowcy przed gmachem dyrekcji Stoczni Gdańskiej im. Lenina, 14.12.1970 r.

Tego samego dnia rano, w poniedziałek 14 XII w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się masowy ruch protestu. Około 3 tys. ro­botników zebrało się początkowo przed gmachem dyrekcji zakła­du. Samorzutnie wyłoniono rzeczników załogi. Sformułowano pie­rwsze, głównie ekonomiczne postulaty. Mówiono o konieczności rekompensaty za podwyżkę oraz o fasadowości związków zawod­owych, które w tej sprawie nic nie zrobiły. Następnie, wobec braku reakcji dyrekcji, masy demonstrantów ruszyły zwartym pocho­dem pod gmach KW w Gdańsku. Ponieważ I sekretarz KW Alojzy Karkoszka był na plenum KC w Warszawie, a perswazje jego zastępcy Zenona Jundziłła okazały się chybione, manifestanci, zasilani przez robotników z innych zakładów, umówili się na po­wtórny wiec przed KW po południu. Ulice pełne były ludzi, ścią­gających zewsząd, tym bardziej iż wysłannicy demonstrantów za­chęcali do wspólnej akcji w dotychczas biernych zakładach. Nie udało się jedynie namówić do wiecu studentów Politechniki Gdańskiej. O godzinie 15.00 manifestujący robotnicy zażądali w rozgłośni gdańskiej Polskiego Radia umożliwienia przekazania swojego apelu do pracowników w całym kraju. Bezskutecznie. W tym czasie koło wiaduktu Błędnik doszło do pierwszego starcia manifestantów z MO, której niewielka grupa została rozproszona.

0 16.00 rozpoczął się szturm gmachu KW, w którym wybito szyby i spalono drukarnię. Do akcji ruszyły większe oddziały MO i wojs­ka, używając petard i gazów łzawiących. Tu i ówdzie jacyś cywile systematycznie rozbijali szyby sklepowe i grabili towary. Starcia w Gdańsku trwały do późnego wieczora, głównie pod KW, przy Dworcu Głównym i Wałach Piastowskich. Padły pierwsze ofiary, było wielu rannych i aresztowanych. O wyprowadzeniu wojska z ko­szar gdańskich zadecydował premier Cyrankiewicz.

Wieczorem w TV gdańskiej przewodniczący Prezydium WRN Tadeusz Bejm apelował o rozwagę i „pomoc społeczeńst­wa w wyizolowaniu grup niszczycieli”. Wkrótce do Gdańska przy­był też I sekretarz KW Karkoszka, który wraz z wicepremierem Kociołkiem utworzył lokalny sztab do walki z demonstrantami. W nocy przyjechali też z Warszawy Kliszko z Logą-Sowińskim i gen. Korczyńskim, delegowani przez Gomułkę. Utworzyli oni kon­kurencyjny sztab, w którym znaleźli się Dowódca Okręgu Po­morskiego WP gen. Józef Kamiński, dowódca marynarki wojen­nej kadm. Ludwik Janczyszyn oraz dowódcy MO i SB. Trójmiasto, a wkrótce także Szczecin objęto blokadą telekomunikacyjną. Od­tąd wydarzenia rozwijały się pod wpływem kilku czynników. De­monstranci w gniewny, ale początkowo pokojowy sposób wyrażali sprzeciw wobec podwyżki i polityki władz, siły policyjne zaś tłu­miły rozruchy na polecenie kierownictwa gomułkowskiego bądź też prowokowały je z inspiracji moczarowców lub gierkowców.

15 XII od rana do strajku przystąpiła gdyńska Stocznia im. Komuny Paryskiej, gdzie jednym z przywódców strajku wybrano Edmunda Hulsza. Spontanicznie wyłoniony komitet strajkowy wysunął 9 postulatów; między innymi żądano cofnięcia podwyżki, sprawiedliwego podziału premii i wyrównania dla najmniej zara­biających, a także – wolności prasy i religii. Delegacja strajkują­cych została przyjęta przez przewodniczącego MRN Jana Ma­riańskiego, który straszył interwencją radziecką, ale ostatecznie uznał zasadność postulatów strajkowych. Lokalne porozumienie wywołało aplauz. Demonstracja przeszła przez Gdynię z flagami; ludzie żegnali się i rzucali kwiaty. W „Dalmorze” wybrano gdyński komitet strajkowy, który zgodnie z umową zajął miejsce w Mło­dzieżowym Domu Kultury przy ulicy Polskiej. W nocy z wtorku na środę cały komitet aresztowano. MO w bestialski sposób skato­wała jego członków i osadziła w więzieniu w Wejherowie.

Gdańsk – demonstrujący robotnicy przed Dworcem Głównym, 15.12.1970 r.

W tym samym czasie w Gdańsku strajk rozpoczęły załogi Stoczni im. Lenina, Stoczni Północnej i Gdańskiej Stoczni Re­montowej, Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego oraz nie­których innych zakładów. Samorzutnie wyłaniano robotnicze ko­mitety strajkowe, zgłaszano postulaty cofnięcia podwyżek i po­prawy warunków pracy. O 7.30 demonstracja uformowała się pod budynkiem Komendy Wojewódzkiej MO, gdzie wywiązały się ost­re starcia ze specjalnymi oddziałami bojowymi policji. Tłum, li­czący około 10 tys. osób, obiegł też ponownie gmach KW. Walki z MO toczyły się koło Dworca, gdzie podpalono kilka samocho­dów milicyjnych. Wkrótce potem podpalono także budynek KW. Po ostrzegawczej salwie przebranej w mundury wojskowe policji rozległy się szydercze śmiechy manifestantów. Rozpoczęła się ewakuacja siedziby komitetu partyjnego. Pracownicy KW wyskaki­wali przez okna; podjęto też nieudane próby wyzwolenia oblężo­nych funkcjonariuszy helikopterem. Dopiero kolejny atak MO umożliwił zakończenie ewakuacji. Gmach KW został spalony. W całym mieście toczyły się starcia demonstrantów z milicją. Przeciw pałkom, petardom i gazom łzawiącym leciały kamienie. Przed Dworcem Głównym rozbrojono kolumnę transporterów WP. Padły znów ofiary. Aresztowanych katowano w milicyjnych „sukach”.

15 XII rano na posiedzeniu ścisłego kierownictwa partyjne­go z Gomułką na czele zapadła decyzja zezwalająca na użycie broni dla stłumienia demonstracji na Wybrzeżu. Decyzję podjął Gomułka w obecności przewodniczącego Rady Państwa Spychal­skiego i premiera Cyrankiewicza, przez co uzyskała ona moc pań­stwową. Obecny przy tym gen. Jaruzelski nie protestował, uwa­żając, że w Polsce rządzi i tak partia, a nie władze państwowe.Posiadając raporty o sytuacji na Wybrzeżu, kierownictwo gomułkowskie musiało więc mieć świadomość, że decyduje się na maso­wy rozlew krwi, a nie rozwiązanie polityczne. O 18.00 władze wprowadziły w Trójmieście „godzinę milicyjną”. W specjalnym programie TV Kociołek uzasadnił „akcję sił porządkowych” ko­niecznością „przywrócenia normalnego życia”. Jednocześnie sztab Kliszki podjął decyzję o obsadzeniu całego Trójmiasta wojskiem.

Tymczasem okazywało się, że nie wszyscy główni aktorzy po­litycznej sceny PRL wykonują polecenia Gomułki, a nawet że prowadzą własną grę. Niejasna jest rola, jaką odgrywał w wyda­rzeniach Moczar, który prawdopodobnie wydawał polecenia MO. Gen. Korczyński mógł wykonywać polecenia Gomułki, ale nie do końca jasne jest jego współdziałanie z Moczarem. Gierek przeby­wał na Śląsku, ale czujnie obserwował przebieg wydarzeń i praw­dopodobnie częściowo nimi sterował. Komendant Główny MO gen. Tadeusz Pietrzak, związany z Moczarem, nie chciał przyj­mować rozkazów od Kliszki, tylko od ministra Świtały. Zapytany 16 XII przez Gomułkę, jak zachowa się wojsko, gen. Jaruzelski odparł wymijająco, iż „armia wypełni swój obowiązek”. Gomułka zauważył, że sytuacja wymyka mu się z rąk. Zwrócił się więc o po­moc do Kremla. Nie wiadomo przy tym, na co liczył; „pomoc” Armii Czerwonej mogła sparaliżować opór społeczeństwa, mogła jednak doprowadzić do nieobliczalnych w skutkach walk, gdyby część żołnierzy WP zwróciła się przeciw Rosjanom.

Rano 16 XII wojsko obsadziło główne drogi i budynki pub­liczne w Trójmieście. Nie uspokoiło to jednak nastrojów. W Stocz­ni Gdańskiej 3/4 załogi wiecowało domagając się od dyrekcji od­powiedzi na robotnicze postulaty. Gdy grupa demonstrantów wy­szła za bramę, z czołgów padły strzały. Zginęły 2 osoby, a 11 było rannych. Wiec strajkowy zorganizowano w ZNTK i Porcie. Żą­dano podwyżki płac o 30% i gwarancji poprawy warunków miesz­kaniowych. O 9.00 Stocznia im. Lenina uchwaliła rozpoczęcie strajku okupacyjnego. Komitet strajkowy powołał specjalną straż robotniczą. Po południu strajk okupacyjny ogłosiła też Gdańska Stocznia Remontowa i Stocznia Północna. Postulaty strajkowe obejmowały ukaranie winnych złego stanu gospodarki, podwyżkę płac i usunięcie wojska z Trójmiasta. Spotkanie delegacji robot­niczej z dwoma członkami KW okazało się bezowocne. Władze nie zamierzały ustąpić. Doszło też do walk koło budynku telewizji gdańskiej, gdzie padły dalsze liczne ofiary. W Gdyni strajkowano w Stoczni im. Komuny Paryskiej i Porcie. Żądania obejmowały przede wszystkim zwolnienie aresztowanych przywódców strajku. Ponieważ władze nie reagowały, na ulicach znów nasiliły się de­monstracje. Próbowano podpalić komitet miejski PZPR. O 20.00 Zjednoczenie Przemysłu Okręgowego przekazało do gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej telefonogram o przerwaniu pracy w dniu następnym. Do Stoczni Gdańskiej weszło wojsko. W tym samym czasie zajścia uliczne objęły także Słupsk i Elbląg, gdzie demonstranci zaatakowali komitet PZPR. Wieczorem przed ka­merami gdańskiej TV Kociołek ponownie apelował o spokój i po­wrót do normalnej pracy. Było to sprzeczne z odezwą Zjedno­czenia.

Pochód mieszkańców Gdyni z ciałem „Janka Wiśniewskiego”, ul. Czerwonych Kosynierów (ob. Morska), 17.12.1970 r

Rankiem 17 XII tysiące ludzi zmierzały, zgodnie z odezwą Kociołka, w stronę zakładów pracy, ale w celu podjęcia strajków okupacyjnych. Wiadukt koło stacji Gdynia-Stocznia okazał się obstawiony wojskiem. Ludziom kazano się nagle rozejść i bez ostrzeżenia wojsko otworzyło do nich ogień. W masakrze zginęło kilkadziesiąt osób, w tym kobiety w ciąży. Nadjeżdżały ciągle nowe pociągi, z których wysiadali pracownicy zmierzający do Stoczni. Widząc, co się stało, około 5 tys. ludzi starło się z uzbrojonymi po zęby oddziałami MO i wojska. Z lokomotywy pobrano ropę, przy której pomocy atakowano wozy bojowe WP. Walki trwały po­nad dwie godziny. Padło wielu dalszych rannych i zabitych. Wojsko i milicja strzelały w tłumy zebrane na peronach, z hal Dworca Gdynia-Osobowa patrole milicyjne wyciągały młodszych męż­czyzn i biły ich do nieprzytomności. Jedna z grup robotników przedostała się do śródmieścia Gdyni niosąc na drzwiach zwłoki młodego mężczyzny, owinięte biało-czerwona flagą – symbol tra­gedii. Strzelanina trwała też przed Komendą MO i Prezydium MRN w Gdyni. Ostrzelanie spokojnie idących do pracy robotni­ków na wiadukcie gdyńskim było aktem ludobójczym, wykonanym z zimną krwią na rozkaz kogoś z partyjnej „góry”, by zapobiec przekształceniu się demonstracji w strajki okupacyjne, a także by przelana krew uczyniła sytuację Gomułki bez wyjścia. Kim był rozkazodawca – do dziś dokładnie nie wiadomo. Szczególną za­jadłość wobec demonstrantów przejawiał Kliszko, oddziałami WP stacjonującymi w Trójmieście dowodził gen. Korczyński, który osobiście brał udział w niektórych akcjach pacyfikacyjnych,

0 prowokację zaś podejrzewano Kociołka. Kulisy sprawy pozostają do końca nie wyjaśnione.

Szczecin – płonący gmach KW PZPR. 17.12.1970 r.

W tym samym czasie w Stoczni Szczecińskiej im. Warskiego zebrani na wiecu robotnicy wysłali swych przedstawicieli do I sekretarza KW Antoniego Walaszka. Powszechnie nienawidzony za arogancję i wystawny tryb życia bonza partyjny odmówił przy­bycia na zebranie z robotnikami i rozkazał otoczyć Stocznię kor­donem MO. Dowiedziawszy się o tym załoga Stoczni uchwaliła postulaty, obejmujące między innymi żądanie powołania nieza­leżnych od władz związków zawodowych, podwyżki płac, obniżki cen, zwolnienia aresztowanych oraz „nieszargania honoru wojs­kowego” przez przebieranie się milicji w mundury WP. Sformowa­no pochód, który zaraz po wyjściu ze Stoczni zaatakowany został pałkami przez milicję. Robotnicy cofnęli się, ale nie rezygnując z dotarcia pod gmach KW wyszli ponownie uzbrojeni w metalo­we rury. MO otworzyła ogień zabijając i raniąc wiele osób. Demon­stranci nie ustąpili jednak i będąc w większości natarli z taką siłą, że kordony milicyjne pękły. Parę wozów MO stanęło w płomie­niach, a pochód dotarł w końcu pod KW Przerażeni dygnitarze partyjni z samym Walaszkiem na czele uciekli do pobliskiej Ko­mendy MO. Jeden z sekretarzy KW, Łochowicz, w panice wysko­czył z okna i złamał nogę, jednak demonstranci nie tknęli go i po­zwolili rannego zabrać na pogotowie. Gmach KW został spalony, podobnie jak willa Walaszka.

Wojsko początkowo biernie przyglądało się w Szczecinie roz­wijającym się wydarzeniom. Kiedy rozchodzący się tłum został ponownie zaatakowany przez milicję od strony Komendy MO, demonstranci znów przeszli do natarcia oblegając budynek Ko­mendy. Część manifestantów podpaliła budynki pomocnicze, a in­na grupa wyważyła wrota gmachu głównego. Posypały się stamtąd strzały. Padli zabici i ranni. Do zdobycia Komendy nie doszło ponieważ do akcji włączyły się jednostki WP ściągnięte spoza Szczecina. Gdy minęło bezpośrednie zagrożenie „władzy ludowej”, milicja rozpoczęła pacyfikację miasta. Większych grup rozcho­dzących się demonstrantów unikała, lecz łapała i katowała poje­dynczych przechodniów. Setki osób pobito bestialsko i osadzono w więzieniach. Akcją w Szczecinie dowodził minister spraw we­wnętrznych gen. Ryszard Matejewski.

17 XII 1970 r. strajkował elbląski „Zamech”, rejon I portu w Gdańsku, ZNTK, „Unimor”, Gdańskie Przedsiębiorstwo Bu­downictwa Przemysłowego i inne zakłady Trójmiasta. W wieczor­nym dzienniku telewizyjnym ogłoszono uchwałę Rady Ministrów potwierdzającą zobowiązanie „organów ścigania” do podejmo­wania „odpowiednich” kroków w celu przywrócenia „porządku”, w tym „wszystkich prawnie dostępnych środków przymusu włącz­nie do użycia broni przeciwko osobom dopuszczającym się za­machów na życie i zdrowie obywateli, grabieży i niszczenia mienia oraz urządzeń publicznych”. O 20.00 przemówił premier Cyran­kiewicz. Rozprawiał wiele o „nadrzędnym interesie państwowym”, zauważył, iż niektórych ludzi „porwały emocje”, wykorzystane przez „elementy anarchistyczne, chuligańskie i kryminalne” oraz przez „wrogów socjalizmu” i „wrogów Polski”. Załamywał ręce nad zniszczeniami i grabieżą, dokonywaną, notabene, w dużej mierze przez cywilnych funkcjonariuszy SB, a także nad tym, iż wydarzenia stały się „żerowiskiem dla wrogów Polski Ludowej”. W potokach propagandowej demagogii o roli „klasy robotniczej”, która „pod przewodem swej partii” wydobyła Polskę z „mroku okupacji hitlerowskiej”, Cyrankiewicz wzywał dość dwuznacznie: „Odrzućcie od siebie prowokatorów, nie dawajcie posłuchu awan­turnikom”. W podobnym duchu utrzymane były też pierwsze ko­munikaty oficjalne w prasie centralnej, które ukazały się 17 XII, po trzech dniach starć na Wybrzeżu.

W piątek 18 XII strajkowały: port i stocznia w Gdyni, stocz­nie, I i II rejon portu, ZNTK i inne zakłady Gdańska. Nie praco­wały: „Zamech” i Zakłady Przemysłu Drzewnego w Elblągu, gdzie pod wieczór doszło do krwawych starć przed komitetem PZPR i od strzałów milicji i wojska padli znów zabici. Jedyną władzą w Szczecinie stał się Komitet Strajkowy Stoczni z członkiem partii Mieczysławem Dopierałą na czele. W skład tego komitetu weszli także przedstawiciele wielu strajkujących zakładów miasta. Sztab wojskowo-milicyjny z generałami Tuczapskim i Matejewskim na czele planował złamanie strajku siłą przy pomocy wojsk dywersyjno-desantowych. Robotnicy szykowali się do odparcia szturmu.

Sytuacja w Szczecinie była skrajnie napięta, ale do dalszych walk na razie nie dochodziło.

Obradujące z niewielkimi przerwami Biuro Polityczne za­częło się dzielić. O ile użycie siły w pierwszym momencie zostało zaakceptowane z różnych pobudek przez wszystkich członków BP, o tyle teraz, gdy padły już dziesiątki ofiar, kontrola nad apa­ratem przemocy znajdowała się raczej w rękach Moczara i Gierka niż Gomułki, a dalsze wprowadzenie do akcji wojska groziło nie­obliczalnymi konsekwencjami wobec zdarzających się wypadków odmawiania wykonywania rozkazów, kierownicze gremium PZPR uległo podziałowi. Już 18 XII okazało się, iż większość członków BP opowiada się za politycznym rozwiązaniem konfliktu. Koszty wydarzeń w tym przypadku musiałby zapłacić Gomułka i jego ludzie. Szef PZPR znalazł się w mniejszości ze swoimi tezami o konieczności zdławienia „kontrrewolucji”. Gdy ponadto otrzy­mał z Moskwy wiadomość, iż problem należy załatwić we­wnętrznymi siłami władz PRL, znalazł się w sytuacji bez wyjś­cia. Nie bez znaczenia był także fakt, iż obrady Biura Politycz­nego „ubezpieczały” oddziały Biura Ochrony Rządu pod dowódz­twem płk Henryka Piotrowskiego, który znajdował się w pełnej dyspozycji Moczara. Presja okoliczności wywołała u Gomułki atak nadciśnienia, w rezultacie czego odwiedziono go do rządowej kliniki.

Biuro Polityczne obradowało nadal pod kierownictwem Cy­rankiewicza. 19 XII wczesnym popołudniem gen. Jaruzelski po­informował Biuro Polityczne, że polecił zawiesić rozkaz strzelania do demonstrantów. Tejchma wysunął propozycję powołania Gier­ka na I sekretarza. Wniosek ten zdobył poparcie Jaroszewicza, Olszowskiego, Starewicza, Kociołka i Moczara. Oponował Strze­lecki. Gierek przybył do Warszawy ze Śląska, gdzie czuwał, by je­go „klasa robotnicza” poparła go przez „spokojną pracę”. Komen­tarze prasowe były już bardziej oględne. Nie potępiały „winowaj­ców” zajść; apelowały raczej o spokój i rozwagę. Wojsko opuściło Stocznię Gdańską, trwał strajk w Szczecinie, ale milicja przestała prowadzić akcje zaczepne. Panował nastrój wyczekiwania. W ko­munikacie PAP z 19 XII pojawił się wieloznaczny komentarz o tym, iż „rozsądek był szczególnie potrzebny rankiem 17 b. m. w Gdy­ni”. Choć nie wszyscy w Polsce wiedzieli jeszcze, że zdanie to kryje w sobie informację o bestialskiej masakrze, dla wtajemni­czonych w gry na najwyższym szczeblu władzy PRL stawało się jasne, iż dokonuje się przewrót pałacowy, a „brak rozsądku” za­czynano przypisywać Gomułce.

Nazajutrz, w niedzielę 20 XII Biuro Politycznie uzgodniło ostatecznie kandydaturę Gierka na nowego I sekretarza KC. Na czele PZPR stanął więc człowiek, który symbolizować miał nowy etap komunizmu w Polsce. W młodości górnik w Belgii, do 1944 r. nie miał większej styczności z ruchem komunistycznym i w ogóle z polityką. W 1948 r. repatriował się do Polski, gdzie mimo braku wykształcenia i zdolności umysłowych zrobił błyskawiczną karierę partyjną. Motorem awansu Gierka było bezwzględne posłuszeńs­two wobec stalinowskich mocodawców z Sekretariatu KC oraz mistrzostwo w rozgrywkach personalnych na Śląsku i w War­szawie.

20 XII rano wiadomość o odsunięciu dotarła do Gomułki w klinice na ul. Emilii Plater. O 9.30 wpadł on do sali, w której obradowało Biuro Polityczne, i w gwałtownych słowach zbeształ za spiskowanie za jego plecami. Groteskową, mimo całej tragedii scenę zakończyli lekarze, którzy udawszy się za byłym szefem par­tii oświadczyli zgromadzonej wierchuszce PZPR, że jeśli Go­mułka nie wróci natychmiast do szpitala, nie ręczą za jego zdrowie ani czyny. Wysłani przez BP do kliniki Kliszko i Cyrankiewicz uzyskali wreszcie od Gomułki rezygnację na piśmie. Gdy powróci­li na salę obrad Biura, usłyszeli, że zmiany muszą objąć także Strzeleckiego, Spychalskiego, Jaszczuka i samego Kliszkę, jako ludzi najbliżej związanych z Gomułką.

Jednocześnie zwołano w trybie nadzwyczajnym plenum KC Ponieważ mimo alarmowej sytuacji i polecenia, by korzystać z naj­szybszych możliwości komunikacyjnych, zgromadzenie w stolicy około stu osób z całej Polski musiało potrwać, VII plenum ze­brało się ostatecznie o 16.00. Informację o sytuacji w kraju, przy­gotowaną przez Jagielskiego, Olszowskiego, Starewicza i Szydlaka, przedstawił Kociołek. Cyrankiewicz zaproponował w imieniu Biura Politycznego Gierka na I sekretarza. Wniosek przyjęto przez aklamację. Mimo że Rumiński proponował dyskusję, na wniosek Gierka KC uznał, że nie czas na debaty. Obrady trwały dwie godziny. Całe odium za kryzys spadło na Gomułkę i jego czte­rech współpracowników. Na miejsce usuniętych do BP powołano Jaroszewicza, Moczara i Szydlaka, którzy byli dotąd zastępcami członków BP, a także dotychczasowego kierownika Wydziału Organizacyjnego KC, związanego z Gierkiem Edwarda Babiucha i moczarowca Olszowskiego. Na zastępców członków BP doko­optowano Jabłońskiego, gen. Jaruzelskiego i Kępę. Do Sekretaria­tu KC weszli jako nowi członkowie: Gierek jako I sekretarz, a tak­że Babiuch, Barcikowski i Kociołek. W nowym kierownictwie dominowały trzy główne grupy funkcjonariuszy: uważani za gierkowców Babiuch, Barcikowski, Jabłoński, Jagielski, Szydlak i Tejchma, zwolennicy Moczara – Kępa, Kociołek i Olszowski, a także trzecia grupa, złożona z niezależnych bonzów posiadających włas­ne oparcie na Kremlu, jak Jaroszewicz, Jaruzelski, czy niedobit­ków gomułkowskich, jak Cyrankiewicz, Jędrychowski i Loga-Sowiński. Był to układ nader nietrwały.

Plenum zakończyło się o 18.00, by dać Gierkowi choć trochę czasu na przygotowanie przemówienia dla Dziennika TV. Mo­wa telewizyjna Gierka skierowana była nie tylko do partyjnej „wierchuszki”, ale do zdezorientowanych mas członkowskich PZPR i całego społeczeństwa. „Zginęli ludzie – powiedział nowy szef partii – wszyscy przeżywamy tę tragedię. Nie mogą nie cisnąć się na usta pytania: dlaczego doszło do tego nieszczęścia? […] Jest naszym obowiązkiem – kierownictwa partii i rządu – udzielić par­tii i narodowi pełnej odpowiedzi na te pytania”. Gierek dostrzegł u podłoża sytuacji przyczyny obiektywne oraz takie, które wy­nikły z „nie przemyślanych koncepcji w polityce gospodarczej”. Stwierdził, iż partii „nie wolno utracić wspólnego języka z ludźmi pracy”. Zapowiedział rozpatrzenie możliwości poprawy położenia materialnego najniżej uposażonych oraz zmiany założeń planu pięcioletniego na lata 1971-1975. Pochwalił robotników, którzy nie strajkowali za „dyscyplinę społeczną”, a tym, którzy „dali się ponieść emocjom”, wybaczył łaskawie „postępowanie brzemienne w wielkie niebezpieczeństwa dla kraju”. Według Gierka to nie robotniczy protest, ale działania „wrogów socjalizmu” i żywiołów przestępczych musiały się spotkać ze zdecydowanym odporem sił „obrony porządku”. Na zakończenie jeszcze raz apelował o spo­kój, porządek i „jedność całego narodu”.

W wystąpieniu Gierka z 20 XII 1970 r. zastanawiać musiała płytkość analizy przyczyn kryzysu i gołosłowność obietnic. Nowy szef partii ogólnikowo odciął się od błędów poprzedniego kie­rownictwa, którego członkiem był przecież, przeszedł do porządku dziennego nad masakrą robotników, usprawiedliwił właściwie działania milicji i wojska, a jedynie obiecał poprawę bytu mate­rialnego mas. Przemówienie Gierka zrobiło jednak na ogół dobre wrażenie. Społeczeństwo w głębi kraju, zaintrygowane wydarze­niami na Wybrzeżu, lecz ciągle nie znające ich krwawego prze­biegu, wydawało się zaspokojone zmianą ekipy i nowym, jakby bardziej realistycznym stylem Gierka. Partyjne masy uznały, iż zapowiedzi poprawy sytuacji materialnej, jakie padły z ust szefa PZPR ze stosunkowo dobrze zagospodarowanego Górnego Śląs­ka, stanowią podstawę nadziei na lepszą przyszłość. Wstrząs był zresztą zbyt nagły, by wyartykułowano w samej partii bardziej gruntowne żądania.

Nieco inaczej było na Wybrzeżu. Strajki w zakładach Trój­miasta zostały zakończone. Wśród robotników panował nastrój żałoby i przygnębienia, ale czekano na ogół na to, iż nowe kierow­nictwo naprawi choć część krzywd. W Szczecinie komitet strajko­wy wykazywał bezczynność, toteż już po 20 XII powstał nowy, bardziej radykalny komitet z bezpartyjnym Edmundem Bałuką na czele. Gdy do miasta przybył minister Franciszek Kaim, na roz­mowy stawiły się oba przedstawicielstwa robotnicze, co ułatwiało stronie rządowej spacyfikować sytuację. Za cenę obietnic delega­ci strajkujących robotników zgodzili się przerwać strajk na okres świąt Bożego Narodzenia. Po świętach, które w całej Polsce ob­chodzono w nastroju smutku i niepewnych nadziei, nigdy nie od­wołany strajk szczeciński faktycznie uległ zakończeniu. Maksy­malne postulaty powołania wolnych związków zawodowych uzna­no na ogół za mało realne, podobnie jak żądania ograniczenia cenzury oraz wolności prasy i religii, toteż załogi przyjęły obietni­ce władz za dobrą monetę. Uspokojeni także kazaniem prymasa Wyszyńskiego z 20 XII i umiarkowaną postawą księży, którzy przestrzegali przed dalszym rozlewem krwi, robotnicy mieli zresztą i pewne podstawy do satysfakcji. Oto ich bunt obalił Gomułkę. Po raz pierwszy w krajach komunistycznych masy doprowadziły do zmiany rządzącej ekipy. 25 XII kardynał Wyszyński ponownie wezwał z katedry Św. Jana w Warszawie do spokoju, kierując sło­wa pociechy i współczucia do „współbraci trudnej i ciężkiej pracy, którzy straciliście swoich towarzyszy trudu”.

Obietnice władz były od początku z gruntu fałszywe. Dla ukrycia rozmiarów masakry na Wybrzeżu ciała ofiar, pakowane w plastikowe worki, chowano potajemnie, nocą, pod nadzorem specjalnych komisji MSW w zbiorowych grobach na cmentarzu witomińskim, w Sprzęgawsku i innych miejscach. Wobec tego iż władze przyznały się oficjalnie do 36, a później 45 ofiar śmiertel­nych, tylko taką ilość zwłok wydano rodzinom. Dokładna liczba zabitych przez milicję i wojsko demonstrantów na Wybrzeżu nie jest znana. Podane przez władze liczby – 45 zabitych, 1 165 ran­nych i 2 898 aresztowanych – były z pewnością zaniżone. Istnie­ją doniesienia o 147 ofiarach śmiertelnych w samym Szczecinie, a ogólną liczbę zabitych ocenia się na około 800 osób. Szczególną wymowę ma także fakt, że w czasie gdy władze zwalniały areszto­wanych i zapowiadały nowe, lepsze czasy, oficerom MSW dowo­dzącym akcją pacyfikacyjną na Wybrzeżu wypłacano nadzwy­czajne premie za ich działania.

Zamieszanie na najwyższym piętrze komunistycznej władzy ustawało. 21 XII nowa czołówka partyjna: Gierek, Babiuch i Tejchma spotkali się z kierownictwem ZSL z Czesławem Wycechem oraz SD z Zygmuntem Moskwą na czele, by potwierdzić, że poza retuszami personalnymi wszystko w systemie władzy ma pozostać po staremu. Jednocześnie nadeszła oficjalna depesza gratula­cyjna dla Gierka z Moskwy. Breżniew uznał i pochwalił nowego szefa PZPR nie wspominając ani słowem o wydarzeniach na Wy­brzeżu. Komentarze prasowe wyrażały „ulgę” po VII plenum KC, podkreślały szanse „przełamania kryzysu” zaufania między kie­rownictwem partyjnym a społeczeństwem. Prawi ono wiele o ko­nieczności „spojrzenia w przyszłość” i „rozwinięcia dialogu”, a ko­mentarze tego rodzaju podpisywali często dziennikarze znani z czar­nosecinnych wystąpień w marcu 1968 r. 22 XII Rada Ministrów uchyliła ustawę z 17 XII o możliwości użycia broni przeciw de­monstrantom.

23 XII zebrał się Sejm PRL, by wysłuchać przemówienia Gierka o „odbudowie więzi wzajemnego zaufania” oraz by za­twierdzić zmiany personalne. Z funkcji przewodniczącego Rady Państwa usunięto Spychalskiego, a premierem przestał być Cy­rankiewicz. O ile dla pierwszego odstawka była całkowita, dru­giego wycofano na stanowisko opróżnione przez Spychalskiego. Nowy premier Jaroszewicz podziękował nawet Cyrankiewiczowi za „długoletnią, pełną zaangażowania pracę”. Wobec powołania Kociołka na sekretarza KC zrezygnował on z funkcji wicepre­miera, a nowymi zastępcami szefa rządu zostali Franciszek Kaim i Jan Mitręga. Wraz z nowymi ministrami przemysłu maszyno­wego Tadeuszem Wrzaszczykiem i przemysłu ciężkiego Włodzi­mierzem Lejczakiem stanowili oni grupę zaufanych współpracow­ników Gierka. Nowy premier Jaroszewicz wygłosił dość rzeczowe przemówienie o kierunkach najbliższych prac rządu, po czym Sejm partyjnych mianowańców udzielił Radzie Ministrów, odpo­wiedzialnej przecież za masakrę na Wybrzeżu, absolutorium.

„Zaufanie się odradza”, donosiła prasa akcentując „dobro­dziejstwa” nowej ekipy: 7 mld zł przeznaczono na poprawę sytua­cji materialnej rodzin najuboższych, 29 XII Biuro Polityczne pod­niosło najniższe płace, a minister handlu zagranicznego Janusz Burakiewicz podpisał umowę handlową z ZSRR obejmującą roz­szerzenie dostaw radzieckich dla Polski w 1971 r. Obiecano też zamrozić ceny na najbliższe lata. Władzom, w których grudzień przyniósł tylko początek powierzchownych zmian personalnych, wydawało się, iż tragedię Wybrzeża da się zaklajstrować obietni­cami, gestami w dziedzinie ekonomicznej oraz nowym stylem propagandy.

solidarni2010.pl
fot. IPN

LOGO-11a

Sławomir Cenckiewicz obala 14 mitów Wałęsy

Od roku trwa kampania propagandowa, której punktem ciężkości jest obrona Wałęsy przed „Bolkiem” (sic) i syndromem agenta bezpieki, mogącym wpływać na jego działalność zwłaszcza w latach 1980-1989.

bolek-i-kiszczak

Było to do przewidzenia, gdyż co najmniej od czasu ukazania się książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, dyskusji na temat biografii Wałęsy towarzyszą politycznie poprawne akty strzeliste polityków i zideologizowanych historyków zapewniających, że „Wałęsa był niesterowalny”, że „był człowiekiem walki” o „konsekwentnej postawie”, a „epizod [jego] współpracy z SB” nie miał wpływu na jego „autentyczne zbuntowane przywództwo” w latach 80.

Akcja obrony Wałęsy przez historyków, z których – co ciekawe – żaden nie podjął się przebadania pełnej biografii Wałęsy, charakteryzuje stanowisko oparte na trzech fundamentach:
– odmowie wiedzy źródłowej (także wynikającej z faktu nieprowadzenia studiów i kwerend),
– próbie narzucenia obowiązującej interpretacji teczkom TW „Bolek”
– swoistej „odporności” na wciąż odnajdywane archiwalia, które z góry unieważnia teza lansowana od wielu lat o „grze” i „autentyzmie przywództwa” Wałęsy.

Taki fundamentalizm niejako automatycznie zmusza do odrzucenia każdego artykułu, książki, poglądu czy nawet roboczej hipotezy na temat Wałęsy, które nie odpowiadają stanowisku samozwańczych interpretatorów.

Najlepszym przykładem takiej próby narzucenia obowiązującego stanowiska jest oświadczenie Andrzeja Friszke zamieszczone na stronie internetowej „Laboratorium Więzi”. Atakując mnie osobiście, manipulując cytatami (z Kiszczaka), wbrew faktom i dostępnym źródłom Friszke pisze, że „nie ma jednak żadnych dokumentów, które by pozwalały stawiać znak zapytania nad uczciwością i autentyzmem przywództwa Wałęsy”.

Kolejny atak ze strony człowieka, który od wielu lat fałszował historię Wałęsy i robił wszystko, by prawda o nim nie mogła ujrzeć światła dziennego, traktuję niczym nobilitację.

Czytelnikom natomiast proponuję podróż po 14 mitach Wałęsy opartych na dokumentach i innych dostępnych źródłach historycznych.

1. Mit skoku

fot. autor nieznany / https://en.wikipedia.org/wiki/Public_domain

O świcie w czwartek 14 sierpnia 1980 r. ulotki Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w obronie zwolnionej ze stoczni Anny Walentynowicz, pojawiły się w pociągach Szybkiej Kolei Miejskiej, na dworcach PKP, w okolicach i na terenie największych zakładów pracy. Akcja WZZ była dobrze przygotowana i skoordynowana. Organizacją strajku zajął się Bogdan Borusewicz, który szczegóły ustalił z młodymi stoczniowcami z WZZ – Jerzym Borowczakiem, Bogdanem Felskim i Ludwikiem Prądzyńskim. Rozmawiał również z Lechem Wałęsą. Chodziło o to, by ten od pierwszej chwili wsparł strajk, przedostając się rano na teren stoczni.

Wałęsa wystraszył się propozycji Borusewicza i nie zrealizował wyznaczonego zadania. 14 sierpnia 1980 r. umówiony na godzinę 6.00 Wałęsa nie pojawił się w Stoczni. Ta kwestia nasuwa wiele poważnych wątpliwości, a nawet podejrzeń. Tej tajemnicy Wałęsa nie jest w stanie wytłumaczyć nawet do dzisiaj. Wyznał swego czasu: „Do dziś nie wiem, co spowodowało, że spóźniłem się 2 czy 3 godziny”. Podaje nie tylko różne powody swojego spóźnienia, ale i czas przybycia na umówione miejsce. Kiedy w końcu pojawił się pod stocznią, nadal jednak – wbrew umowie – nie wszedł do niej. Dociekliwość pytających w tej sprawie potrafił skwitować żartem: „No… dwie godziny się spóźniłem, z jakichś błahych powodów, dziecko mi się urodziło czy coś takiego (śmiech)”.

Według kilku zgodnych relacji Wałęsa pojawił się na terenie stoczni dopiero około godziny 10.00 lub nawet nieco później. Po co więc omijał bramy, chcąc przedostać się do stoczni? Warto zwrócić uwagę, że nawet przygotowując, wraz z zespołem współpracowników, swoją autobiografię – Droga nadziei, nie potrafił zatrzeć wyraźnych śladów tkwiącej w tym wydarzeniu tajemnicy pisząc raz o tym, że „przeskoczył przez płot”, a innym miejscu tej samej książki o skoku „przez mur” w zupełnie innym miejscu.

Sprzeczne wersje, „amnezja” i niejasne wypowiedzi Wałęsy na temat „skoku przez płot” przed długie lata wzmacniały hipotezy o „motorówce” Marynarki Wojennej, którą miał on przypłynąć do stoczni. Nie ma na ten temat żadnych dokumentów, trudno więc pokusić się w tej sprawie o jakiś jednoznaczny osąd, ale w ostatnim czasie media upubliczniły podsłuchaną rozmowę dwóch byłych oficerów kontrwywiadu wojskowego PRL (WSW) z 20 listopada 2007 r., w której padły zaskakujące słowa:

„Aleksander L.: Waga Andrzej [Romuald] był dowódcą kutra, który przewoził Lecha. Leszek T.: Admirał później? Aleksander L.: …tak…, który przywoził Lecha… od tyłu do stoczni, i Lecho został wsadzony do stoczni, wiadomo jak”.

Kiedy Wałęsa przeczytał treść tej rozmowy i dowiedział się, że materiałem tym dysponuje ABW, od razu nerwowo oświadczył, że „w tym nie uczestniczył”, a motorówką dowieziono do stoczni jego „sobowtóra”. Rozmowa ta potwierdzałaby relację jednego z pierwszych świadków – Aleksandra Kopcia (w okresie strajków sierpniowych 1980 r. minister przemysłu maszynowego i negocjator rządowy, później wicepremier), kwestionującego „skok przez płot” na rzecz motorówki. Już w 1991 r. pisał, że podczas pobytu w Gdańsku w sierpniu 1980 r. „nieobce były pogłoski, że [Wałęsa] wpłynął tam kutrem patrolowym marynarki wojennej…”. Z kolei w jednym z wywiadów Kopeć połączył tę wersję z jego „zależnościami od SB”, drwiąc o pokonywaniu 4-metrowych płotów. Wskazując na marynarkę wojenną, Kopeć sugeruje „innego rozgrywającego” oprócz SB – służby wojskowe. Paradoksalnie być może obie wersje – motorówki i przejścia przez mur w okolicy ulicy Jana z Kolna, nie są ze sobą sprzeczne. Musimy dalej szukać i starać się to wyjaśnić…

2. Mit niezależności w Sierpniu‘80

fot. Giedymin Jabłoński/European Solidarity Centre; ecs.gda.pl

Ludzie obozu władzy PRL na wieść o pojawieniu się Wałęsy na terenie stoczni w dniu 14 sierpnia 1980 r. nie kryli swojej radości. Istnieje ważna relacja Edwarda Gierka opublikowana w wywiadzie rzece „Przerwana dekada”: „na posiedzeniach Biura [Politycznego KC PZPR], na przykład, [Stanisław] Kowalczyk, ówczesny minister spraw wewnętrznych, przechwalał się, że Wałęsa jest jego człowiekiem”.

W 2011 r. pisał też o tym doradca ekonomiczny Gierka – Paweł Bożyk: „Jeszcze przed wyjazdem na urlop [w 1980 r.], w czasie jednej z moich rozmów z Gierkiem, do jego gabinetu wszedł nagle minister spraw wewnętrznych Stanisław Kowalczyk. Takie zachowanie świadczyło o nadzwyczajnej ważności spraw, które chciał przedstawić Gierkowi. Spojrzał na mnie wymownie, jakby chciał mnie wyprosić, ale Gierek powiedział: – Paweł jest wprowadzony w sprawy, może wziąć udział w naszej rozmowie. – Chciałem was poinformować oficjalnie, że Wałęsa to nasz człowiek, współpracujemy z nim, także finansowo, już od siedmiu lat – oświadczył Kowalczyk. – Jestem więc pewien, że się dogadamy. – To dobrze – odpowiedział Gierek. – Rozmawiajcie z nim, nie róbcie mu krzywdy. Sam myślę, czy nie wybrać się na Wybrzeże, ale to chyba jeszcze za wcześnie. Niech Jagielski wpierw podpisze z Wałęsą porozumienie, a wtedy się zobaczy, w każdym razie dopuszczam taką możliwość”.

Świadectwo Bożyka koresponduje z relacją Gierka, choć ten – w odróżnieniu od swojego doradcy – nie wspomniał o gratyfikacjach finansowych, które miał otrzymywać Wałęsa. Na nieformalne związki Wałęsy z przedstawicielami obozu władzy PRL już przed Sierpniem ’80 zwracały uwagę wschodnioniemieckie tajne służby i funkcjonariusze partyjni. W notatce (na temat poglądów Edwarda Gierka) przygotowanej przez wywiad NRD w połowie 1982 r. czytamy m.in.:

„On [Stanisław Kania] i [Kazimierz] Barcikowski nawiązali już w 1978 r. poprzez [Tadeusza] Fiszbacha i [Jana] Łabęckiego [kierował PZPR w Stoczni Gdańskiej] bezpośrednie kontakty z Wałęsą i innymi późniejszymi liderami »Solidarności«. (…) Wałęsa był chroniony. ([Stanisław] Kowalczyk oświadczył na początku 1979 r., że Wałęsa został przez Kanię kupiony)”.

Problem ten poruszył w swoich pamiętnikach również Aleksander Kopeć, w sierpniu 1980 r. członek komisji rządowej i minister przemysłu maszynowego:

„Strajk rozpoczął się 14 sierpnia. Lech Wałęsa znalazł się na terenie stoczni – nieważne jakim sposobem – w podwójnej roli: zadawnionego tajnego współpracownika SB i aktywnego działacza nielegalnych WZZ. W pierwszej fazie strajku nasz bohater zachował się poprawnie wobec obu stron: rozwoził ulotki, rozlepiał je i nawoływał do strajku, wznosił antypaństwowe okrzyki, żądał załatwienia postulatów. Organy władzy też były zadowolone”.

Trudno jednoznacznie zinterpretować te wszystkie świadectwa. Warto jednak wspomnieć, że sam Wałęsa powiedział kiedyś o funkcjonariuszach SB, którzy na  początku strajku proponowali mu rozmowy z Gierkiem:

„W 1980 r., drugiego dnia strajku przyszedł do mnie esbek i zaproponował spotkanie z Gierkiem w Pruszczu. Odpowiedziałem: zgoda, ale jeszcze nie teraz. Dajcie mi trochę czasu. W tym czasie do Gierka poszedł raport »Wałęsa jest nasz!«”.

3. Mit organizatora strajku

fot. FORTEPAN / Erdei Katalin; https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.en

Nie wiemy, jak wyglądały rozmowy Wałęsy z funkcjonariuszami SB podczas strajku. Jest faktem, że przez pierwsze trzy dni protestu wszystko szło zgodnie z planem. Mjr Jerzy Frączkowski wspomina, że dyrektor Stoczni Gdańskiej Klemens Gniech wyrażał radość, że na czele Komitetu Strajkowego stanął właśnie Lech Wałęsa, którego dobrze znał jeszcze z Grudnia ’70. Był przekonany, że się z nim dogada. I tak się stało. 16 sierpnia Wałęsa triumfalnie ogłosił zakończenie strajku po tym, jak władze reprezentowane przez dyrektora Gniecha wyraziły zgodę na główne żądania strajkujących (m.in. podwyżkę płac, tablicę ku czci poległych w 1970 r. i przywrócenie do pracy zwolnionych stoczniowców), a Komitet Strajkowy przegłosował zakończenie strajku. Wałęsa ogłosił tę decyzję publicznie o godzinie 14.17. Wstając od stołu w sali BHP, zwrócił się do stoczniowców przez radiowęzeł: „Stoczniowcy, delegaci i komitet strajkowy uważają, że mamy, co chcieliśmy. Dziękuję wam za wytrwanie. Ze stoczni, jak obiecałem, wyjdę ostatni. Ja ogłaszam, że podstawowe sprawy zostały rozwiązane. Nadszedł moment zakończenia zmagań. Pozwalam do osiemnastej wszystkim opuścić stocznię”. Gniech wraca do swojego biura, dzwoni do ministra przemysłu maszynowego Aleksandra Kopcia i z satysfakcją raportuje: „Wszystko poszło, jak się umawialiśmy… Tak… Skończony… Podpisaliśmy… Gładko… W poniedziałek przychodzą do pracy”.

Wałęsa znalazł się w sytuacji podobnej do tej, kiedy 15 grudnia 1970 r. stanął w oknie Komendy Miejskiej MO i próbował przemawiać do stoczniowców. Doskonale zapamiętał swój nowy dramat. W Drodze nadziei przytacza relację swojego przyjaciela – Leona Stobieckiego, z którą nawet nie próbuje polemizować: „Lechu, widząc mnie i Zdzicha, podnosi ręce i mówi: Zwyciężyłem. – A ja mówię: – Ch…  żeś zwyciężył. Ty żeś przegrał. Zobacz, co się robi na terenie Stoczni, masz pocięte kable, nagłośnienie jest porąbane siekierami, na murach wypisują tobie zdrajca, szpicel i cię opluwają. A jak wyjedziesz za bramę, to cię ukamienują. – Lecha zamurowało i pyta: Jezus, co ja zrobiłem? – A Zdzichu mu powiedział: – Co żeś zrobił, wszystkich nas sprzedałeś”.

Decyzja o zakończeniu strajku, którą przez stoczniowe megafony ogłosił Wałęsa, spotkała się z oburzeniem części załogi stoczni, przedstawicieli innych strajkujących zakładów, a także obecnych na terenie zakładu działaczy WZZ (zwłaszcza Anny Walentynowicz i Aliny Pienkowskiej), którzy domagali się kontynuowania strajku do czasu realizacji postulatów zgłoszonych przez inne zakłady pracy (m.in. zalegalizowanie Wolnych Związków Zawodowych)”.

Dokumenty SB potwierdzają tę relację. Wałęsa został oskarżony o zdradę:

„Znaczna część stoczniowców opuściła teren zakładu. Pozostała grupa około 1200 osób na czele z B. Borusewiczem i A. Walentynowicz zorganizowała wiec i nawoływała do kontynuowania strajku. Lech Wałęsa jednoznacznie oświadczył, że sprawę strajku uważa za załatwioną. Borusewicz i Walentynowicz oraz Szołoch wraz z grupą po­stanowili nadal strajkować zarzucając Wałęsie zdradę”.

Po opanowaniu sytuacji w Stoczni Gdańskiej im. Lenina znów pojawił się problem przywództwa strajkowego. Świadek tego dramatu – Leszek Zborowski, w następujący sposób zapamiętał tę sytuację:

„Wałęsa strajk rozbił i natychmiast zniknął. Powstała bardzo trudna sytuacja. Do stoczni powoli wracali jej pracownicy. (…) I w tym momencie pojawił się Wałęsa. Borusewicz zażądał więc, aby ten naprawił to, co zepsuł i przemawiał do ludzi, aż zapadnie decyzja, kto poprowadzi strajk. Wałęsa zdecydowanie odmówił. Byłem jednym z kilku świadków tej sytuacji. Wódz [Wałęsa] nie był już w stanie niczym nas zaskoczyć. Ktoś z obecnych nazwał go agentem. Powstała prawdziwa awantura. Bogdan Borusewicz był tak zdenerwowany zachowaniem Wałęsy, że z trudem panował nad nerwami. Po trwającej dłuższą chwilę kłótni Bogdan, krzycząc, przypomniał wodzowi, że to właśnie jego koledzy z WZZ-tów wspierali go w ostatnich kilku latach i że jest im winien przynajmniej tyle. Miał w końcu pomóc uratować strajk, który właśnie rozbił. Wałęsa ponownie odmówił. W tym momencie całemu zajściu przyglądała się już znaczna grupa stoczniowców. Ludzie nie byli pewni, co się dzieje. Ktoś zaczął wpychać wodza na wózek, a inni zaczęli skandować jego imię. W tej sytuacji nie miał on już żadnego wyboru, jak tylko chwycić mikrofon i zacząć mówić. Krótko po tym stał się ponownie wodzem, a jedyne co można było zrobić, to nie pozwolić mu rozbić strajku po raz drugi”.

Tak też się stało. Przywództwo Lecha Wałęsy „przyklepano” wieczorem 16 sierpnia podczas spotkania w sali BHP. Nieco wystraszony, miał się zwrócić do WZZ-owców słowami: „Czy pozwolicie mi dalej przewodniczyć? Jak się nie będę nadawał, to mnie zmienicie”. Uzyskał akceptację, ale od tej pory miał koło siebie Andrzeja Gwiazdę, Alinę Pienkowską, Bogdana Borusewicza i innych wolnych związkowców.

Mimo publicznie formułowanych wobec Wałęsy oskarżeń o zdradę zdołał on – w warunkach wszechogarniającego chaosu i krańcowego napięcia – uratować swoją pozycję i stanął na czele Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Przypadek? W takich sytuacjach nawet niewielka, ale dobrze zorganizowana grupa, która w sposób zdyscyplinowany wykonuje rozkazy, potrafi skutecznie sterować nastrojami i działaniami wielkich mas ludzkich. SB taką organizacją dysponowała. Czy jej użyła, by obsadzić i umocnić, jak sam o sobie mówił Wałęsa – „Lesia” na pozycji lidera? Na pewno SB mogła być znów usatysfakcjonowana…

4. Mit niekwestionowanego przywódcy

fot. Krzysztof Góralski/ Dziennik Dolnośląski; https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.en

1 września 1980 r. Lech Wałęsa był już zupełnie innym człowiekiem. Nagle dostał od losu to, o czym od zawsze marzył – władzę, sławę, a nawet większe mieszkanie niż wojewody. Później było coraz więcej pieniędzy, powodzenie u kobiet, spotkanie z papieżem, wywiady, pochwały ze strony „jajogłowych” i duchownych, okładki światowych gazet, spotkania na politycznym szczycie…

Nie radził sobie z własną przeszłością i prawdopodobnie to właśnie jej najbardziej się obawiał. Tożsamość „Bolka” w naturalny sposób wyznaczała mu pole politycznego manewru w grze z silniejszymi, jak często będzie później określał władzę komunistów. Oni zresztą też to świetnie rozumieli, więc już dwa dni po podpisaniu porozumień sierpniowych, 2 września 1980 r. akta agenturalne Wałęsy, oznaczone sygnaturą nr I-14713, opuściły archiwum SB w Gdańsku. Trafiły do pionu operacyjnego bezpieki (Wydział III „A”), który przystępował właśnie do rozpracowania ruchu „Solidarności” i jej liderów. W sensie dosłownym akta „Bolka” będą już zawsze w „służbowym wykorzystaniu” i nigdy nie wrócą do archiwum SB.

Już w pierwszych dniach września 1980 r. Wałęsa musiał jednak stoczyć bój o zachowanie swojej pozycji w tworzącej się „Solidarności”. Miał przeciwko sobie większość środowiska byłych już WZZ-ów, które wspierał z kolei Jacek Kuroń i kierowana przez niego większościowa część KSS KOR, upatrując w tym szansę na przejęcie kontroli nad całym ruchem. Kuroń przyjechał do Trójmiasta 2 września z gotowym projektem politycznym, który zakładał podporządkowanie związków zawodowych radom zakładowym, co przekreślałoby rozwój ruchu w tym kierunku, który jednak wkrótce powstał jako „Solidarność”. Personalnym elementem pakietu programowego Kuronia było natychmiastowe ogłoszenie Wałęsy agentem SB i usunięcie go z funkcji przewodniczącego MKZ.

Wałęsa nie tylko uratował swoją głowę, ale szybko rósł w siłę przy wsparciu przeróżnych sił i czynników. Najważniejszym czynnikiem wzmacniającym jego pozycję było utworzenie „Solidarności” (formalnie 17 września 1980 r.) i ustanowienie go przewodniczącym Komisji Porozumiewawczej (później Krajowej Komisji Porozumiewawczej). Z drugiej strony bezpieka odnotowywała niemal każdą dyskusję oponentów Wałęsy i skrzętnie gromadziła dowody na to, że pozycja przywódcy „Solidarności” jest zagrożona ze strony solidarnościowej „ekstremy” wywodzącej się z KOR i WZZ. Wałęsa był prewencyjnie o wszystkim informowany. Nieprzypadkowo szef MSW gen. Mirosław Milewski przypominał towarzyszom z KC PZPR, że „KOR krytycznie ocenia Wałęsę i chce go zmienić”, ale on o wszystkim wie. W istocie, Wałęsa dobrze orientował się w prowadzonej przeciwko niemu grze i zdawał sobie sprawę, że w zmaganiach ze znienawidzonymi przez władze PRL KOR-owcami zawsze może liczyć na taktyczne wsparcie komunistów i bezpieki. Wałęsa zyskiwał też w oczach ludzi aparatu władzy, dla których wewnątrzsolidarnościowy spór był zapowiedzią rychłego podziału w Związku, a w konsekwencji jego wewnętrznej dekompozycji. Dał temu wyraz sam I sekretarz KC PZPR Stanisław Kania podczas jednej z jesiennych narad partyjnych 1980 r.:

„ja nie sądzę, żeby były jakiekolwiek obawy obalenia Wałęsy, jak to się u nas upowszechnia, postępujmy ostrożnie, bo go obalą. Żaden z doradców się tego nie odważy zrobić. Wałęsa jest potrzebny, nazwisko Wałęsy jest potrzebne, stał się już instytucją i parawanem, za którym można manipulować w »Solidarności«”.

5. Mit wyzwolonego z przeszłości i zbuntowanego

fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

Kiedy w październiku 1980 r. Wałęsa pojechał w swoje rodzinne strony, był bliski wyrzucenia z siebie całej udręki, którą w sobie nosił. Być może to nagły impuls religijny, skrucha i rachunek sumienia wyznane w konfesjonale w przededniu Święta Zmarłych i odwiedzenie grobu rodziców, poprowadziły go ku zaskakującemu publicznemu wyznaniu. 1 listopada 1980 r. stanął przed tłumem ludzi we Włocławku, których dobrze znał z dawnych lipieńskich czasów, i zaczął nagle mówić, że w 1970 r. „kierował strajkiem” w Stoczni Gdańskiej „bardzo nieudolnie, bardzo źle”, a później miał „okresy zachwiania, podłamania trochę i doszedłem do wniosku, że ja jednak nie zorganizuję tego ruchu, bo byłem za bardzo obstawiany”. Mówił chaotycznie i niezrozumiale, ale na pewno o sobie i swojej agenturalności: „Tam myślałem – człowieku zdechniesz – wiesz, że mało tego system ten jest taki chwiejny, że nie wiesz, czy jutro ktoś nie odda twoich dokumentów i nie powie albo nie wstanie ci ten, co tobie proponował i on to powie, że tobie to proponował, bo chciał zobaczyć, czy ty będziesz człowiekiem dobrym czy złym. On to powie. Nie wierzcie tym agenciakom, oni się wszyscy wysypią. Bo oni, tamci spece, oni powiedzą, że jak on się pchał, to ja go przyjąłem, ale patrzcie co mam – to się wszystko wyda – wyda się nie teraz to później – ale się wyda i dlatego człowiek się zastanawia, gdzie trafi – najlepiej się zastanowić w kościele, bo ci stara ani dzieci nie przeszkadzają. Tam się przez godzinę uporządkujesz. Ja, jak wchodzę do kościoła, to zapominam o wszystkim – ja się tam sprawdziłem – myślałem, ile mi jeszcze zostało, może dzień, może rok – tego nie przewidzisz – i z czym ja stanę, że zdrajca, że świnia, że oszukał ludzi”.

Chorobliwa ambicja i pycha Wałęsy połączona z silnym kompleksem przeszłości i strachem przed komunistami prowadziły „Solidarność” ku katastrofie. Jego pozycja w „związku coraz bardziej zależała od wsparcia, jakiego udzielał mu obóz władzy w walce z wewnętrzną opozycją w „Solidarności”. Przekazywanie Wałęsie wyprzedzających informacji na temat zamiarów jego oponentów w związku, ukierunkowanie agentury na pomoc przewodniczącemu, wreszcie przygotowanie alternatywnego wariantu na wypadek wyeliminowania Wałęsy z kierownictwa „Solidarności” przez „ekstremistów”, wszystko to należało w 1981 r. do podstawowych zadań SB.

Wałęsa posiadał własne nieformalne kontakty z ludźmi obozu władzy. Broniąc się w stanie wojennym przed zarzutem walki z ustrojem, przywoływał nawet swoje zasługi w walce z solidarnościową „ekstremą” i ujawnił zakulisowe rozmowy i ustalenia z komunistami. W rozmowie z przedstawicielami władz z listopada 1982 r. wspominał zakulisowe gry, w których uczestniczył w 1981 r.:

„Głównie chodzi o to, żeby odsunąć ekspertów, tych, którzy wam nie odpowiadają. Ja ich odsunę. Siadamy razem z ministrem Cioskiem, czy z kimś innym i opracowujemy statut doradców. To mówiłem przed stanem wojennym Kołodziejskiemu. W tym statucie będzie, że doradca i ekspert to tylko opracowuje i nawet nie wypowiada się. Opracowuje tematy, które wcześniej są uzgodnione z Cioskiem. W ostatnim punkcie byłoby napisane, że kto na swoją rękę jeździ i się wygłupia, i tworzy, to może dostać baty, bo on nie jest Związek i nie wykonuje poleceń związkowych. Część by się zgodziła a część nie. Wtedy oni sami odpowiadają. To nie ja”.

W kontekście nieformalnych kontaktów z ludźmi władzy Wałęsa mówił też o decyzjach kadrowych:

„Nie zarzuci pan mi nic, że w Gdańsku miał pan jednego człowieka, który wam mógł się nie podobać. Wyczyściłem. Nie zarzuci mi pan też, że tam, gdzie miałem wpływ, to znaczy w prezydium KK [NSZZ „Solidarność”], które dobierałem, dobrałem jednego człowieka, który wam nie odpowiadał. Pytałem się nawet”.

6. Mit represjonowanego przez komunistów

fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

Nad koncepcją „ochrony operacyjnej” Wałęsy i „Solidarności” czuwał Wydział III Departamentu III „A”, na którego czele stał płk Władysław Kuca. Był to specjalny zespół funkcjonariuszy SB, cieszący się szerokimi kompetencjami oraz wsparciem kierownictwa resortu i partii, zajmujący się ruchem „Solidarności”. W sporze z całą wewnątrzzwiązkową opozycją partia i bezpieka stanęły murem za Wałęsą. Z entuzjazmem przyjmowano w MSW próby wyeliminowania przez Wałęsę niepokornych działaczy z „Solidarności”: „Na skutek powstałych różnic poglądów w łonie MKZ Gdańsk, jego przewodniczący Lech Wałęsa dąży obecnie do uzdrowienia zaistniałej sytuacji, mając główny cel wyeliminowanie z grona MKZ ludzi nieukładnych, którzy nie podporządkują się w działaniu jego kierownictwu – czytamy w raporcie Departamentu III »A« ze stycznia 1981 r.”

Miesiąc później gotowy był już plan działania SB na wypadek podjęcia próby pozbawienia Wałęsy funkcji przewodniczącego Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność”. 21 lutego 1981 r. Wydział III Departamentu III „A” MSW opracował Koncepcję przygotowania i realizacji działań na przypadek wykonania zamiaru eliminacji Lecha Wałęsy z przewodniczącego KKP NSZZ „Solidarność” przez KSS KOR i elementy ekstremistyczne. Plan MSW zakładał „podjęcie szeregu działań obronnych i ofensywnych” chroniących Wałęsę, gdyby większość przedstawicieli władz regionalnych NSZZ „Solidarność” zadecydowała o wyborze nowego szefa KKP. Wśród różnego typu przedsięwzięć operacyjnych zakładano m.in. opublikowanie przez Polską Agencję Prasową oświadczenia „zawierającego tło i przyczyny odsunięcia Lecha Wałęsy ze stanowiska przewodniczącego KKP przez KSS KOR”. Departament IV MSW miał też sprowokować Episkopat Polski do wydania listu w obronie Wałęsy. A rzecznik prasowy rządu miał ogłosić komunikat, „w treści którego wyrażony byłby szczery żal z powodu odejścia Lecha Wałęsy ze stanowiska przewodniczącego Krajowej Komisji Porozumiewawczej”. Natomiast dzięki wytypowanym dziennikarzom radia i telewizji zamierzano „przeprowadzać wywiady z robotnikami dużych zakładów przemysłowych, opowiadających się za powrotem L[echa] Wałęsy i natychmiast je publikować”. Ponadto planowano również opracować ulotki tłumaczące rolę KOR w wyeliminowaniu Wałęsy, które powinny być „rozkolportowane w miejscach publicznych miast wojewódzkich i w dużych zakładach pracy, siłami własnymi SB, po zdjęciu Wałęsy”. Szczególną rolę przewidziano dla osobowych źródeł informacji:

„- Wszystkie piony operacyjne uruchomią w trybie natychmiastowym sieć osobowych źródeł informacji, zlecając im zadanie wywołania i podtrzymania w miejscach pracy dyskusji na temat odwołania Wałęsy oraz inspirowania innych osób do zadawania pytań działaczom »Solidarności« – kto i w czyim interesie doprowadził do zdjęcia wymienionego oraz żądanie przywrócenia Wałęsie władzy; – Wytypowana sieć winna w trakcie dyskusji, wskazywać na KSS KOR i osobiście Jacka Kuronia jako sprawców »wykończenia« Wałęsy; – Zmasowane działania poprzez osobowe źródła informacji i w drodze ulotkowej winny wywołać powstanie »powszechnej obrony« Wałęsy i potępienie KSS KOR”.

W akcję obrony Wałęsy planowano też włączyć piony wywiadu i kontrwywiadu, które miały inspirować „korespondentów zachodnich do obrony Wałęsy i wskazywania na KSS KOR jako sprawcę »przewrotu«” oraz spowodować „nadsyłanie z krajów zachodnich, od licznej Polonii listów w obronie Wałęsy, kierowanych do MKZ dużych zakładów pracy i KKP”. Ostatnim etapem działania miał być „generalny atak na przeciwników Wałęsy – doprowadzenie do ich kompromitacji, izolacji i odsunięcie od wpływów w »Solidarności«. W tym celu należy użyć sieci TW oraz inspirować ogniwa »Solidarności« i działaczy w dużych zakładach przemysłowych, które poprzednio występowały w obronie Wałęsy”.

Wałęsa sam podjął działania zbieżne z wytycznymi MSW. Podczas swojego pierwszego spotkania z Wojciechem Jaruzelskim w dniu 10 marca 1981 r. obiecał, że „Solidarność” wróci do swoich czysto związkowych funkcji, a on osobiście ograniczy działalność Kuronia i Michnika. Dość szokujące kulisy składanych wówczas obietnic opisał w swoim dzienniku Mieczysław F. Rakowski:

„Wałęsa z reguły wywody premiera kwitował stwierdzeniem »tak jest, panie generale«. Mówił, że ukróci antyradzieckie wyskoki. »Ja zrobię porządek z tymi misiami«”.

Wałęsa był w tej postawie konsekwentny. Już dwa dni później, w poufnej rozmowie telefonicznej ze Stanisławem Cioskiem, Wałęsa miał powrócić do ustaleń z Jaruzelskim z 10 marca 1981 r. Znany z lat siedemdziesiątych opiekun i kontroler Wałęsy – mjr Czesław Wojtalik, w szyfrogramie do MSW z 12 marca 1981 r. pisał:

„Lech Wałęsa zwrócił się telefonicznie z prośbą do ministra (przypuszczalnie Stanisława Cioska) o przekazanie premierowi W[ojciechowi] Jaruzelskiemu, że Jacek Kuroń nie będzie w przyszłości jeździł po kraju i uczestniczył w różnego rodzaju wiecach i spotkaniach. (…) W sprawie drugiego tematu, jaki Lech Wałęsa poruszył w rozmowie z premierem dotyczącej rozwiązania KSS KOR, stwierdził on, że temat ten będzie poruszany na spotkaniu za miesiąc, podczas którego będzie dążył do rozwiązania tej organizacji”.

7. Mit twardego negocjatora

fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

Przewidywana przez bezpiekę eskalacja konfliktów i podziałów w „Solidarności” oraz związane z tym zagrożenie dla pozycji Wałęsy nastąpiło w czasie tzw. kryzysu bydgoskiego, zapoczątkowanego 19 marca 1981 r. pobiciem działaczy tamtejszej NSZZ „Solidarność” w Wojewódzkiej Radzie Narodowej. Napięcie w całym kraju sięgało zenitu, a w „Solidarności” wrzało. Gdy przewodniczący wciąż szukał porozumienia z Jaruzelskim, denerwował się, kłócił, czasem trzaskał drzwiami i wychodził z obrad KKP. Na forum kierownictwa „Solidarności” doszło do otwartej walki z Wałęsą. Związek pogrążył się w kłótniach i walkach frakcyjnych. Osią sporu był stosunek do postulatów rolniczej „Solidarności” i sam Wałęsa. Wałęsa nie chciał jednak strajkować ani w proteście przeciwko pobiciu kolegów, ani w obronie rolniczych postulatów i zgodnie z zakulisowymi ustaleniami i działaniami MSW atakował środowisko KOR: „Kuroń, Michnik, »Mazowsze«, Kęcik i wszyscy inni ludzie z KSS KOR muszą się efektywnie włączyć w nurt roboty związkowej. Jeśli nie będą tego chcieli, to nasz Związek zrezygnuje zarówno ze współpracy z nimi, jak też z występowania jako parasol ochronny”.

W tym czasie pobity przez milicję Jan Rulewski poinstruował swojego zastępcę w regionie bydgoskim – Krzysztofa Gotowskiego, że jeśli Wałęsa będzie skłonny do jakichkolwiek ustępstw, to ma niezwłocznie opuścić salę obrad i „jednocześnie ogłosić Lecha Wałęsę jako zdrajcę”. Władze i bezpieka obawiały się odwołania Wałęsy z funkcji przewodniczącego KKP. W Prognozie rozwoju sytuacji w KKP przygotowanej w Departamencie III „A” MSW 26 marca 1981 r. czytamy:

„należy spodziewać się usunięcia Wałęsy z funkcji w kierownictwie »Solidarności«. W przypadku tym Wałęsie należy udostępnić natychmiast wszystkie środki masowego przekazu (radio, TV, prasa), do ujawnienia przyczyn wydalenia [go] z kierownictwa »Solidarności«. Należy przypuszczać, że pod wpływem emocji będzie krytykował władzę, ale przede wszystkim wzbudzi nieufność i skompromituje działaczy o ekstremalnych tendencjach”.

„Jestem za odwołaniem gotowości strajkowej w całym kraju, z wyjątkiem Bydgoszczy” – oświadczył Wałęsa. W dniu 30 marca 1981 r. grupa negocjacyjna NSZZ „Solidarność” ogłosiła zawieszenie wyznaczonego na następny dzień strajku generalnego. Kierownictwo „Solidarności” podpisało w Warszawie porozumienie z władzami PRL. Ku zaskoczeniu wielu oświadczenie w tej sprawie przed kamerami telewizji odczytał Andrzej Gwiazda. Postawa Gwiazdy w dużej mierze uratowała Wałęsę, który i tak – jak się wydaje – był nie do odwołania z funkcji przewodniczącego KKP ze względu na wsparcie obozu władzy. Jest jednak faktem, że Gwiazda niechcący sprawił Wałęsie prezent. Od tej pory Wałęsa winę za „kapitulację warszawską” zaczął zrzucać na Gwiazdę. Gwiazda natomiast tłumaczył to swoją naiwnością, obroną zasad, odpowiedzialnością za związek i nagłą, alkoholową niedyspozycją Wałęsy.

Płk Władysław Kuca z Departamentu III „A” MSW nie krył swojej radości podczas telekonferencji SB w dniu 2 kwietnia:

„Klasa robotnicza uświadomiła sobie groźbę sytuacji i następstw porozumienia. Dała temu wyraz w szeregu telegramów skierowanych do KKP i osobiście L. Wałęsy, opowiadając się wyraźnie przeciwko strajkowi. Zwracam uwagę na fakt, że po ogłoszeniu zawieszenia strajku generalnego nastąpiło wyraźne odprężenie wśród klasy robotniczej i społeczeństwa a z drugiej strony zawód wśród działaczy »Solidarności« o poglądach ekstremalnych i skrajnie radykalnych”.    

Wałęsa, w zależności od sytuacji, raz utożsamiał się z parafowanym porozumieniem, by innym razem delikatnie się od niego dystansować, zrzucając winę na Andrzeja Gwiazdę. Zdaniem SB od początku starał się obarczyć Gwiazdę odpowiedzialnością za decyzję o wycofaniu się ze strajku generalnego. Kilka miesięcy później wyjawił kolegom, jak ograł Gwiazdę:

„Dałem Gwieździe do czytania oświadczenie w TV, aby zrobić go w konia. Chciałem również rozłożyć na niego odpowiedzialność za tę decyzję, gdyż liczyłem się z tym, że nie będzie ona popularna”.

W decydujących chwilach „kryzysu bydgoskiego” bezpieka wspierała Wałęsę. Nie wiemy, czy dzięki SB został on uprzedzony, że Gwiazda wspólnie z Rulewskim, Bujakiem, Rozpłochowskim i Jurczykiem „przygotowali plan usunięcia Lecha Wałęsy z przewodniczącego KKP NSZZ »Solidarność«” poprzez wyrażenie wotum nieufności.

„Miało to nastąpić po podpisaniu przez Wałęsę porozumienia z rządem w przedmiocie odwołania strajku generalnego proklamowanego na dzień 31 marca 1981 roku. Znający ten plan Lech Wałęsa dokooptował Gwiazdę do zespołu na rozmowy z rządem, w wyniku czego podpis Gwiazdy znalazł się również na dokumencie o zaniechaniu strajku generalnego” – czytamy w analizie SB.

8. Mit demokraty

fot. Marek Nowicki/Gazeta Polska

Jaruzelski i SB obawiali się, że napięcie, jakie pozostawił po sobie „kryzys bydgoski”, będzie paliwem dla działalności przeciwników Wałęsy. A przecież w nieodległej perspektywie miały się odbyć wybory regionalne i do władz krajowych NSZZ „Solidarność”. W aparacie władzy nie ukrywano, że Wałęsa jest nie do zastąpienia. Sytuacja wymagała wyjątkowej czujności resortu, a „ochrona operacyjna” Wałęsy wchodziła w decydującą fazę. SB zaczęła w szczególny sposób inwigilować przeciwników Wałęsy. W MSW zaczęto monitorować wypowiedzi kwestionujące jego przywództwo. Wśród nich z największym niepokojem odnotowywano te, w których pojawiała się sprawa współpracy Wałęsy z SB. W czerwcu 1981 r. mjr Ryszard Łubiński informował przełożonych, że podsłuchano publiczną wypowiedź Anny Walentynowicz, atakującą Wałęsę jako agenta bezpieki: „współpracował z milicją, bo według jego opowiadania, mówił, że chodził na milicję i tam mu wyświetlali film z Grudnia filmowany przez milicję i on na tym filmie rozpoznał ludzi. Joanna (Duda-Gwiazda) mu się zapytała – po co, odpowiedział – ty nic nie rozumiesz, to jest polityka. To jest ubecki człowiek i ja mu to w oczy powiedziałam…”.

Pod koniec lipca 1981 r. także Andrzej Kołodziej przypomniał wydarzenia z 15 grudnia 1970 r., kiedy to Wałęsa pojawił się w oknie Komendy Miejskiej MO. W takich okolicznościach 2 lipca 1981 r. zwołano w Gdyni I Walne Zebranie Delegatów Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”. Zjazd przebiegał w klimacie bezpardonowej walki zwolenników Wałęsy ze stronnikami „Gwiazdozbioru”. Gdy 3 lipca złożono formalny wniosek, aby nie łączyć stanowisk w „Solidarności”, za którym padło aż 225 głosów (w stosunku do 211), Wałęsa odebrał go jako atak na siebie. Była to oczywista aluzja do Wałęsy, który „kolekcjonował” związkowe stanowiska, będąc w jednej osobie szefem „Solidarności” w stoczni, w regionie gdańskim i w skali kraju. Wstał i podszedł do mikrofonu: „Przewodniczący KKP bez władzy w regionie jest jak generał bez armii”. Mimo przegłosowania wniosku w sprawie niełączenia stanowisk w „Solidarności” prezydium zjazdu regionalnego postanowiło przekazać podjęcie decyzji w tej kwestii zjazdowi krajowemu. Zjazd gdańskiej „Solidarności” zakończył się triumfem zwolenników Wałęsy. Jego kontrkandydat – Andrzej Gwiazda przegrał wybory na przewodniczącego Zarządu Regionu stosunkiem głosów 134 do 366 dla Wałęsy.

Walne Zebranie Delegatów dało Wałęsie możliwość doboru Prezydium Zarządu Regionu, mimo że statut „Solidarności” wyraźnie stanowił, że „władze związkowe wszystkich szczebli pochodzą z wyboru”. Mając to na uwadze, Alina Pienkowska mówiła otwarcie o złamaniu statutu. Wałęsa podchodził do litery prawa i przestrzegania zasad utylitarnie. „Jak mam jechać, kiedy mam konie, które mnie nie słuchają” – mówił.

I znów bezpieka mogła z satysfakcją odnotować zasługi Wałęsy w pozbyciu się „ekstremistów”:

„W miesiącu lipcu br. w czasie I Walnego Zebrania Delegatów NSZZ »Solidarność« Regionu Gdańskiego nastąpiło z inicjatywy Lecha Wałęsy wyeliminowanie z władz regionalnych tego Związku (z zarządu i prezydium) działaczy radykalnych ściśle powiązanych z KSS KOR, ROPCiO i RMP. Przy poparciu większości delegatów, przy czynnym udziale delegatów ze Stoczni Gdańskiej im. Lenina, w czasie ww. wyborów nie uzyskały wymaganej większości głosów następujące osoby: Anna Walentynowicz i Bogdan Borusewicz nie weszli w skład zarządu, natomiast Alina Pienkowska i Joanna Duda-Gwiazda nie uzyskały wymaganej liczby głosów jako kandydaci na I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ »Solidarność«”.

Podczas jednej z telekonferencji z I sekretarzami KW PZPR wiceminister spraw wewnętrznych gen. Adam Krzysztoporski przyznał, że podczas zjazdów regionalnych „w wielu wypadkach” procedowano „niezgodnie z ordynacją” obowiązującą w NSZZ „Solidarność”. Najważniejsze było jednak osiągnięcie celów, jakie w tym czasie stawiała sobie bezpieka. W okresie zjazdów regionalnych „Solidarności” o celach operacyjnych SB przypominał płk Władysław Kuca, zwracając się do funkcjonariuszy:

„Towarzysze, jeśli idzie o operacyjną ochronę »Solidarności« i w ogóle o działanie operacyjne naszej służby, to najważniejszą sprawą na dziś i na najbliższy okres jest podejmowanie i skuteczne realizowanie działań zmierzających do eliminacji z wpływów na »Solidarność« tzw. skrzydła radykalnego i wszelkiego rodzaju elementów ekstremistycznych zmierzających do wykorzystania tego Związku do walki z władzą socjalistyczną w Polsce. W tym celu należy podejmować energiczne działania zmierzające do ograniczenia skuteczności oddziaływań grup antypaństwowych i osób z nimi powiązanych, kompromitowanie ich w oczach aktywu »Solidarności«, a głównie Wałęsy, aby doprowadzać do odizolowania ich od »Solidarności«”.  

9. Mit niezależnego przewodniczącego

fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

A jednak nadal, mimo tak poważnych protektorów, Lech Wałęsa obawiał się o swój wybór na przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarności” podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów. Czesław Kiszczak zasugerował kiedyś, że Wałęsa szukał w tym czasie wsparcia w MSW. W jednym z wywiadów szef bezpieki powiedział: „Wałęsę za jego zgodą Służba Bezpieczeństwa ochraniała jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego. Powinien dobrze pamiętać rozmowę na ten temat z generałem K., która miała miejsce w apartamencie jednego z hoteli tuż przed Zjazdem NSZZ »Solidarność«”.

Informacja Kiszczaka dotyczy zapewne spotkania Wałęsy z gen. Adamem Krzysztoporskim, który w okresie zjazdu „Solidarności” był wiceministrem spraw wewnętrznych i stał na czele specjalnego Sztabu ds. Zabezpieczenia Zjazdu „Solidarności” (sprawa o kryptonimie „Debata”). Jeden z funkcjonariuszy gdańskiej SB, który brał udział w przygotowaniu spotkania Wałęsa–Krzysztoporski, powiedział mi, że rozmowa odbyła się w hotelu „Hevelius” w Gdańsku i miała dotyczyć właśnie wyborów na szefa Związku i neutralizacji przeciwników Wałęsy. Z Krzysztoporskim miał przybyć z Warszawy płk Wacław Król, w Gdańsku zaś w sprawę wprowadzono kierownictwo SB i naczelnika Wydziału III – mjr. Czesława Wojtalika, dobrego znajomego Wałęsy. Nie wiemy, czy to właśnie podczas tego konkretnego spotkania Krzysztoporski zaproponował Wałęsie, by ten za zgodą władz mógł posiadać osobistą broń palną. W każdym razie o złożeniu takiej propozycji przez generała bezpieki wspomina oficer Biura Ochrony Rządu w notatce służbowej z grudnia 1981 r., powołując się na swoją rozmowę z Mieczysławem Wachowskim.

Tradycyjnie już Wałęsę wyposażano w wiedzę, która pozwalała mu skuteczniej walczyć z przeciwnikami. Już w pierwszym meldunku na temat zjazdu szef gdańskiej SB płk Sylwester Paszkiewicz zapewniał kierownictwo MSW, że jeszcze przed zjazdem w sposób operacyjny – m.in. za pośrednictwem kontaktu operacyjnego ps. „Delegat” (ksiądz Henryk Jankowski) – przekazano Wałęsie „zestaw informacji i danych obrazujących prowadzoną przeciwko niemu działalność opozycyjną przez niektórych działaczy Związku, a dających mu możliwość uargumentowania przeciwstawienia się tej kampanii”.

W MSW obawiano się, że na forum zjazdu stanie kwestia współpracy Wałęsy z SB: „Andrzej Gwiazda zamierza wykorzystać Annę Walentynowicz do realizacji swoich celów”.

„Ma wystąpić na Zjeździe i stwierdzić, że Lech Wałęsa jest byłym współpracownikiem SB oraz że idzie we wszystkich sprawach na ugodę z rządem, nawet kosztem interesów Związku”. Zrobiono zatem wszystko, by Walentynowicz nie miała okazji do publicznego zabrania głosu. Dlatego już 6 września 1981 r. płk Paszkiewicz raportował: „Możliwość frontalnego ataku na Wałęsę jest w pierwszej turze obrad zjazdu mało prawdopodobna. Czuje się on bardzo pewnie (lub też udaje, że tak jest), co udziela się delegatom, których znaczna część ma nadal do niego zaufanie i jest gotowa udzielać mu swego poparcia. Wstępnie ustalono, że taki atak w okresie międzyzjazdowym lub II turze obrad może jednak zostać przeprowadzony przy wykorzystaniu Walentynowicz, która nie mając ambicji przywódczych, a posiadając zapewnione poparcie KSS KOR, może sobie pozwolić na ujawnienie faktów kompromitujących Wałęsę. Takie rozwiązanie, nie dyskwalifikując Gwiazdy, torowałoby mu jednocześnie drogę do przywództwa w Związku. Wałęsa, który realnie ocenia grożące mu niebezpieczeństwo, próbuje w ostatnim czasie kokietować niektórych radykałów, których można przypuszczalnie traktować za inspiratorów ewentualnego ataku (przedłożenie Bogdanowi Borusewiczowi stanowiska w MKZ Gdańsk, »kokietowanie« Jana Rulewskiego zauważalne ostatnio przez delegatów)”.

Rzeczywiście, w okresie przerwy zjazdowej (11-26 września 1981 r.) pojawiły się wypowiedzi sugerujące współpracę Wałęsy z SB. 23 września kierownictwo gdańskiej SB poinformowało gen. Krzysztoporskiego, że niektórzy z delegatów kolportują informację, że Wałęsa „był i jest agentem bezpieki”. Istniało nawet zagrożenie, że w kuluarach zjazdu kolportowana będzie ulotka z informacją o współpracy Wałęsy z SB:

„Joanna Duda-Gwiazda ma zamiar opracować dokument w formie ulotki dotyczący współpracy Lecha Wałęsy z naszymi organami po Grudniu 1970 r. Wykonania tej ulotki miała się podjąć któraś ze stoczni gdańskich. Kolportażu miano dokonać wśród delegatów podczas II tury obrad zjazdu w celu dyskredytacji Lecha Wałęsy i doprowadzenia do niewybrania go na przewodniczącego Komisji Krajowej. Podjęte przeciwdziałania operacyjne doprowadziły do przeprowadzenia rozmowy z Alojzym Szablewskim – wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ »Solidarność« Stoczni im. Lenina w Gdańsku, któremu przekazano do wykorzystania powyższą informację. Szablewski stwierdził, że nie dopuści do wydrukowania ww. ulotki na stoczniowym sprzęcie poligraficznym oraz że wydane zostaną polecenia służbie porządkowej zjazdu w celu niedopuszczenia do kolportażu tej ulotki wśród uczestników obrad zjazdowych”.

Dla MSW najważniejsze było obsadzenie Wałęsy w roli szefa „Solidarności”:

„mając na uwadze wspieranie szans Lecha Wałęsy – czytamy w raporcie płk. Paszkiewicza – należy mieć na uwadze możliwość oddziaływania na ten stan poglądów i ocen delegatów, którzy wyrażają aprobatę dla kursu Lecha Wałęsy i zamierzają go popierać, ale jednocześnie pragną jego zwycięstwo uczynić możliwie nieznacznym i aby pokazać mu siłę innych. Przy wyrównanych szansach kandydatów i jednoczesnym wewnętrznym przekonywaniem niektórych delegatów o zapewnionym już zwycięstwie Lecha Wałęsy – wzrasta ryzyko, że część z nich nie odda swego głosu na Lecha Wałęsę. Może to być powodem zwycięstwa kontrkandydata Lecha Wałęsy, którym w określonych niekorzystnych układach może być przecież przedstawiciel radykalnego skrzydła »Solidarności«”.

2 października 1981 r. starania SB uwieńczone zostały pełnym powodzeniem. Wałęsa pokonał rywali już w pierwszym głosowaniu, uzyskując 55,2 procenta głosów (462 głosy).

10. Mit wodza bez haków

fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

Relacji obfitujących w pikantne szczegóły z podwójnego życia Lecha Wałęsy w latach 1980-1981 jest sporo. Pośrednio potwierdzają je również dokumenty SB, choć przecież mocno zdekompletowane po 1989 r. przez licznych stróżów „narodowego dobra”. Przykładowo przetrwało kilka notatek operacyjnych SB z rozmów przeprowadzonych ze wspomnianą powyżej sekretarką Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Iwoną Kuczyńską, którą gdańska bezpieka zwerbowała do współpracy jako TW ps. „Ewa”. Kuczyńska osiągnęła w stosunkach z Wałęsą bliskość prawie równą Wachowskiemu. Zdarzało się, iż w negocjacjach z rządem przewodniczącemu towarzyszyły tylko dwie osoby – osobisty kierowca i osobista sekretarka. Kuczyńska nie potrafiła stenografować ani nawet szybko odręcznie pisać, więc jej notatki ograniczały się podobno do tytułu: „Rozmowa z rządem w dniu…” W dyskusjach z SB nie ukrywała, że z Wałęsą łączyła ją miłość: „TW podkreślała, że jej było obojętne, co kto robi – ona miała swój własny interes do Lecha. Chciała z nim przebywać i to się jej udawało. Poza tym, łączyły ją i jego więzi uczuciowe. Nie obchodziła ją również sfera moralna, pomimo że jest osobą wierzącą”.

Tajne służby PRL z pietyzmem śledziły nielegalne życie osobiste „Wodza”, uzupełniając skrzętnie zbiór swoich komprmateriałów. Znając jego profil charakterologiczny i strach przed ujawnieniem kompromitującej go przeszłości, najbardziej wtajemniczeni ludzie obozu władzy wiedzieli, że siła negocjacyjna Wałęsy w zderzeniu z komunistami jest bliska zeru. Kiedy na początku 1981 r. w otoczeniu Wałęsy pojawiła się tłumaczka Maria Duchniewska, natychmiast zainicjowano szeroko zakrojone działania operacyjne. Szybko ustalono, że jest ona „wielokrotnym kontaktem figuranta ps. »Wał«, z którym łączą ją bliższe stosunki osobiste”, zwłaszcza podczas jego pobytów w Warszawie. Zaczęto więc śledzić tę parę. Duchniewska została figurantką o pseudonimie „Diana”, jej „wielokrotny kontakt” z Gdańska – „Wał”, natomiast pośredniczący w „stosunkach osobistych” Wachowski – „Ger”. Udokumentowanie tych kontaktów nie było zbyt trudne, albowiem Wałęsa z Duchniewską konferował najczęściej w hotelach „Solec” i „Victoria”, w których bezpieka dysponowała nie tylko sprawną siecią agenturalną, ale „podglądami dokumentowanymi fotograficznie i filmowo” zainstalowanymi w pokojach. Do naszych czasów przetrwały jedynie niektóre z tzw. komunikatów obserwacji zewnętrznej, a dokumentacja z obserwacji w pokojach hotelowych (zapisy wideo i zdjęcia) zaginęła. W każdym razie bezpieka dysponowała przecież sporym zasobem kompromitującej wiedzy obyczajowej o Wałęsie. W Archiwum Mitrochina czytamy m.in.:

„Kiszczak z miejsca pospieszył zapewnić Pawłowa [przedstawiciela KGB], że chociaż Wałęsa został zwolniony, to jednak kampania dyskredytacji nie ustała. Natomiast Jaruzelski poinformował Aristowa o przygotowaniu materiałów oczerniających Wałęsę, w tym pornograficznych (przypuszczalnie Wałęsa z kochanką), które przedstawiają go jako chamskiego intryganta o gigantycznych ambicjach”.

11. Mit obrońcy „Solidarności”

fot. Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

Na początku listopada 1981 r. Wałęsa spotkał się z Wojciechem Jaruzelskim i prymasem Józefem Glempem, ale niechętnie mówił o przebiegu i efektach tej rozmowy. Znów na forum Komisji Krajowej pojawiły się głosy, by odwołać Wałęsę z funkcji przewodniczącego KK NSZZ „Solidarność”. Nerwowa atmosfera udzieliła się także działaczom gdańskiej „Solidarności”. Podczas listopadowych obrad Walnego Zebrania Delegatów Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” w Gdańsku zarzucano Wałęsie „brak jakiejkolwiek rzeczowej informacji ze spotkania z prymasem Glempem i Jaruzelskim”. Rozemocjonowany Wałęsa w chaotycznej formie tłumaczył, że było to „spotkanie niewiążące”, które „doprowadziło do ustalenia terminów spotkań w grupach roboczych, w których ludzie fachowi dyskutować będą konkrety”.

Po grudniowej pacyfikacji strajku w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie było już jasne, że zbliża się finał tej konfrontacji i zaczyna się wojna. „Sytuacja, w której Związek walczy z rządem, a rząd ze Związkiem – jest zabójcza dla kraju” – mówił przejęty Władysław Siła-Nowicki. Nieuchronność konfrontacji wydawała się oczywista. Nawet zagrożony ze strony wewnątrzzwiązkowej opozycji Wałęsa ze względów taktycznych dopasował się wówczas do bojowych nastrojów panujących wśród członków Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Publicznie, w Drodze nadziei, przedstawi swoje zachowanie następująco:

„Tak więc wybieram następujący wariant: robię się największym radykałem, dołączam w Radomiu do nastroju całej sali po to, żeby się nie dać zostawić z boku wobec nadchodzących wydarzeń. W Radomiu poszedłem na ostro wbrew swoim przekonaniom, żeby nie dać się odłączyć”.

Dzięki zachowanemu w archiwum IPN stenogramowi rozmowy z pułkownikami wojska i SB w 1982 r. możemy poznać jeszcze inne kulisy Radomia:

„Jadąc do Radomia spotkałem się z panem Mieczysławem F. Rakowskim, z panem Stanisławem Cioskiem i prymasem Józefem Glempem. Mówię – »panowie, ja się poddaję. Do Radomia jadę, ale będę wyrzucony, albo sam spowoduję, że odchodzę, bo mi ta linia i towarzystwo nie odpowiada«. Wszyscy, z panem Rakowskim i Cioskiem, powiedzieli, że nie – Wałęsa musi zostać. Gdybym został, to musiałbym cokolwiek powiedzieć. Jednocześnie powiedziałem to w innym akcencie. Powiedziałem to, kiedy rozwalałem Jacka Kuronia, kiedy powiedziałem – co mi ty tworzysz, jakie partie, że przez to będziemy musieli dostać po szczękach, bo żadna władza się nie podda. Ja mówiłem w innym kontekście. Jednocześnie musiałem trochę twardziej powiedzieć, ale się z tym nie zgadzałem. Miałem zamiar co innego powiedzieć. Mój rzecznik prasowy mówił, że ja między Radomiem i Gdańskiem robię zwrot, żeby mi dano pełnomocnictwa na prezydium. Nie dano mi, trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Taka jest prawda. Powiedziałem w Radomiu, że teraz dochodzi do konfrontacji. Myślałem, że dojdzie wiosną. Miałem na uwadze to, że władza dąży do konfrontacji. Mojego wojewodę, pana Jerzego Kołodziejskiego poprosiłem i mu przedstawiłem, jak będzie wyglądał Związek za 2-3 miesiące. Wyrzuciłbym prawdopodobnie doradców całkowicie tych, którzy psuliby mi. Ustaliłbym pracę związkową tak, żeby nam nie burzyła. To wszystko przewidziałem. Po prostu nie zdążyłem”.

„Czas ustępstw się skończył i należy przejść do działań zdecydowanych” – grzmiał jeszcze Wałęsa 2 grudnia 1981 r. podczas posiedzenia Komisji Krajowej w Warszawie. Ale w oczach komunistów była to tylko gra. Kiszczak miał wówczas tłumaczyć to szefowi KGB Jurijowi Andropowowi:

„Wałęsa może używać agresywnej retoryki, żeby zadowolić »ekstremistów« w »Solidarności«, ale myśli w umiarkowanych kategoriach”.

Wałęsa nie znał dokładnego terminu wprowadzenia stanu wojennego, ale był gotowy na współpracę z komunistami pomimo zbrojnej napaści na „Solidarność”. Dlatego 13 grudnia spokojnie zgodził się na przewiezienie do pałacyku rządowego w Chylicach, gdzie był traktowany jako „gość” rządu PRL. Żona Danuta w towarzystwie księdza Henryka Jankowskiego i Mieczysława Wachowskiego, który miał się za parę godzin stawić u „generała Bogusława Stachury względnie gen. Władysława Ciastonia w gmachu MSW przy ul. Rakowieckiej”, w imieniu męża udała się do Stoczni, gdzie ukonstytuował się Krajowy Komitet Strajkowy. Wobec strajkującej załogi złożyła uspokajający komunikat o rozmowach prowadzonych przez Lecha w Warszawie.

W Chylicach Wałęsa trwał w przekonaniu, że pozostaje niezbędnym partnerem dla władz, ale szybko „dotarło do niego, że kraj nie zastrajkował z powodu Wałęsy” i że „bez doradców – Geremka i innych – jest analfabetą politycznym”. „Prosił, żebym nie robił mu krzywdy” – relacjonował podczas posiedzenia Biura Politycznego rozmowę z Wałęsą Kiszczak. Wartość Wałęsy dramatycznie spadła. Również dlatego, że jego cechy osobiste kompromitowały go nie tylko w oczach działaczy „Solidarności”, ale również w ocenie władz, stąd wypowiedź Kiszczaka:

„Wałęsa nie zmienił się, jest to mały człowiek, żulik, lis, chytry człowiek, chce oszukać partnera. Mówi, że jest zwolennikiem gen. Jaruzelskiego, że stan wojenny był konieczny, ale że powinien trwać trzy miesiące, że nie wszyscy powinni być internowani. Stwierdził, że szkoda, że partia nie wprowadziła stanu wojennego. Jest za socjalizmem, ale bez wypaczeń na dole, socjalizm jest piękną ideą, wdrażanie na dole niedobre. Jest za przyjaźnią polsko-radziecką, przeciw kuroniadzie. Wyczyścił z niej komisję w Gdańsku, nie zdążył tego zrobić w KKP, w prezydium KKP. Chciał odejść z »Solidarności«, ale bardzo prosił go Rakowski i Ciosek. Stwierdził, że pojechał do Radomia i grał i teraz gra. Uważa, że rozwiązanie »Solidarności« jest błędem, nowe związki zawodowe sprawy nie załatwiają. Chce rozmów z rządem. Mówi, że ma rozwiązania. Zagubił się, nie może dogonić pociągu”.

12. Mit wierności „Solidarności”

fot. FORTEPAN / Erdei Katalin; https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.en

13 grudnia 1981 r. samolot z przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” na pokładzie był na Okęciu. Wałęsę przewieziono do pałacyku rządowego w Chylicach pod Warszawą, gdzie oczekiwał już na niego Stanisław Ciosek. Wałęsa nie został internowany. Komuniści zakomunikowali mu, że jest „gościem” władz PRL. W tym czasie Wałęsa „był tematem wielu istotnych ustaleń” – wspominał później Kiszczak. „Wałęsa to karta polityczna. »My go jeszcze wykorzystamy«” – zanotował w pierwszych godzinach stanu wojennego, relacjonujący nastroje w ekipie Jaruzelskiego, sowiecki gen. Wiktor Anoszkin. Wałęsa wydawał się wówczas bardzo spolegliwy i być może miały na to wpływ rozmowy z funkcjonariuszami bezpieki, również z gen. Czesławem Kiszczakiem, funkcjonariuszami Biura Studiów MSW – płk. Władysławem Kucą, mjr. Józefem Burakiem i mjr. Adamem Stylińskim, a nawet jednym z odpowiedzialnych za śmierć ks. Jerzego Popiełuszki – płk. Adamem Pietruszką. Wałęsa domagał się wprawdzie podjęcia z nim rozmów na wysokim szczeblu, uwolnienia kolegów i szefów regionów z Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, ale „z wyjątkiem tych głupich”, mając na myśli swoich krytyków.

Wałęsa od razu zadeklarował wobec Stanisława Cioska swoje poparcie dla Wojciecha Jaruzelskiego i stanu wojennego, bo przecież „Solidarność” „poszła za daleko”, a on jest „żołnierzem i wykonuje rozkazy”. Akcentowany przez Wałęsę motyw żołnierskiej podległości będzie w relacjach z reżimem stanu wojennego pojawiał się jeszcze wielokrotnie. Zresztą już jesienią 1980 r., nie działając w opresji, po raz pierwszy zadeklarował, że czuje się przede wszystkim człowiekiem „sił zbrojnych”, że lubi „rakiety i czołgi”, a jak rozmawiać, to najlepiej z ludźmi wojska… Jego marzenia mogły wreszcie się ziścić. Musiał być zdziwiony, kiedy kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego, po przeniesieniu do innej rządowej willi w Otwocku, stanął przed nim sam płk Władysław Iwaniec – dowódca Wałęsy z okresu jego służby wojskowej. Iwaniec doradzał Jaruzelskiemu od wiosny 1981 r. właśnie w sprawie Wałęsy. Jakże dwuznacznie sugestywne są słowa Jaruzelskiego zapisane przez niego w pamiętniku Stan wojenny. Dlaczego… na temat relacji Wałęsy ze swoim dowódcą w batalionie łączności 8. Dywizji Zmechanizowanej w Koszalinie:

„Jeśli czasami należało przeprowadzić jakąś niepopularną sprawę, dowódca plutonu korzystał z pomocy Wałęsy. I to z powodzeniem”.          

Takich poufnych rozmów i wspominkowych sesji z Iwańcem było przynajmniej kilka. Z oficjalnego wykazu wizyt składanych Wałęsie wynika, że pierwsze trzy z nich miały miejsce między 17 a 29 grudnia 1981 r. Niewątpliwie zawierały one elementy szantażu (być może odnosiły się do współpracy z WSW?) i służyły jeszcze większemu zmiękczeniu Wałęsy.

W wykazie oficjalnych odwiedzin podczas pobytu Wałęsy w Chylicach, Otwocku, a później Arłamowie (od maja 1982 r.) w Bieszczadach nie ujęto spotkań z ppłk. Czesławem Wojtalikiem. Choć z innych dokumentów wiemy, że w pierwszym okresie izolacji Wałęsy również i on z nim rozmawiał. Czy w ówczesnych grach operacyjnych z Wałęsą, w których główną rolę odegrali Iwaniec i Wojtalik, chodziło o odwołanie się do jego dwóch dawnych lojalności – WSW i SB? Po wprowadzeniu stanu wojennego Kiszczak postanowił przypomnieć Wałęsie okres jego współpracy z SB poprzez zaaranżowanie rozmowy z Wojtalikiem. Z materiałów przekazanych Zachodowi przez archiwistę KGB – Wasilija Mitrochina, wiemy, że Kiszczak przekazał Sowietom następującą informację:

„Wałęsę skonfrontowano z jednym z jego byłych oficerów prowadzących SB i rozmowa ta została nagrana”.

Niewątpliwie chodziło właśnie o Wojtalika. W jednej z odkrytych ostatnio notatek (z 21 stycznia 1982 r.) znajdujemy opis traumy, jaką wywołała u Wałęsy jego rozmowa z oficerem SB z Gdańska:

„Po wyjeździe tow. Wojtalika osoba »333« [kryptonim Wałęsy] stała się ponura i zła. Denerwowało go zaglądanie do jego pokoju. Zwykle przy posiłkach chętnie z nami rozmawiał i żartował. Natomiast w dniu 20 stycznia 1982 r. szybko zjadł posiłek i szedł do swego pokoju. Prawie cały dzień (w godz. 12.30-19.00) przestał oparty o parapet okna i spoglądający bezwiednie w bliżej nieokreśloną dal”.   

Nastrój i samopoczucie Wałęsy przez 11 miesięcy izolacji podlegały silnym zmianom i wahaniom, od stanów depresyjnych do euforycznych. Dużo jadł, mało się ruszał (czasem tylko grał w bilard i ping-ponga), przez co bardzo utył. Uwielbiał czekoladę. Któregoś razu, gdy nie miał humoru, ogłosił nawet protest głodowy. Podglądający go funkcjonariusze zauważyli, że w ukryciu podjada czekoladę. Nie stronił też od alkoholu, który mu systematycznie dostarczano (w ciągu internowania „skonsumował samotnie lub w towarzystwie”: 2 butelki spirytusu, 289 butelek wódki, 158 butelek wina, 59 butelek winiaku i koniaku, 238 butelek szampana i 1115 butelek piwa). Czasem, gdy nie chciał już pić samotnie, szukał towarzystwa do picia wódki wśród funkcjonariuszy BOR. Niecierpliwił się, gdy alkoholu zabrakło, i potrafił ostro „pogonić” obsługę do szybkiego uzupełnienia barku. Odnotowano nawet, że przynajmniej kilkakrotnie protestował, że dostaje zbyt małe ilości alkoholu i niewielkie racje żywnościowe.

Lektura dostępnych dokumentów pozwala dostrzec, że jego poczucie pewności siebie systematycznie malało. W połowie stycznia 1982 r. zapewniał, że wspólnie z Bronisławem Geremkiem i Tadeuszem Mazowieckim wyeliminuje „ekstremę” i stworzy nowe struktury związku „od góry w dół”, a już dziesięć dni później przekazał władzom, przez ks. Henryka Jankowskiego, informację, że „nie będzie upierał się co do Geremka”. W lutym 1982 r. – mocno już sfrustrowany izolacją i bezskutecznym oczekiwaniem na podjęcie z nim rozmów politycznych na najwyższym szczeblu – rzucił w stronę BOR-owców, że „nie zamierza podejmować działalności związkowej w nowo tworzonych związkach zawodowych”.

Ciągle liczył na rozmowy na szczycie, jakby nie potrafiąc uświadomić sobie konsekwencji tego, co się stało 13 grudnia 1981 r. Zgadzał się z komunistami, że nie ma powrotu do „Solidarności” w wersji sprzed stanu wojennego. Nieustannie powtarzał, że trzeba usunąć ze związku „skompromitowanych działaczy” i powinien on reprezentować tylko tzw. zdrowy nurt robotniczy, bez niepotrzebnej „politycznej nadbudowy” i „ekstremistów”.

Twierdzenie jego obrońców, że Wałęsa nie dał się wpasować w projekt nowej „Solidarności”, ma podstawę zaledwie w tym, że w istocie nikt mu takiej propozycji nie przedstawił. Wprawdzie początkowo komuniści rozważali zachowanie szyldu „Solidarności” dla związku kadłubowego w ramach operacji „Renesans”, ale nie wiadomo nawet, w jakiej skali, bo znane są jedynie materiały z województwa gdańskiego. Był to wyraz początkowych obaw władz PRL, że wobec silnego poparcia społecznego dla „Solidarności” może pojawić się ryzyko związane z całkowitą likwidacją związku. Jeżeli „Solidarność” w jakiejś formie miała w przyszłości zostać przywrócona, to należało sobie wcześniej zapewnić jej wkomponowanie w ramy ustrojowe PRL z w pełni sterownym przywództwem.

Jednak otrzymywane przez władze analizy nastrojów społecznych pokazywały tak silnie spadające poparcie dla „Solidarności”, że już wiosną 1982 r. w większych zakładach pracy zaczęto z powodzeniem organizować tzw. związkowe grupy inicjatywne (przewidywane w pierwszej fazie jako ewentualne zalążki proreżimowej „Solidarności”), które stały się później awangardą rządowych związków zawodowych (Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych). To wszystko wprowadzało komunistów w przeświadczenie, że znaczenie „Solidarności” maleje tak bardzo, że w nieodległej perspektywie pozwoli na jej bezproblemową delegalizację i umożliwi powrót do leninowskiej formuły związków zawodowych, jako „transmisji partii do mas”.

W tym sensie postawa Wałęsy – wobec idei neo-„Solidarności” – nie miała większego znaczenia, gdyż koncepcja „Renesansu” szybko została zastąpiona projektem OPZZ-ów. Nieprzypadkowo jesienią 1982 r. operację „Renesans” postanowiono formalnie zamknąć, gdyż – jak pisano w uzasadnieniu – „wydanie ustawy o związkach zawodowych w październiku 1982 r. spowodowało radykalną zmianę sytuacji operacyjnej”, a „działalność grup inicjatywnych wytworzyła odpowiedni grunt dla powstania pierwszych struktur związkowych nowej generacji”. W piątek 8 października 1982 r. nadzieje Wałęsy na zachowanie funkcji przewodniczącego związku rozwiała ustawa Sejmu PRL delegalizująca „Solidarność”. Walczył dalej, pisząc pełen upokorzeń „list kaprala do generała”.

13. Mit fałszywości „rozmowy braci”

fot. Piotr Galant/Gazeta Polska

W międzyczasie, w najbardziej pożądanym dla komunistów momencie, Wałęsa sprawił władzom niespodziewany prezent – w rocznicę swoich urodzin, 29 września, dał się nagrać w kompromitującej rozmowie ze swoim bratem Stanisławem. Dzień później SB zarekwirowała taśmę z rozmową podczas przeszukania Stanisława w drodze powrotnej z Arłamowa. Miało to miejsce w siedzibie SB w Przemyślu. Z precyzyjnej notatki SB na ten temat wynika, że pierwotnie Stanisław Wałęsa nie chciał okazać i wydać przedmiotów, które miał przy sobie. Dopiero w wyniku groźby funkcjonariusza, że zostanie poddany siłą osobistemu przeszukaniu, Stanisław wyjął „ze spodni w okolicy pachwiny” ukryty „miniaturowy magnetofon z kasetą” i podał esbekowi. Będąc wciąż pod wpływem alkoholu po świętowaniu urodzin brata w Arłamowie, Stanisław wielokrotnie powtarzał, że nagrywał jedynie „rozmowy o rodzinnych sprawach”, czym tylko podkreślał wagę posiadanego nagrania, wzbudzając tym jeszcze większą podejrzliwość funkcjonariusza. Później – wyraźnie odnosząc się do zarekwirowanego magnetofonu i taśmy – zaczął nagle gratulować esbekowi zdobyczy, proponując nawet toast! „Gratulował mi, że jego starego konspiratora pokonałem – meldował kpt Krzysztof Bobiński. – Zarzekał się, że drugi raz to on zwycięży. Mówił, że ze mną to nawet mógłby współpracować. Zapraszał mnie do siebie do Bydgoszczy. (…) Rozlał koniak, zaprotestowałem, że jestem na służbie, poprosił chociaż symbolicznie, dodał ja jestem dla pana »po drugiej stronie«, ale proszę mi nie odmówić. Wzniósł toast za moje zwycięstwo i wypił prawie całą szklankę koniaku. Zwrócił do mnie, proszę niech pan się mną zaopiekuje, widzi pan w jakim jestem stanie”. Taśmę bez zwłoki przesłano do Warszawy. Trafiła do Biura Studiów SB, które zajęło się jej analizą. Szef biura – płk Władysław Kuca, nie krył satysfakcji.

Władze PRL natychmiast zorientowały się, że dostały do ręki prawdziwą bombę, mogącą zniszczyć społeczną pozycję Wałęsy i potężnie zdezintegrować środowiska solidarnościowe. Utrwalony na taśmie rynsztokowy, możliwy do użycia tylko przez ludzi absolutnie zdemoralizowanych, knajacki język Wałęsów uznano za miażdżące narzędzie nacisku na i tak osłabionego „partnera”. Taśma pośrednio uderzała również w „Solidarność”, która szczególnie w odbiorze szerokiej opinii publicznej była utożsamiana z Wałęsą.

Szczególną wartością nagrania, z punktu widzenia interesów komunistów, był szokująco ostry atak rzekomo dobrego katolika Wałęsy z Matką Boską w klapie na hierarchię Kościoła katolickiego i – co wydawało się wprost niewyobrażalne – skrajnie wulgarny, chamski atak na papieża Jana Pawła II. Z początku uzyskany materiał prezentowano tylko poufnie wybranym osobom z kręgów kościelnych oraz elity władzy. Jeszcze podczas izolacji Wałęsy w Arłamowie zapoznano z nagraniem bp. Jerzego Dąbrowskiego z Sekretariatu Prymasa Polski. Taśmę przekazano również kardynałowi Józefowi Glempowi i Stolicy Apostolskiej. Zapis stenograficzny przeczytał także ks. Alojzy Orszulik, który w imieniu prymasa skontaktował się z Wałęsą. Orszulik, choć zastrzegał, że ma wątpliwości co do wiarygodności zapisu, bo tak „brukowego słownictwa” nigdy u Wałęsy nie słyszał, to w zapiskach z tego okresu zawarł spostrzeżenie potwierdzające prawdziwość automitologicznych przeświadczeń Wałęsy:

„W innym miejscu Wałęsa przekonuje brata, że pochodzą z rodu cesarskiego, bo od cesarza Walezjusza (istotnie kiedyś mi mówił, że wyczytał w książce ks. Józefa Umińskiego pt. Historia Kościoła, t. 1, i czy bym nie mógł sprawdzić, czy nazwisko Wałęsa nie pochodzi od nazwiska Waleza. Być może, że Polacy zmienili literę »l« na »ł«, a literę »e« na »ę« i wymawiają jego nazwisko w obecnym brzmieniu. Zawsze traktowałem to jako dowcip”.

Nawet odbiorca współczesny, mimo upływu ponad 30 lat od tej rozmowy, musi być jej treścią tak zdumiony i zgorszony, że nadal może być mu trudno uwierzyć w jej autentyczność. I jest to reakcja zupełnie zrozumiała, ponieważ Wałęsowie omawiają w niej najważniejsze sprawy „Solidarności”, Polski, Kościoła i polityki w ogóle w sposób niewyobrażalnie cyniczny i wulgarny. W dodatku kwestią, która jest dla nich absolutnie najważniejsza i przez którą postrzegają wszystko inne, są pieniądze, sposoby ich pozyskania i ukrycia.

Wartości poznawczej rozmowy, jako potwierdzenia skali degeneracji osobowości  Wałęsy, nie należy przeceniać. Obaj bracia byli pod wpływem alkoholu. Lech jak zwykle chciał się popisać przed bratem, pokazać mu swą pewność siebie, kompetencje w rozpoznawaniu relacji na najwyższych szczeblach światowej polityki, łącznie z Watykanem. Z drugiej strony, wbrew usilnie propagowanej przez stronników Wałęsy tezie, że nagranie nie ma żadnego istotnego znaczenia – nie należy zawartych w niej opinii (wypowiedzi) nie doceniać. Nie tylko w stylu i formie, ale i w zasadniczych elementach treści zarejestrowanego dialogu braci, znajdujemy wiele analogii do wulgarnych, chamskich i obraźliwych wypowiedzi Wałęsy całkowicie trzeźwego, i to zarówno z czasów sprzed 1989 r., jak i z okresu prezydentury, aż do jego ostatnich, całkiem już współczesnych wystąpień. Profil psychologiczno-charakterologiczny Wałęsy był też znany elicie władzy PRL. W przygotowanej latem 1981 r. w MSW charakterystyce Wałęsy pojawiają się jakże trafne i zbieżne z treścią rozmowy z bratem spostrzeżenia:

„Wałęsę cechuje daleko posunięta zachłanność na dobra materialne – z rozmysłem chce sprzyjające mu warunki i koniunkturę wykorzystać do materialnego zabezpieczenia rodziny. Publicznie głosi jednak hasła o koniecznej skromności, a czyni to zawsze wtedy, gdy otrzyma znaczny prezent. Otrzymywane prezenty z krajów kapitalistycznych w zasadzie przyjmuje jego żona”.

Wałęsa jest więc w tej rozmowie mentalnie prawdziwy, co sam potwierdził, gdy usiłując pomniejszyć znaczenie wypowiadanych opinii, usiłował sugerować podczas przesłuchania w Izbie Skarbowej w Gdańsku 22 kwietnia 1983 r., że nagranie zostało posklejane ze słów wypowiadanych przez niego… przez sen! Konfrontacja Wałęsy z dźwiękowym zapisem rozmowy z bratem w Izbie Skarbowej została operacyjnie zarejestrowana na wideo. Jest to niezwykle cenne źródło informacji o rzeczywistym stosunku Wałęsy do kompromitującego nagrania. Na filmie widać, jak Wałęsa słucha jej w napięciu, bez żadnego protestu. Pali papierosa za papierosem i gorączkowo obmyśla najlepszą linię obrony. Po projekcji, uznając, że proste zaprzeczanie swojemu udziałowi w rozmowie jest niemożliwe, potwierdza, że jest to jego głos i jego brata, ale oświadcza, że całość jest  spreparowanym paszkwilem. „Ja nie wiem, jak tego dokonano” – mówi i podaje argumentację będącą w istocie uznaniem autentyczności nagranych słów czy zdań i jednocześnie zwalniającą go z odpowiedzialności za ich wypowiedzenie:

„Wyrazy różne się używa. Jest możliwość, trzeba porozmawiać z lekarzem, jest możliwość, że różnie człowiek się czuje siedząc sam, jest możliwość, że część z tego mogło być we śnie nagrana. Ja nie wykluczam możliwości sennych”.

Jeszcze wówczas Wałęsa jednoznacznie nie kwestionował autentyczności wszystkich treści zapisu rozmowy z bratem. Nawet kiedy wyszedł z przesłuchania w Izbie Skarbowej w Gdańsku, nie mówił nic o nagraniu zgromadzonym dziennikarzom zagranicznym, licząc być może, że nie zostanie ono publicznie ujawnione. Kiedy już później Wałęsa zorientował się, że ogół polskiej opinii publicznej uznał całość upublicznionego w telewizji nagrania za „fałszywkę”, zmienił argumentację i zaczął wypierać się jakiegokolwiek udziału w zarejestrowanej rozmowie. Wiosną 1983 r. sklecił nawet odpowiednie „alibi” w postaci oświadczenia podpisanego przez siebie, Stanisława Wałęsę, ks. Henryka Jankowskiego, Mieczysława Wachowskiego i Andrzeja Drzycimskiego, w którym wyjaśniał, że na zarekwirowanej przez SB taśmie było łącznie nie więcej jak sześć minut nagrania zawierającego „życzenia urodzinowe”, komentarz „na okoliczność Nagrody Nobla” i „sugestie Lecha dla działaczy NSZZ »Solidarność«”. Wałęsa stara się trzymać tej wersji do dzisiaj.

14. Mit patrona podziemia

fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

W tym czasie nadszedł kres klasycznej gry na dwie strony – między władzą i „Solidarnością”. Dlatego Wałęsa uznał, że termin zapowiadanych na 10 listopada 1982 r. demonstracji w obronie zdelegalizowanej „Solidarności” stanowi dla niego ostatni dzwonek do włączenia się do jakiejś nowej, prowadzonej choćby na najskromniejszych warunkach, politycznej gry. Aby zachować szanse na powrót na scenę publiczną, zdecydował się na pisemne ukorzenie wobec „generała Jaruzelskiego” jako „kapral Wałęsa”. 8 listopada 1982 r. napisał do Jaruzelskiego: „Wydaje mi się, że nadchodzi już czas wyjaśnienia niektórych spraw i działania w kierunku porozumienia. Trzeba było czasu, aby wielu zrozumiało, co można i na ile można. Proponuję spotkanie i poważne przedyskutowanie interesujących tematów, a rozwiązanie przy dobrej woli na pewno znajdziemy”.

List natychmiast przekazano Kiszczakowi i Jaruzelskiemu. Władze już następnego dnia próbowały uzyskać od niego podpisanie kolejnego, jeszcze dalej idącego aktu poddania. Wałęsa miał w nim skrytykować „demonstracje, strajki i konspirację”. Kiszczak odbył w Arłamowie ponaddwugodzinną rozmowę z Wałęsą, który jednak uznał wizytę szefa MSW za objaw tak poważnego liczenia się przez władze z jego osobą, że znowu podjął licytację. Nie kwestionował treści aktu, ale chciał, by złożeniu pod nim podpisu towarzyszyły ustępstwa władzy – zgoda na podjęcie rozmów z premierem Rakowskim (już nie z Jaruzelskim) i możliwość wystąpienia w telewizji, by móc zaapelować o „zaprzestanie działalności podziemnej”. Wywiad telewizyjny nakręcono, ale go nie wyemitowano. Zamiast tego lidera „Solidarności” ogłoszono wówczas „osobą prywatną”.

10 listopada 1982 r. okazało się, że strajki i protesty organizowane przez podziemie ukazały realną słabość „Solidarności”, która wyraźnie rozminęła się z nastrojami społecznymi. Nawet w bastionie „Solidarności” w Gdańsku tylko przez dwie godziny strajkowała niewielka część załogi zajezdni tramwajowej, portu gdańskiego i rafinerii. Skala protestów w kraju była podobna. Według danych MSW strajkować miało zaledwie 2 tys. osób, a demonstrować na ulicach 17 tys. Jaruzelski triumfował. „Społeczeństwo odrzuciło wezwanie do strajku” – dumnie powtarzał.

Dla podkreślenia pełni tryumfu nakazał opublikować list Wałęsy, samego „kaprala” zaś skonfrontować na koniec z płk. Władysławem Kucą z Biura Studiów SB i przewieźć do Warszawy na rozmowę w siedzibie Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie z płk. Bolesławem Klisiem (z prokuratury wojskowej) i płk. Hipolitem Starszakiem (dyrektorem Biura Śledczego MSW). Kompletnie rozbity psychicznie „kapral” lojalnie zapewniał swoich rozmówców z wojska i bezpieki, że dołoży wszelkich starań, by „Solidarność” nie kontynuowała walki podziemnej: „Mam nadzieję, że uda mi się usiąść na tego konia jeszcze pędzącego, bo opozycja jest, Bujaki i inne. Chcę na tego konia usiąść, żeby go wyhamować. Mówię to oficjalnie, taki mam cel, wyhamować go w tym kierunku, żeby nie tworzyć podziemia, żeby się wziąć za pracę i skorzystać z tego, co jest, nie negując tego, co rząd już zrobił. Nie ma co dyskutować, trzeba skorzystać z tego, co już jest. Takie mam zadanie”. Na koniec Wałęsa poprosił nawet o „kuratora” z SB: „Chciałbym mieć bezpośredniego kuratora, z którym będę pewne rzeczy uzgadniał, aby nie wchodzić w konflikt. Mam dużą rodzinę”.

Wałęsa otrzymał numery telefonów do szefów bezpieki w Gdańsku (gen. Jerzego Andrzejewskiego i płk. Sylwestra Paszkiewicza). „Ustalono, że numer telefonu do kontaktów roboczych zostanie uzgodniony w terminie późniejszym” – czytamy w notatce z rozmowy.

Kiedy 14 listopada 1982 r. wieczorem Lech Wałęsa dojeżdżał pod swoje mieszkanie na gdańskiej Zaspie, doznał szoku! Oto „Solidarność” nie tylko nie była martwa, ale witała go tysięcznymi tłumami! Entuzjazm, z jakim został przyjęty (będący udziałem również nastoletniego wówczas autora tej książki), uzmysłowił mu, jak bardzo rozminął się z nastrojami społecznymi. Czuł się winny do tego stopnia, że przy każdej okazji zapewniał, iż nikogo nie zdradził. Jeszcze długo nie potrafił wydostać się ze ślepego zaułka, w który sam się wpędził, i tylko biadolił, że znalazł się nad przepaścią:

„Jestem wypuszczony na linę, pod spodem spacernik więzienny, a ta lina jeszcze jest posmarowana towotem lub olejem – taka jest moja pozycja – ale nie myślę z niej spaść. Nic nie podpisałem, do niczego się nie zobowiązywałem, do niczego nie wstąpiłem”.

Kilka dni później – zgodnie ze zobowiązaniem zaciągniętym wobec płk. Klisia i płk. Starszaka w Warszawie – Wałęsa spotkał się komendantem wojewódzkim MO gen. Jerzym Andrzejewskim. Rozmowa ta została nagrana przez SB.

Kilka miesięcy później Wałęsa ponownie rozmawiał Klisiem i Starszakiem w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Znów wydawało mu się, że jest partnerem w politycznych dyskusjach i grach obozu władzy. Myśląc, że nie jest już „osobą prywatną”, oświadczył, że „skłonny jest podjąć działalność w ramach PRON i nowo tworzonych związkach zawodowych, o ile przedstawiciele władz państwowych zapewnią mu utrzymanie autorytetu w środowisku robotniczym”.

Podobnie jak w Arłamowie mylił się, bo wciąż był „wypuszczony na linę”, z której w każdej chwili mógł przecież spaść, bo była „posmarowana towotem lub olejem”…

Tak było przez kolejne lata, i jest w zasadzie do dzisiaj, pomimo ujawnienia teczek „Bolka”, bo Wałęsa wie, że to wciąż nie wszystko, co może go skompromitować.  

Sławomir Cenckiewicz • niezalezna.pl

 LOGO-11a

 

★☭ Czerwoni pretorianie

Powołany w maju 1945 roku Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego wzorowany był na sowieckich wojskach NKWD

Historia KBW sięga jesieni 1943 roku, kiedy to koło Sielc sformowany został Samodzielny Batalion Szturmowy, który – co niezwykle znamienne – pozostawał w strukturze nie Armii Polskiej, ale Armii Czerwonej. Jego dowódcą został mjr Henryk Toruńczyk, dąbrowszczak – uczestnik wojny domowej w Hiszpanii, członek Komunistycznej Partii Hiszpanii. Po powstaniu w styczniu 1944 roku Centralnego Biura Komunistów Polski formacja została mu podporządkowana. Nazwa jednostki – na podstawie decyzji Zarządu Głównego Związku Patriotów Polskich z 21 marca 1944 roku – uległa zmianie na Polski Samodzielny Batalion Szturmowy.

Skład narodowościowy Batalionu był niejednolity – tworzyli go Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Białorusi, czterech Hiszpanów oraz Polacy wcześniej przymusowo wcieleni do Wehrmachtu, którzy zostali wzięci do niewoli przez Armie Czerwoną. Józef Kratko z dumą podkreślał we wspomnieniach, iż „internacjonalizm w naszym Batalionie Szturmowym występował w sposób klasyczny. (…) Właśnie w Batalionie była praktycznie realizowana zasada, ze o narodowości człowieka nie decyduje jego pochodzenie, ale jego własne poczucie przynależności narodowej i jego konkretne czyny. (…) To wszystko wychowywało kadry patriotów i internacjonalistów”. 

Do jego podstawowych zadań należało przede wszystkim szkolenie żołnierzy w zakresie dywersji i działań wywiadowczych. Ścisłą kontrolę nad jednostką sprawowali sowieccy przedstawiciele organów bezpieczeństwa, a specjalistycznym szkoleniem dywersyjno-wywiadowczym zajmowali się doświadczeni oficerowie NKWD. Szereg grup dywersyjnych PSBS zostało zrzuconych w latach 1943-1944 na zaplecze frontu w celu wsparcia działających tam komunistycznych oddziałów partyzanckich.

Po zajęciu Lublina przez Armię Czerwoną i przeniesieniu się tam Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, batalion otrzymał nowe zadanie – ochronę komunistycznych instytucji na terenach opanowanych przez komunistów. W sierpniu 1944 roku PSBS został podporządkowany resortowi bezpieczeństwa publicznego i przystąpiono do rozbudowy jednostki w formację Wojsk Wewnętrznych.

Od samego początku budowy formacji dbano o zapewnienie jej właściwego politycznego i klasowego charakteru. Wśród kadry oficerskiej zdecydowaną większość stanowili członkowie Komunistycznej Partii Polski, a wszyscy żołnierze zostali wcześniej wytypowani i sprawdzeni przez funkcjonariuszy sowieckich i „polskich” organów bezpieczeństwa.

Po rozbudowie jednostki, w listopadzie 1944 roku PSBS został przemianowany w Brygadę Wojsk Wewnętrznych. W marcu 1945 roku stan osobowy formacji nie przekraczał 9 tysięcy żołnierzy i oficerów, spośród których znaczny procent stanowili sowieccy oficerowie. O ich „zbawiennej” roli w procesie kształtowania się jednostki szczegółowo informowała komunistyczna propaganda, podkreślając, iż „gdy na przyjaznej ziemi Kraju Rad organizowały się pierwsze oddziały Ludowego Wojska Polskiego, rząd Związku Radzieckiego, głęboko przyjazny narodowi polskiemu, odkomenderował do tych oddziałów najlepszych instruktorów i dowódców, by szkolili polskich żołnierzy do walki ze wspólnym wrogiem. Pamiętamy, ze dzięki nim polskie formacje stały się jednostkami o wysokiej wartości bojowej i chlubnie dotrzymały kroku Armii Czerwonej w rozgramianiu hitlerowskiego faszyzmu. (…) Służyli oni też w KBW i zyskali sobie głęboki szacunek i wdzięczność całego składu osobowego za swą ofiarną i ideową postawę w pracy”.

Rola sowieckich „doradców” sprowadzała się de facto nie do niesienia „bratniej pomocy” , ale przede wszystkim do zapewnienia pełnej kontroli nad kształtującymi się polskimi formacjami bezpieczeństwa.

Dalsza rozbudowa Wojsk Wewnętrznych nastąpiła na mocy uchwały Rządu Tymczasowego z 26 marca 1945 roku. W jej wyniku powołano Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W jego utworzenie, obok MBP, mieli zaangażować się także ministrowie obrony narodowej oraz przemysłu i aprowizacji. MON miało wydzielić 800 oficerów, 25 tysięcy podoficerów i szeregowych, kilkanaście tysięcy koni oraz wszelki niezbędny sprzęt z uzbrojeniem i amunicją na czele.

19 kwietnia 1945 roku p.o. dowódcy KBW płk Henryk Toruńczyk rozpoczął wprowadzanie nowej struktury organizacyjnej, zakładającej istnienie 16 pułków kawalerii oraz 10 samodzielnych baonów ochrony, rozmieszczonych w każdym województwie.

Wobec opóźniania się terminu osiągnięcia zakładanej (32 tysiące żołnierzy) liczebności Korpusu oraz niskiego morale jego żołnierzy kierownictwo PPR postanowiło zmienić jego szefa i powołało na dowódcę KBW gen. dyw. Bolesława Kieniewicza, z jednoczesnym przekazaniem do jego dyspozycji 4 DP im. Jana Kilińskiego. Kieniewicz był oficerem sowieckim, skierowanym w 1943 roku do LWP, który w 1945 roku jako dowódca 4 DP uczestniczył w walkach o Wał Pomorski.

Równocześnie podjęto decyzje o przekazaniu MON odpowiedzialności za organizację Korpusu co pozwoliło na szybkie wyposażenie jednostki w niezbędny sprzęt wojskowy. KBW, nawet po kolejnym przekazaniu jej w sierpniu 1945 roku, do MBP, nadal korzystała z materiałowej pomocy wojska, a także ośrodków kształcenia kadr dowódczych i specjalistycznych.

Do połowy sierpnia 1945 roku stan etatowy KBW osiągnął prawie 30 tysięcy żołnierzy, a trzon kadry dowódczej stanowili doświadczeni oficerowie 4 DP oraz 1 i 2 Brygady Zaporowej.

Struktura Korpusu dostosowana byłą do potrzeb i zakresu zadań aparatu bezpieczeństwa. Wydzielono pion do walki z „podziemiem” – oddziałami partyzantki niepodległościowej, oraz jednostki do zadań ochronno-konwojowych. Każdy z szefów WUBP otrzymał do operacyjnej dyspozycji odpowiednie siły KBW.

Priorytetowym zadaniem stawianym przed żołnierzami Korpusu była walka przeciwko żołnierzom wyklętym. Ppłk. Julian Tokarski tak uzasadniał to zadanie: „Żądanie Narodu i rozkaz rządu, nakazujący kompletne wyniszczenie i to raz na zawsze tych band – oto wytyczne naszego działania, oto najważniejsze, naczelne zadanie każdego żołnierza KBW, oto zadanie każdego oficera KBW, podoficera i szeregowego naszego Korpusu”.  W trakcie tej operacji każdy kabewiak miał dowieść, że „zdolny jest do poświęceń, niejednokrotnie wykazuje swą odwagę, pragnąć wytępić wreszcie szumowiny kryjące się przed ręką prawa”.

W swoich działaniach żołnierz Korpusu miał nie znać litości – litości nad schwytanym mordercą i rabusiem mienia narodowego. Nie przekupią go litościwe, pełne łez słowa – słowa obłudy płaszczącego się przed siłą i potęgą gada reakcyjnego (…) żołnierz KBW nigdy nie schodzi z placu boju. Nie przerażają go wielokrotnie liczniejsze bandy. Ufny w swe siły, które czerpie z miłości ku Ojczyzny zawsze wychodzi jako bohater z tym przeświadczeniem, że spełnił nałożony nań przez naród obowiązek (…) Naród wie o tym dobrze, że ten cichy, szary żołnierz z krwi i kości syn ludu Polskiego, w walce świeci przykładem, innym dobitnie podkreślając cele i zadania, które stoją przed młodą demokracja Polską”.

Żołnierze KBW nie zawiedli swoich partyjnych mocodawców – w trakcie walk w okresie 1945-1947 zabili – wedle oficjalnych raportów specjalnych – ponad 2 tysięcy żołnierzy sił niepodległościowych, aresztowali natomiast ponad 25 tysięcy osób podejrzewanych o przynależność do „podziemia” antykomunistycznego.

Bardzo istotną rolę odegrał Korpus podczas referendum ludowego z 1946 roku oraz wyborów do sejmu w 1947 roku. Żołnierze KBW zgrupowani w grupy operacyjne , mieli na celu „stłumienie i obezwładnienie ośrodków bandyckich w najbardziej zagrożonych działalnością reakcyjnego podziemia terenach kraju”.

Równocześnie wykonywali zadania agitacyjno-propagandowe. W KBW zorganizowano blisko 240 grup agitacyjno-propagandowych, których zadaniem było organizowanie wieców, zebrań, prowadzenie rozmów indywidualnych oraz kolportowanie materiałów propagandowych. Żołnierze KBW docierali do najodleglejszych zakątków kraju „uświadamiając ludność o istotnych celach i osiągnięciach demokracji, wyjaśniając charakter obecnie przeżywanych trudności gospodarczych i drogę, na której mogą być przezwyciężone. Przełamywali strach przed bandami, wykazując siłę demokracji i wzbudzając zaufanie do władz demokratycznych”.

O roli KBW otwarcie pisał szef MBP Stanisław Radkiewicz podkreślając, iż „trzeba było Polsce zapewnić ład, porządek i bezpieczeństwo, trzeba było stworzyć specjalny organ do walki z faszystowskimi bandami. Do tej walki powołany został Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (…) W ciężkich warunkach oficer, podoficer i żołnierz KBW spełnia swe obowiązku w służbie narodu i państwa gromiąc zbójeckie bandy rodzimych faszystów. W tej walce żołnierze KBW dali niejednokrotnie dowody swego głębokiego patriotyzmu i płomiennego ukochania ojczyzny”.

Żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego byli swoistymi pretorianami komunistycznych władców Polski.

Jakkolwiek nadzór kadrowy nad KBW pełniło Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, to za jego sprawy organizacyjno-techniczne odpowiedzialne było Ministerstwo Obrony Narodowej. Bardzo istotne zadania spoczywały także na zastępcach dowódców KBW ds. politycznych, którzy kontrolowali formację pod kątem zgodności jej działalności z wytycznymi władz partyjnych.

Żołnierze Korpusu stali w pierwszym szeregu w walce z antykomunistyczną partyzantką, przeprowadzając brutalne pacyfikacje wsi wspierające żołnierzy wyklętych.

W dniu 4 stycznia 1951 roku dowódca KBW gen. Juliusz Hubner wydał rozkaz specjalny nr 4, który dotyczył likwidacji bandy „T” przez pododdziały 9. i 13. Pułku KBW. Akcja ta została przeprowadzona w dniu 17 grudnia 1950 r. na terenie województwa bydgoskiego. Skutkiem jej przeprowadzenia była eliminacja prawdopodobnie jednej z niewielu już wówczas pozostałych żołnierzy podziemia niepodległościowego.

Za skuteczne wykonanie postawionego zadania dwóch żołnierzy zostało nagrodzonych srebrną papierośnicą i skórzanym portfelem, a trzem innym udzielono pochwał. W dokumencie można wyczytać następującą motywację powyższych wyróżnień:  „Żołnierze w czasie akcji wykazali należytą postawę bojową i wysoki poziom polityczno-moralny. Kiedy bandyta wybiegłszy z meliny, wezwał żołnierzy grupy szturmowej do przejścia na jego stronę okrzykiem: po co będziemy przelewać bratnią krew – żołnierze nie dali się zwieść fałszywym namowom bandyty, a traktując go jako zbira faszystowskiego i wroga narodu, celnym ogniem zlikwidowali go”.

Podobna sytuacja miała miejsce w dniu 10 marca 1951 r., kiedy to kolejny dowódca KBW płk Włodzimierz Muś wydał rozkaz nr 32,w którym wyróżnił pododdział 2. Pułku KBW pod dowództwem chor. Mieczysława Mieleniewskiego, który doprowadził do likwidacji na terenie województwa białostockiego patrolu bandy „G”.  W wyniku akcji operacyjnej, dokonanej przez wspomniany pododdział KBW, zlikwidowane zostały 3 osoby.

Dowództwo KBW wskazywało, że sukces tej misji był wynikiem wysokiego patriotyzmu żołnierzy, szybkich i właściwych decyzji dowódcy plutonu, a także umiejętnego wykorzystania psa tropiącego oraz dobrego politycznego zabezpieczenia akcji.

Za zasługi w związku z wykonaną misją, nagrodzonych nagrodą pieniężną, w wysokości od 60 do 150 zł, zostało 6 żołnierzy KBW, a kolejnym 5 udzielono pochwały. Wszystkim uczestnikom akcji podziękowano, a najbardziej wyróżnionych przedstawiono do odznaczeń państwowych.

Nieco inna sytuacja miała miejsce w dniu 3 października 1951 roku, kiedy to strz. Józef Falkowski, ze Specjalnego Baonu 1. Brygady KBW, przebywając na urlopie, ujął dezertera z tej jednostki. Poza ogólną pochwałą postawy żołnierza ze strony dowództwa KBW dostał on w ramach nagrody metalową papierośnicę. Jego zasługi zostały przedstawione w rozkazie nr 154 z dnia 3 października 1951 roku. Dowódca KBW polecał swym podwładnym, aby brali przykład z nagrodzonego żołnierza, a także by byli nieubłagani dla „wrogów i zdrajców Ojczyzny”, bezlitośnie ich ścigając i tępiąc.

Po wspomnianej zmianie dowódcy KBW,  minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicza w rozkazie z maja 1951 roku zaapelował do żołnierzy o podnoszenie swoich umiejętności wojskowych oraz wyszkolenia politycznego, a także niszczenia wroga klasowego pod dowództwem płk. Musia.

W 6. rocznice powstania formacji w maja 1951 roku dowódca Korpusu wydał rozkaz specjalny nr 66, w którym podkreślił, iż  „W służbie pokojowego rozwoju naszego narodu, kierowanego przez bohaterską klasę robotniczą, w oparciu o doświadczenia naszych bojowych przyjaciół – żołnierzy radzieckich – ściśle wykonując wskazania inicjatorki i kierowniczki naszych osiągnięć – Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego w walce z wrogami Narodu hartował swą czujność rewolucyjną, wysoką gotowość bojową, żelazną dyscyplinę, wzbogacał formy walki z wrogiem wewnętrznym – wnosząc swój skromny wkład do utrwalenia pokoju i bezpieczeństwa ojczyzny”.

Szeregowym członkom formacji nakazano dalsze doskonalenie się w umiejętności posługiwania się technikami bojowymi. Podchorążym Szkoły Oficerskiej wyznaczono zadania uzupełniania braków szkoleniowych oraz poznawania metodyki szkolenia żołnierzy. Kadetom Korpusu Kadetów zalecano przygotowanie się do „zaszczytnej i odpowiedzialnej” funkcji ludowych dowódców. Oficerom i podoficerom rozkazano doskonalić swoje umiejętności dowódcze. Ponadto określono, że wszyscy żołnierze KBW powinni pogłębiać swój patriotyzm i internacjonalizm, a także nienawiść do imperialistów amerykańskich i hitlerowskich.

Dowództwo KBW dla przykładu karało podległych sobie żołnierzy, które „splamili honor munduru”. I tak np. w czerwcu 1951 roku ukarano degradacją kpr.  Mieczysława Krzysztoszkę, wracając z urlopu do 12. Pułku KBW, wraz z cywilnym kolegą w stanie nietrzeźwości wywołali awanturę na Dworcu Głównym w Warszawie. Obaj obrzucili obelgami grupę ZMP-owców, którzy żegnali w tym czasie zagraniczną delegację.

W innym wypadku ukarano naganą por. Nejmana, który w czerwcu 1951 roku rozkazał swym dwóm podwładnym uczestniczyć w swej przeprowadzce z Warszawy do Łodzi. Równocześnie rozkazano zaprzestać oddelegowywania szeregowych do asystowania przy osobistych sprawach oficerów, którzy dostają na ten cel odrębne tzw. wynagrodzenie przeniesieniowe.

Nadzór kontrwywiadowczy nad żołnierzami Korpusu sprawował Główny Zarząd  Informacji, który zwerbował wielu żołnierzy Korpusu. Jednym z nich był mjr Zygmunt Bauman, pełniący funkcję inspektora w zarządzie polityczno-wychowawczym KBW. Wkrótce po wstąpieniu do Korpusu podpisał zobowiązanie do współpracy jako agent-informator Informacji Wojskowej o pseudonimie „Semjon”. Wedle zachowanych raportów  „Semjon” był cennym źródłem dla wojskowej bezpieki.

Dowództwo KBW starało się dbać o odpowiedni poziom przygotowania fizycznego swoich podopiecznych. Z tego też powodu szef sztabu KBW ppłk Tomczakowski wydał zarządzenie nr 203 z dnia 1 września 1951 roku, które regulowało wprowadzenie obowiązkowych zajęć wychowania fizycznego dla oficerów, podoficerów zawodowych i pracowników kontraktowych Korpusu.

Zajęcia WF miały być prowadzone dla tych żołnierzy w wymiarze min. 3 godzin lekcyjnych od poniedziałku do soboty, w godz. 7:00–7:45 w ramach Kół Zarządu Sportowego (KZS). Z kolei kierownicy KZS mieli za zadanie prowadzić imienne dzienniki obecności, w których odnotowywaliby każdorazowo obecność danej osoby na ćwiczeniach.

Na zajęciach wychowania fizycznego miał obowiązywać strój sportowy, a kontrola zajęć została powierzona Wydziałowi WF Sztabu KBW, w ramach którego codzienne oddelegowywany miał być jeden oficer kontrolny. Każdego dnia jego sprawozdania miały być przedkładane szefowi sztabu KBW.

W latach 1949–1956 zintensyfikowano programowe szkolenie polityczne żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W tygodniu liczba godzin przeznaczona na ten cel zwiększyła się z 4 do 6 godzin. Zajęcia te odbywały się 3 razy w tygodniu w godz. 8–10. W poniedziałek miały one formę wykładu przeprowadzanego w kompanii, w środę odbywała się praca własna żołnierzy w grupach samokształcenia, a w piątek w poszczególnych plutonach odbywały się zajęcia repetycyjne w formie gawędy.

W programie szkolenia politycznego szczególny nacisk kładziono na zagadnienia międzynarodowego ruchu robotniczego, w tym przede wszystkim historię WKP(b) i ZSRR, „zagrożenie” ze strony polityki amerykańskiej, zwłaszcza w kontekście wojny koreańskiej. W latach 1949–1953 dużo miejsca poświęcano problematyce „titoizmu”, procesom „dywersyjno-szpiegowskim” w krajach bloku wschodniego, a w Polsce np. sprawie Tatara.

W kwietniu 1951 roku w jednostkach KBW zorganizowano narady aktywu partyjnego poświęcone omówieniu zaleceń VI Plenum PZPR w procesie szkolenia i wychowania politycznego żołnierzy. Szczególny nacisk położono na problematykę „patriotycznego wychowania”, a jednocześnie krytykowano ograniczanie historii Polski jedynie do historii rewolucyjnego ruchu robotniczego.

Żołnierz KBW – czytamy w jednej z dyrektyw – musi być uzbrojony politycznie, musi być uodporniony na każdy przejaw wrogiej propagandy. Musi być wychowywany w duchu miłości do demokracji i głębokiej nienawiści do wrogów demokracji”. W innej podkreślono natomiast, iż taki żołnierz na pewno „nie cofnie się przed wypełnianiem włożonych nań obowiązków; spełni swe zadania bez względu na niebezpieczeństwo i przeciwności, mężnie wystąpi w każdym wypadku, działając według rozsądku”.

Mimo wielu wysiłków propagandowych znaczna część Polaków słusznie postrzegała KBW jako istotny element aparatu terroru komunistycznego, dzięki któremu komuniści sprawowali władzę w Polsce. Biorąc pod uwagę cel powołania i całą działalność Korpusu, bez wątpienia można określić go mianem „pretorian władzy ludowej”.

Wybrana literatura:
H. Dominiczak – Organy bezpieczeństwa PRL 1944-1989. Rozwój i działalność w świetle dokumentów MSW
M. Jaworski – Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego 1945-1965
A. Kister – Pretorianie. Polski samodzielny Batalion Specjalny i Wojska Wewnętrzne 18 X 1943-26 III 1945
J. Sobiech –  Polityka władz partyjnych i państwowych wobec Ludowego Wojska Polskiego w latach 1949–1956

 jbc

Godziemba • naszeblogi.pl

LOGO-11a

Przywódca nie z tej teczki

Piotr Gontarczyk i Grzegorz Majchrzak o sprawie Lecha Wałęsy

 

Znalezione obrazy dla zapytania bolek walesa

Po definitywnym wyjaśnieniu kwestii tożsamości TW „Bolka” przypomniano słusznie, że ta niewyjaśniona sprawa położyła się długim cieniem na prezydenturze Lecha Wałęsy. Ostrzej zabrzmiały też głosy przedstawiające go jako marionetkę władz, człowieka, który także po 1976 r. stale pozostawał na „krótkiej smyczy SB”. Te opinie pozbawione są jednak poważniejszych podstaw naukowych – piszą w najnowszym numerze tygodnika „wSieci” historycy Piotr Gontarczyk i Grzegorz Majchrzak.

W swoim artykule badacze próbują pokazać, jakie motywy skłoniły byłego prezydenta do podjęcia współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, jak ta współpraca wyglądała i jakie mogła mieć konsekwencje.

Do podjęcia współpracy z SB w grudniu 1970 r. pchnęły Lecha Wałęsę co najmniej dwa ważne motywy. Pierwszym był strach przed komunistycznym państwem, które nie tylko jemu dobrało się do skóry, ale było na tyle silne, że bezkarnie strzelało do robotników. Drugim elementem była chęć „rozładowania nastrojów” po to, by do poważnych protestów i w efekcie kolejnej masakry już więcej nie doszło. Trudno takie motywy zakwalifikować do najbardziej obciążających, ale z drugiej strony nie usprawiedliwiają one wyrządzania krzywd innym i brania za to pieniędzy. Wałęsa pozostawał w ewidencji SB jako TW „Bolek” przez ponad pięć lat (grudzień 1970–czerwiec 1976), ale ten czas można podzielić na dwa etapy. Przez pierwsze dwa lata w doniesieniach TW pada wiele cennych dla bezpieki informacji, które przyczyniały się do rozpracowywania „antysocjalistycznych warchołów” i w konsekwencji represjonowania ich. W latach 1973–1976 TW „Bolek” był dużo mniej efektywny. Przyczyniła się do tego normalizacja sytuacji w stoczni, ale także ewolucja agenta rozczarowanego niespełnieniem obietnic z początków epoki Gierka, nieuleczalnych wad funkcjonowania stoczni i złej sytuacji robotników. Wałęsa publicznie krytykował władze i zaczynał się wymigiwać od kontaktów z SB, twierdząc, że nie ma nic istotnego do przekazania. Obie strony były z kontaktów wyraźnie niezadowolone. Zwrot w całej sprawie nastąpił w lutym 1976 r., kiedy na związkowym spotkaniu Wałęsa po raz kolejny skrytykował sytuację w stoczni oraz podporządkowanie związków zawodowych PZPR – piszą naukowcy.

Historycy przekonują, że w kolejnych latach Lech Wałęsa zaniechał współpracy z organami bezpieczeństwa i odmawiał jakichkolwiek spotkań z funkcjonariuszami. Kiedy tylko pojawiła się okazja zaangażował się też w działalność opozycyjną w ramach WZZ.

Rozpoczynając działalność opozycyjną, Lech Wałęsa niemal natychmiast znalazł się w zainteresowaniu SB. Już 21 czerwca 1978 r. jeden z funkcjonariuszy Wydziału III „A” KW MO w Gdańsku wypożyczył z archiwum akta TW „Bolek”, a trzy tygodnie później bezpieka założyła sprawę operacyjnego sprawdzenia kryptonim (nomen omen) „Bolek” w celu kontrolowania działalności Wałęsy w WZZ. W ramach wspomnianych działań 5 października 1978 r. dwóch funkcjonariuszy gdańskiej SB – mjr Czesław Wojtalik i mjr Czesław Łubiński – w celu „zneutralizowania jego negatywnej działalności” i „ponownego pozyskania LW do współpracy” przeprowadziło z nim rozmowę operacyjną – podają historycy.

Na rozmowę Wałęsa miał być doprowadzony przez funkcjonariuszy, ale według historyków, nie udało się go zwerbować ponownie.

Kiedy przypomniano mu dawną współpracę, stwierdził, że „owszem, pomagał […], ale w owym czasie nie miał innego wyjścia”. A także, że „obecnie ocenia to jako swój błąd, zresztą z popełnienia tego błędu zwierzył się swoim znajomym z opozycji”, a „aktualnie na współpracę z SB nie pójdzie (…)Nie ma wątpliwości, że niewyjaśniona sprawa TW „Bolka” położyła się długim cieniem na prezydenturze Lecha Wałęsy, a i wcześniej, w czasie transformacji ustrojowej, mogła czynić go osobą podatną na presję i manipulacje. Można też stawiać pytania, czy i ewentualnie jaki wpływ ta sprawa miała na działanie przywódcy „Solidarności” w latach 80.” – relacjonują Gontarczyk i Majchrzak.

jbc

wSieci, stefczyk.info

LOGO-11a